Recenzje

MOMMY DEAD AND DEAREST (2017). Recenzja wstrząsającego dokumentu

Tragiczna historia o przemocy, kłamstwie i absolutnej kontroli.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Mamuśka z piekła rodem

Taką kobietę, jak Dee Dee Blancharde, można tylko podziwiać. Życie darzyło ją wyłącznie rozczarowaniami i stale rzucało kłody pod nogi. Mąż – okazał się niewierny i odszedł do innej kobiety. Nieubłagany huragan Katrina pochłonął cały majątek. Ale to opieka nad córką, Gypsy, była największym wyzwaniem dla tej dzielnej niewiasty.

Gypsy cierpiała na białaczkę, dystrofię mięśni, epilepsję, słabo słyszała, źle widziała, była umysłowo zapóźniona, niesprawna, poruszała się wyłącznie na wózku i wymagała opieki 24 godziny na dobę. Ciężki krzyż do udźwignięcia, a jednak Dee Dee dźwigała go z gracją i z uśmiechem. Aż miło było popatrzeć na czułą więź między matką a córką. Dlatego też wszyscy, którzy poznawali tę rodzinę, natychmiast mieli odruch, by pomóc, wesprzeć, jakoś ulżyć, coś dać od siebie… Od dużych organizacji charytatywnych po najbliższych sąsiadów – ludzkie serca otwierały się na tragedię pani Blancharde i jej córki. Znajomi poczuli się więc natychmiast zaalarmowani, gdy na Facebookowej tablicy Dee Dee pojawił się niespodziewanie alarmujący wpis. „Suka nie żyje” – czy to jakiś niesmaczny dowcip? Ktoś zhakował konto? Czy też naprawdę coś się stało?

Wszystkich, którzy znali sytuację rodzinną Blancharde’ów, czekał nie lada szok. To nie Dee Dee była autorką tego wpisu, nikt też jej nie zhakował jej konta. To był wpis zamieszczony przez Gypsy, która, jak się okazało, nie potrzebuje wcale wózka inwalidzkiego. Porusza się sprawnie, nie cierpi na żadne zaniki mięśniowe i na pewno nie jest umysłowo zapóźniona, wręcz przeciwnie, elokwentna i błyskotliwa.

To jej matka, Dee Dee, przez lata budowała fasadę kłamstw, manipulacji i przemocy, oszukując wszystkich wokół, oszukując nawet córkę, od najmłodszych lat przekonaną, że jest ciężko chora, żyjącą w bajce totalnej fantazji. Wreszcie, dojrzewając, zaczęła powoli wyrywać się spod jarzma Dee Dee. Nie dało się już w tajemnicy wstrzykiwać jej środków zwiotczających mięśnie ani karmić toną lekarstw z długą listą skutków ubocznych. Nie dało się dłużej trzymać Gypsy w izolacji przed światem, a kiedy odkryła internet, znalazła też sposób na nawiązanie romantycznej relacji z chłopakiem. We dwójkę ukuli plan z jednym podstawowym założeniem – pozbyć się Dee Dee na zawsze.

Dee Dee Blancharde cierpiała na zaawansowaną formę zastępczego syndromu Münchhausena. Wywołując długą listę dolegliwości u córki, zdobywała sobie to, na czym jej zależało: współczucie, uwagę i sympatię otoczenia. Zapewniała sobie również komfort życia, różnego typu udogodnienia, darmowe wycieczki i prezenty, żerując na ludzkiej chęci niesienia pomocy. W odniesieniu do Gypsy natomiast zaspokajała w ten sposób charakterystyczną dla osób cierpiących na to schorzenie obsesję kontroli.

