Nowa linia produkcyjna, czyli EGZORCYSTA i DZIECKO ROSEMARY na małym ekranie | FILM.ORG.PL

Nowa linia produkcyjna, czyli EGZORCYSTA i DZIECKO ROSEMARY na małym ekranie








Rafał Oświeciński
08.08.2013


Największym truizmem naszych czasów jest stwierdzenie faktu, że seriale telewizyjne są tak samo dobre, emocjonujące i zaskakujące jak filmy kinowe. Ale równie popularnym sloganem może być w przyszłości banał podobny do tego, w jaki sposób określa się współczesne trendy filmowe, które zasadzają się na sequelowaniu, rimejkowaniu i wszelkiemu innemu kopiowaniu tego, co było, co się sprawdziło i się sprzedało. Ganieni są Chińczycy za tworzenie podróbek, a Amerykanie za to samo są oklaskiwani, a przecież nie robią nic innego jak sprzedawanie turystom plastikowych wież Eiffela, matek boskich fatimskich i okrągłej pogodnej buzi JP2 na grającej podstawce. Turystów w bród, handel kwitnie, fabryki szykują nowe linie produkcyjne.

Często fetyszyzowany przeze mnie serial telewizyjny powoli przepotwarza się wchłaniając w siebie mody kinowe. Nic zdrożnego, powiecie, i nic zaskakującego, bowiem telewizja zawsze skwapliwie korzystała z dobrodziejstw dużego ekranu podpatrując wzory gatunkowe, formę, angażując gwiazdy (choć gwoli prawdy częściej lansując nowe). Jednak w ostatnich latach, a szczególnie w ostatnich miesiącach, nasila się pewna tendencja, która nie zwiastuje niczego dobrego, a raczej wpisuje się w widok marazmu twórczego, który już dawno opanował wyobraźnię Hollywood, a teraz przychodzi nieproszony do telewizji i próbuje renowacji, która skończy się tak, jak retusz Jezusa z Borji.

Jak grom z jasnego nieba gruchnęła dziś wiadomość o serialu opartym na „Egzorcyście”. Studio filmowe Morgan Creek ma prawa do powieści Williama Petera Blatty – na podstawie której William Friedkin nakręcił swój klasyk horroru obchodzący właśnie swoje 40-lecie – i nie zawaha się ich użyć. Jeremy Slater, młodziutki scenarzysta nie mający chyba nic na swoim koncie (oprócz zapowiedzianego na 2015 rok rebootu „Fantastycznej 4”, ałć…), opowie na nowo historię potyczki Szatana i ojca Merrina – w 10 odcinkach.

Nie dość tego – przed paroma tygodniami słychać było potężniejszy grzmot telewizyjny, bo oto NBC zapowiedziało serial oparty na… „Dziecku Rosemary”. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem tę wiadomość, to przecierałem oczy ze zdumienia, bo co jak co, ale Roman Polański nowelkę Iry Levina przeniósł na ekran w sposób doskonały (i wciąż znakomicie wyglądający!) i z tego powodu decyzja o powtórnej adaptacji jest co najmniej zaskakująca, dziwna.

Najbardziej martwi nie tyle fakt, że ktoś zerka nostalgicznie na klasykę kina i widzi wielki potencjał kasowy, którego zignorować nie może, ale konstatacja na bazie doświadczeń widza, któremu zaoferowano już podobnego typu seriale. Mieliśmy w ostatnim czasie przykłady mariaży kina i telewizji, najczęściej z miernym skutkiem, niestety.

