Publicystyka filmowa
CZERWONY KARZEŁ, czyli najbardziej absurdalny KULTOWIEC w historii telewizyjnej SCI-FI
Samotny człowiek w kosmosie ma jeden problem większy od pustki: współlokatora, od którego nie ma ucieczki. Czerwony Karzeł.
Samotność w kosmosie zazwyczaj oznacza w science fiction próbę charakteru, walkę o przetrwanie albo spotkanie z czymś, czego człowiek nie potrafi zrozumieć. W tym serialu trzeba jeszcze wytrzymać z towarzystwem, którego na Ziemi najchętniej unikałoby się szerokim łukiem. Serial ma w sobie coś z opowieści o ostatnim człowieku i coś z awantury za ścianą, słyszanej przez stanowczo zbyt cienką przegrodę. Jak z tak osobliwego sąsiedztwa powstała komedia, która przetrwała rozstanie autorów, zmiany telewizyjnych mód i wieloletnią przerwę w produkcji? Czerwony Karzeł.
Ostatni człowiek i fatalne towarzystwo
Rob Grant i Doug Naylor stworzyli Czerwonego Karła, która zadebiutowała w BBC Two w lutym 1988 roku jako komedię science fiction. W centrum postawili Dave’a Listera, granego przez Craiga Charlesa: samotnego człowieka na statku kosmicznym, któremu towarzyszą hologram współlokatora i istota wyewoluowana z kota. Arnold Rimmer, w wykonaniu Chrisa Barriego, nadaje tej sytuacji wyjątkowo nieznośny wymiar. Kosmos może być bezkresny, ale przy takim kompanie robi się ciasno; zamiast podniosłego spotkania z nieznanym dostajemy przymusową bliskość.

Grant i Naylor zaczęli od radiowych skeczy Dave Hollins: Space Cadet w programie Son of Cliché: po śmierci załogi samotny człowiek rozmawiał tam z komputerem. Telewizyjne rozwinięcie pomysłu długo nie znajdowało chętnych. Naylor wspominał, że BBC w Londynie odrzuciła scenariusz trzykrotnie; producent Paul Jackson doprowadził w końcu do realizacji w Manchesterze. Nawet wtedy nie poszło gładko, bo nagrania przerwał strajk elektryków. Komedia o kosmicznych pechowcach miała więc całkiem przyziemny i stosownie pechowy początek.
Czerwony Karzeł, czyli science fiction w kapciach
Grant i Naylor wnieśli do telewizyjnego science fiction bohaterów, którym bliżej do robotniczego sitcomu niż do wzorowej załogi odkrywców. Ich kosmiczni rozbitkowie pozostają mali, drażliwi i pochłonięci sobą, choć znaleźli się w sytuacji o niewyobrażalnej skali. To najcelniejszy żart serialu: człowiek nie staje się dojrzalszy tylko dlatego, że poleciał daleko od Ziemi. Twórcy inspirowali się między innymi Obcym i Ciemną gwiazdą, a kosmiczną izolację wykorzystali do komedii o ludziach, którzy nie potrafią sobie odpuścić.

Najporęczniej opisać ten serial jako spotkanie Dziwnej pary z Autostopem przez Galaktykę: bohaterowie muszą znosić współlokatorów i absurd kosmosu. Naylor sam porównywał swój pomysł do połączenia Obcego i Dziwnej pary. Lister i Rimmer są najzabawniejsi wtedy, gdy nie mogą od siebie uciec, a każdy drobiazg staje się powodem kolejnego starcia. Grający Kota Danny John-Jules dopełnia ten osobliwy układ, a widz wraca nie tyle do miejsca akcji, ile do towarzystwa, z którym na żywo nie wytrzymałby nawet weekendu.
Popularność nie przyszła od razu
Pierwsza seria nie zachwyciła wynikami oglądalności, a Naylor wspominał również nieprzychylne początkowe recenzje. BBC miała już jednak zamówioną drugą serię i właśnie ona przyniosła sukces. Później serial znalazł odbiorców także poza Wielką Brytanią i dorobił się międzynarodowej społeczności fanów. W 1994 roku odcinek Gunmen of the Apocalypse zdobył International Emmy w kategorii Popular Arts. Twórcy potrafili więc zrobić z kosmicznych nieudaczników bohaterów komedii, która bawiła nie tylko wtajemniczonych miłośników gatunku.

Późniejsze zmiany pokazały, jak wiele zależało od tego niewielkiego grona bohaterów. W siódmej serii Rimmer pojawiał się rzadziej, zmienił się sposób realizacji, a nagrania odbywały się bez widowni; Naylor przyznawał, że zmian było zbyt wiele naraz. W ósmej rozbudowano więzienny świat, przez co bohaterowie przestali być tak osamotnieni. Seria w szczycie popularności gromadziła przed ekranami ponad osiem milionów widzów. Popularność i najlepszy pomysł na serial nie zawsze idą w parze: tutaj najcenniejsza była intymność kosmicznej kłótni.
Czerwony Karzeł – przerwy, perypetie, wznowienia
BBC zakończyła premierową emisję na ósmej serii w 1999 roku i nie zamówiła dziewiątej. Grant odszedł ze współpracy przed serią siódmą; później Naylor skupił się na planach filmu kinowego. Jak opowiadał, kolejne próby zdobycia finansowania upadały, a BBC z czasem traciła zainteresowanie serialem. Zamiast nowych odcinków widzowie dostali więc długie oczekiwanie na większą przygodę. To dość gorzki paradoks: kosmiczni rozbitkowie utknęli na lata przez zupełnie ziemskie kłopoty — odmowę dalszej produkcji, upadające plany filmowe i stygnący entuzjazm stacji.

Na kanale Dave powtórki cieszyły się taką popularnością, że nadawca zamówił trzyczęściowe Back to Earth, pokazane w kwietniu 2009 roku. Później przyszły serie X, XI i XII, a w kwietniu 2020 roku także dziewięćdziesięciominutowy odcinek specjalny The Promised Land. Widzowie najwyraźniej nadal chcieli spędzać czas z tą załogą. W przypadku komedii to sprawdzian ważniejszy niż rozmach kolejnej wyprawy: można pamiętać dowcipy, a mimo to znów dobrze się bawić, obserwując, jak ci sami ludzie po raz kolejny doprowadzają się do białej gorączki.
Obecnie Czerwony Karzeł nie jest dostępny w polskim streamingu, więc powrót na pokład wymaga cierpliwości albo sprytu. Warto wysilić się, żeby go znaleźć przede wszystkim dla dialogów i komedii charakterów, nie dla katalogu kosmicznych osobliwości. Grant i Naylor znaleźli wyjątkowo wdzięczny temat: można zostać samotnym człowiekiem w bezkresnym wszechświecie i nadal najbardziej przejmować się tym, kto siedzi obok. Serial jest najlepszy, kiedy przypomina, że nawet na krańcu kosmosu nie uciekniemy od własnych przywar. Ani, co znacznie zabawniejsze, od cudzych.