Film dokumentalny Mommy Dead and Dearest pokazuje całą sprawę z perspektywy Gypsy i jej bliskich, jak również rodziny samej Dee Dee. Przed dziewczyną łącznie dziesięć lat odsiadki, ale paradoksalnie dopiero za kratkami poczuła się naprawdę wolna. Może odetchnąć pełną piersią. Rysuje się przed nią w perspektywie jakieś życie, jakieś nowe możliwości. Krok po kroku z coraz większym niedowierzaniem obserwujemy obraz piekła, w jakim żyła na co dzień ta dziewczyna – niczego innego nie znała. W jej świecie matka była wyrocznią i prawem. Ufała jej, wierzyła jej słowom. Nawet wtedy, gdy Dee Dee ogoliła Gypsy głowę, bo „włosy i tak zaraz ci wypadną”. Nawet wtedy, gdy usiłowała zamknąć córkę w księżniczkowym świecie bajek i różowych sukienek, by czuła się młodsza, niż wskazywała metryka. Kiedy ojciec Gypsy zadzwonił do niej z życzeniami z okazji osiemnastki, Dee Dee zabroniła mu wspominać cokolwiek o pełnoletności – ponieważ Gypsy miała jakoby być przekonana, że ma zaledwie czternaście lat. Pewnie, dzieckiem jest dużo łatwiej manipulować…

Zręczność Blancharde w zwodzeniu na manowce wszystkich, od najbliższej rodziny poczynając, była niezwykła. Kłamała z równą łatwością, jak oddychała, i nikomu nawet nie przyszło na myśl podważać sytuacji, w której się znalazła. W ten sposób tworzyła się długa lista osób, które zawiodły Gypsy. Przede wszystkim ojciec, przyjmujący na wiarę każde kłamstwo byłej żony. Dziś dostrzega co prawda własną krótkowzroczność, ale i tak próbuje się przynajmniej po części wybielać. Wiele błędów popełnił bowiem po prostu z wygody – choroba, zwłaszcza tak poważna, to przecież ciężar, obowiązek, ograniczenie. Dużo prościej było przesunąć ten tobołek na plecy żony, skoro ona sama tak się do tego rwała…

Zawiedli też, a może raczej przede wszystkim, lekarze. Na przestrzeni swojego życia Gypsy widywała ich dziesiątki. Znaleźli się wśród nich także tacy, którzy kwestionowali słowa Dee Dee, ale ona zawsze miała pod ręką sporo wiarygodnych wytłumaczeń – jak chociażby dokumentacja medyczna zniszczona do szczętu przez huragan Katrina. Kiedy wyczuwała, że narasta wokół niej podejrzliwość, po prostu zmieniała szpital, lekarza czy nawet miejsce zamieszkania. Zupełnie zdrowa dziewczynka była karmiona dojelitowo, poddawana dziesiątkom interwencji chirurgicznych, szpikowana kilogramami leków… Rosła w przekonaniu, że przecież matka wie, co robi. Matka wie, co dobre. Nie chciałaby przecież krzywdy ukochanej córki, prawda? Na podejrzeniach się skończyło. Nikt nie przyszedł z realną pomocą. Również system nie nadążył za skalą problemu – oczywista jest interwencja w przypadku zaniedbywania dziecka, ale jeśli mamy do czynienia z czymś dokładnie przeciwnym…

Dokument Erin Lee Carr próbuje rekonstruować życie Dee Dee, jej dorastanie, zachowania, wysuwa też kilka możliwych interpretacji genezy jej zaburzeń, łącznie z obciążeniem genetycznym. W gruncie rzeczy jednak reżyserka stale ląduje w ślepej uliczce, bo odpowiedź na pytanie „dlaczego?” bynajmniej oczywista nie jest. Dla rodziny Blancharde – jej ojca, macochy, siostrzeńca – to oczywiste, że była po prostu „zła”. To wygodne określenie, które jednak mówi niewiele. Ważniejsze od pytania „dlaczego?” wydaje się dążenie do uświadomienia widzowi, że taki problem istnieje, w jaki sposób może wyglądać i do czego prowadzić. Jak potoczy się życie Gypsy, wychowanej w oszustwie, nauczonej kłamstwa od maleńkości? Przecież zdawała sobie sprawę, że nie jest sparaliżowana, ale posłuszna woli matki udawała, że tak właśnie jest. Jakie spustoszenia dokonały się w jej umyśle? Jakiej długotrwałej terapii będzie wymagała? Jak ta toksyczna relacja – nierozerwalny węzeł miłości i nienawiści – przełoży się na pojmowanie i realizowanie roli żony i matki?