W 2012 pojawiły się przecież dwa bardzo głośne seriale oparte na klasykach kina, które były przykładem równie głośnego zjazdu jakościowego w stosunku do oryginałów, którymi się podpierają. „Bates Motel”, nawiązujący do „Psychozy” Alfreda Hitchcocka, okazał się być nudną wydmuszką, w której najbardziej doskwiera brak intrygującej fabuły i zerowa ilość dreszczy przeszywających ciało. To serial, choć chętnie oglądany, zostanie zapomniany chwilę po anulowaniu produkcji (a do tego pewnie dojdzie prędzej czy później) – nie ma w sobie absolutnie nic oryginalnego. Z kolei „Hannibal”, budujący swoją renomę w oparciu o Hannibala Lectera, obiecywał znacznie więcej niż telewizyjny Norman Bates, choćby z prostego powodu, któremu na imię „Mads”, a na nazwisko „Mikkelsen”. Tym boleśniejszy był pierwszy sezon, który pokazał, że to, co powinno być w serialu najważniejsze, czyli tzw. character development i wciągająca fabuła, ma gdzieś. Najgorsze, że całość oparto nie na Madsie-Hannibalu, a na nieopierzonym agencie Grahamie, którego niemrawo gra Hugh Dancy. Więcej o „Hannibalu” napisał Grzesiek Fortuna, który wytknął najważniejszy błędy, z czym nie zgodzić się nie mogę.

Do „Bates Motel” i „Hannibala” można dołączyć również „Terminator: Kroniki Sarah Connor”, czyli serial z wielkim potencjałem zabitym przez realizację typu „zero”: nieznane twarze w rolach głównych (wówczas, Lena Headey dzisiaj to co innego), oszczędna realizacja, niezbyt dobry scenariusz (to chyba norma w tego typu produkcjach). Usilnie sięgam pamięcią i próbują znaleźć jakieś przykłady udanego przeniesienia na mały ekran dużych kinowych hitów. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to kultowy „M.A.S.H.”, tak cudownie rozwijający wojenny absurd filmu Roberta Altmana, oraz „Gwiezdne Wrota”, które udanie penetrowały nie tylko rejony pokazane przez Rolanda Emmericha, ale i powędrowały na Atlantydę, co – w ciągu 19 lat od premiery filmu – zaowocowało 17-ma sezonami i dość silną franczyzą.

Jednak to tylko dwie łyżki miodu w zapełniającej się powoli beczce dziegciu. Nie wierzę bowiem w serialowe projekty oparte na klasykach kina. Nie na odtwórstwie polega siła małego ekranu, a na wyrazistości i oryginalności – samo oparcie się na znanym tytule to niezły wabik marketingowy, ale weryfikacja jest bardzo brutalna, bo serial potrzebuje zdecydowanie więcej uwagi. Kluczem jest świeży pomysł, dobry dialog, zaskoczenie (cliffhanger), ewolucja postaci, intrygujące tło. Banały? Jak najbardziej, ale to podstawy dobrej serialowej historii, a ta – jak pokazują przykłady wyżej – kulała zbyt często perfidnie oczekując, że widz w tym przypadku jest ślepy na niedoróbki. Ale jak można nie widzieć tak wyraźnych potknięć? Boje się, że nadchodzące „Dziecko Rosemary” czy „Egzorcysta” będą niczym udający dorosłego gimnazjalista po kilku piwach, który powłóczy nogą, charknie, beknie i potknie o krawężnik licząc na to, że mamusia go nie zobaczy. A mama wszystko widzi, gówniarzu.

Chwytanie się ikonicznych postaci, które są związane z konkretnymi i najwybitniejszymi dziełami swoich czasów, z miejsca prowadzi do konfrontacji między tym, co święte i nienaruszalne, a tym, co doczesne. Brzmię tu jak kaznodzieja, wiem, że takie hasła zalatują ideową tandetą, ale o nic innego, jak o mamonę tu chodzi i zysk, który jest pewny, gdy się rzuci ludziom na żer to, co znają i lubią. Pogryzą, przełkną, przetrawią i wydalą, bez oglądania się na to, ile się w biodrach odłożyło i ile z tego dostał mózg. Tak smaczne, że aż smutne.

 

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#46 Blitz

Następny tekst

The Monuments Men - pierwszy zwiastun



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE