Publicystyka filmowa
Ta świetna seria SCI-FI to duchowy następca STAR TREKA i prawdziwy mistrz w łączeniu gatunków
Żart i moralny dylemat na jednym mostku to ryzykowna mieszanka, a jednak ta załoga potrafi z niej wiele wycisnąć. Orville.
Kosmiczna załoga ma prawo do kiepskiego żartu, nawet jeśli za chwilę będzie musiała rozstrzygnąć sprawę czyjegoś życia. W telewizyjnym sci-fi takie sąsiedztwo bywa ryzykowne: komedia potrafi rozbroić dramat skuteczniej niż pokładowa broń, a uroczysta przemowa zamienić ludzi w chodzące regulaminy. Serial Setha MacFarlane’a od początku wystawia widza na podobne zmiany nastroju, przez co trudno od razu ustalić, czego właściwie oczekiwać po kolejnym spotkaniu z obcą cywilizacją. Skojarzenie z Głową rodziny podpowiada jedno, znajomy porządek kosmicznej wyprawy – coś zupełnie innego. Orville.
Orville – znajomy mostek, inne obyczaje
Orville został stworzony przez Setha MacFarlane’a, który zagrał w nim kapitana Eda Mercera, a serial zadebiutował w Fox w 2017 roku. Obok niego Adrianne Palicki wciela się w komandor Kelly Grayson, a Penny Johnson Jerald w doktor Claire Finn. Fox promował produkcję przez skojarzenia z Głową rodziny i Tedem, natomiast sam autor wspominał później, że stacja przesadnie eksponowała zwariowaną stronę sci-fi. W pierwszych recenzjach krytycy wytykali mu nieco nierówny humor i wtórność wobec Star Treka, ale widzowie przyjęli pierwszy sezon znacznie cieplej niż recenzenci.

Podobieństwo do Star Trek: Następne pokolenie było bardzo świadomym wyborem – MacFarlane zaprosił do pracy między innymi Brannona Bragę, Jonathana Frakesa i operatora Marvina Rusha. Frakes wiązał ten dobór z zamierzonym wyglądem oraz stylem serialu, a Braga wskazywał przede wszystkim na samodzielne historie oparte na mocnym pomyśle i optymistyczną wizję przyszłości. Załoga musiała zrozumieć racje obcych, zanim zdecydowała, jak wobec nich postąpić, a w każdym odcinku było miejsce na spór między bohaterami, zamiast od razu kierować ich do walki.
Żart nie zwalnia w Orville z odpowiedzialności
Już w pierwszym sezonie, w odcinku About a Girl, bohaterowie spierają się o operację noworodka i normy kulturowe, a takiego konfliktu nie da się uczciwie rozegrać samą wymianą zabawnych uwag. MacFarlane stawia pytanie, kto ma prawo decydować o cudzym ciele i kiedy szacunek dla obyczaju staje się zgodą na krzywdę. Późniejsze Deflectors ponownie wystawia tolerancję na próbę. Orville jest tu najlepszym rodzajem społecznego sci-fi: pokazuje ludzi zmuszonych do zajęcia stanowiska, choć żadna odpowiedź nie pozwoli im wszystkim zachować czystych rąk.

Najcelniej humor łączy się z powagą w Sanctuary, gdzie Dolly Parton zostaje potraktowana jak feministyczna poetka. Żart wyrasta tu z różnicy kulturowej i zarazem służy historii emancypacyjnej, więc można śmiać się z tego spotkania popkultury z kosmosem, a jednocześnie serio potraktować potrzebę wolności. MacFarlane chciał tu ewidentnej zmiany warsztatu: scenarzyści przestali dopisywać obowiązkowe puenty, a komedię coraz częściej wyprowadzali z charakterów, nie goniąc za gagami. Bohaterowie nie muszą przerywać dramatu występem komika, a ich zabawne reakcje należą do tej samej sceny co strach i sprzeciw.
Lepszy Trek niż sam Star Trek
Na tle mocniej sfabularyzowanego Star Trek: Discovery MacFarlane trafniej zachowuje tutaj przyjemność pojedynczej wyprawy znaną z Następnego pokolenia. Nowy problem zasługuje tu na uwagę sam w sobie, a spotkanie z obcymi nie musi być wyłącznie przystankiem przed finałem sezonu. W tym sensie Orville jest lepszym Trekiem niż sam Star Trek: chętniej daje bohaterom czas na namysł i pozwala widzowi rozważyć ich argumenty. Humanizm Gene’a Roddenberry’ego ma sens właśnie wtedy, gdy ludzie muszą go zastosować w niewygodnej sytuacji, zamiast tylko zapewniać o przywiązaniu do ideałów.

Podobną przyjemność przywróciło później Star Trek: Nieznane nowe światy, z bardziej epizodycznymi przygodami i optymizmem docenianym już w pierwszych recenzjach. Trzeci sezon Star Trek: Picard zyskał z kolei uznanie krytyków i widzów między innymi dzięki relacjom dawnej załogi. Ewidentnie pokrewieństwo z klasycznym Trekiem nie musi mieć więc jednego przepisu, ale MacFarlane ma jednak własną przewagę: obyczajowy humor pozwala polubić bohaterów bez pomocy nostalgii. Można przejmować się ich wyborami, bo wcześniej było się świadkiem ich mniej dostojnych reakcji, a nie tylko służbowych deklaracji.
Więcej czasu na trudną rozmowę
Przejście trzeciego sezonu do Hulu wynikało z rosnących ambicji realizacyjnych i potrzeby dłuższego cyklu produkcji, trudnego do pogodzenia z ramówką Foxa. MacFarlane szczególnie cenił później brak sztywnego limitu długości odcinka – wcześniej musiał skracać sceny, które potrzebowały więcej czasu – wraz finansowe i twórcze wsparcie nowego gospodarza. W Orville: Nowe Horyzonty ta swoboda służyła przede wszystkim dramaturgii – bohaterowie mogli dłużej rozmawiać, a trudnej decyzji nie trzeba było upychać między obowiązkowymi puentami.

W trzeciej odsłonie MacFarlane rozwija historie rozpoczęte wcześniej, więc znajomość załogi ma już większą wagę niż rozpoznanie telewizyjnego wzorca. Jej członkowie mogą sobie żartować, ale widz pamięta również, z czym musieli się zmierzyć. Dzięki temu kolejny spór nie wygląda jak ćwiczenie zadane przypadkowym postaciom. Kiedy humor ustępuje poważnej rozmowie, nadal oglądamy tych samych ludzi – z ich uprzedzeniami i prawem do pomyłki. W Polsce Orville jest obecnie dostępny na Disney+.