Niestety Carr nie udało się uzyskać zgody na wywiad z chłopakiem Gypsy, Nickiem Godejohnem, oczekującym obecnie na rozpoczęcie procesu. To on ostatecznie pozbawił Dee Dee życia, jednak pojawia się tu pewien intrygujący element. Nick twierdzi, że po fakcie między nim a Gypsy doszło do zbliżenia. Gypsy natomiast twierdzi, że Nick ją zgwałcił. Kolejny smutny element życiowej tragedii tej dziewczyny, czy… powtarzanie wzorca? Bardzo brakuje w filmie głosu Nicka z perspektywy czasu i analizy łączącego młodą parę związku również z jego punktu widzenia. Niczym rycerz na białym koniu pocwałował uwolnić ukochaną na jej wezwanie… jednak to on jest dzisiaj nazywany zbrodniarzem, psychopatą i gwałcicielem, to jemu grozi dożywocie. Na podstawie jednostronnej relacji Gypsy, urywków z przesłuchania i cytatów z internetowych pogawędek rysuje się jako niestabilna, zwichrowana jednostka ze skłonnością do dominacji i przemocy. Być może taki rzeczywiście jest. Za mało danych (i dużo za dużo subiektywizmu), żeby cokolwiek bliższego na ten temat powiedzieć. Niemniej w jakiś sposób umysł dziewczyny przeskoczył od wyznań „jesteś dla mnie wszystkim, zróbmy to” do „jest jakiś dziwny, nie wiem, co z nim nie tak”. Klimat jej opowieści stoi w wyraźnej opozycji do tonu, w jakim utrzymywała się korespondencja z Nickiem w feralnym dniu. A dzisiaj? Nie ma już wielkiej miłości. Nie ma snucia wspólnych marzeń. Dlatego, że Gypsy przejrzała na oczy względem charakteru Nicka – czy może dlatego, że cel został osiągnięty…?

W niczym nie umniejszając ogromu krzywdy, jaka spotkała Gypsy – jej rozmiar ciężko wprost ogarnąć rozumem – trudno też zlekceważyć możliwość, że wytrawna manipulantka mogła z powodzeniem wychować równie wytrawną manipulantkę z talentami kameleona. Niekoniecznie zimnokrwistą i wykalkulowaną, dodajmy. Gypsy poszła za głosem instynktu, kierując się jednym impulsem: pragnieniem przetrwania. Tak, jak ofiara porywacza, która widzi przed sobą jedną, jedyną szansę odzyskania wolności, nie liczyła zysków i strat. Zawalczyła, jak umiała, angażując w to wszystkie swoje umiejętności. W tym momencie życia – zrozumiałe i ostatecznie dla niej szczęśliwe. Ale czy będzie się powtarzać? Czy Gypsy wyzwoli się z tego kołowrotka, czy też sama zacznie snuć własną pajęczynę kłamstw? Te wątpliwości są pod koniec filmu wyraźnie wyczuwalne.

Być może, paradoksalnie, więzienie okaże się dla niej zbawienne, służąc za rodzaj okresu przejściowego. Poza tym nawet więzienie, cytując Gypsy, jest zdecydowanie lepsze od życia z Dee Dee. Dziewczyna czuje się tak, jakby narodziła się ponownie. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wyjdzie na wolność najszybciej, jak to będzie możliwe, czyli w 2024 roku. Czy w ciszy i spokoju usunie się w cień, próbując żyć własnym życiem? Czy też może jeszcze o niej usłyszymy… i w jakim kontekście?

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane