Uncategorized
WŁADCY OGNIA. Słabi ludzie i potężne smoki
Władcy ognia to udany film przygodowo-sensacyjny, z interesującą, mroczną scenografią, ze świetnymi efektami wizualnymi.
Smok jaki jest, każdy wie. Ma cztery łapy, ogonek i zieje ogniem. Co niektóre egzemplarze mają też błoniaste skrzydełka. Gatunek ten bardzo mocno pokrzywdzony przez klasyczną literaturę dziecięcą (smoki w niej to głównie łobuzy, rozrabiaki i dziewojady), w ostatnich latach zaczął jakby odzyskiwać należne mu dobre imię dzięki filmom i serialom. Najpierw był całkiem miły (a nawet bohaterski) Ostatni smok, potem czerwona, ale pełna sexappeal’u smoczyca ze Shreka, a następnie …. Gra o Tron. W filmie Władcy ognia, natomiast, smoki za bardzo miłe to nie są….
Historia sama w sobie jest dość oryginalna i nie powiem, ciekawa. Otóż w czasie pewnych robót głęboko pod powierzchnią Londynu robotnicy trafiają na pradawną pieczarę, w której smacznie śpi sobie smok. W zaistniałej sytuacji nie pozostaje mu nic innego jak obudzić się i rozpocząć zadymę. Jak dowiadujemy się z pobieżnie przedstawionych informacji na początku filmu, smoki w ciągu kilkudziesięciu lat nie tylko rozmnożyły się niczym biblijna szarańcza, to jeszcze do tego spaliły praktycznie wszystkie miasta razem z zawartością na całej planecie.

Obecnie jedynie niedobitki ocalałych walczą już nie z bestiami, co bardziej z głodem. Wszystko to może nie byłoby takie niezwykłe, gdyby nie fakt, że akcja filmu rozgrywa się w przyszłości, a do walki z bądź co bądź średniowiecznymi w swym pochodzeniu bestiami używa się broni jądrowej, karabinów maszynowych, czołgów i śmigłowców. Sami przyznacie, że takiej historii to kino jeszcze nie opowiadało. Gdy pierwszy raz usłyszałem o fabule tego filmu, pomyślałem sobie: “głupie, ale fajne”. I taki też jest ten film.
No bo czego, jak czego, ale głębszego sensu i logiki wydarzeń w tym filmie nie uświadczymy. Już sam pomysł rozmnożenia się smoczej rasy z jednego tylko egzemplarza płci wybitnie męskiej jest dla twórców filmu czymś całkiem naturalnym. Ja rozumiem, że w przyrodzie jest możliwe dzieworództwo, ale na poczęcie potomka zdecydował się do tej pory jedynie Arnold Schwarzenegger, przynajmniej jeśli chodzi o naszą płeć. Ten drobny problem został przez scenarzystów (aż trzech ich nad tym arcydziełem pracowało) “przeoczony”, podobnie jak i parę innych.

Szczególnie wzruszyła mnie informacja (wzruszyła w tym znaczeniu, że nogi się pode mną w kolanach ugięły), iż to właśnie smoki załatwiły 65 milionów lat temu dinozaury, spalając je na popiół. W związku z tym, że dinozaurów było sporo, dymu z tej operacji było jeszcze więcej. Takiej okazji nie można było przegapić – nasi scenarzyści ponurym głosem głównego bohatera (narratora) oznajmili, że to wielkie zadymienie spowodowało globalne ochłodzenie i …. rychłe nadejście epoki lodowcowej (w domyśle – tej ostatniej). Cóż, to w końcu Amerykanie robią film dla Amerykanów, nie bądźmy więc małostkowi…..
Wbrew temu co do tej pory napisałem, film nie jest taki zły, a nawet ogląda się go z dużą przyjemnością. A wszystko to za sprawą strony wizualnej, a w szególności smoków. Bo smoki są w tym filmie wspaniałe! Potężne, olbrzymie, groźne, ziejące najprawdziwszym ogniem (na ładnych kilkadziesiąt metrów długości). Są jak jakieś mityczne (nomen-omen) bestie, posłańcy końca świata, którzy zstąpili na Ziemię by pokarać rodzaj ludzki za jego niecne uczynki. Aż się prosi, żeby scen z tymi potworami było jak najwięcej, gdyż jest ich po prostu za mało. Odczuwa się to szczególnie boleśnie w konfrontacji z pozostałymi scenami, w których przeważają aktorzy ludzcy. Niestety, z pojedynku aktorskiego smoki także wychodzą zwycięsko.

Główne role okupują bowiem w tym filmie aktorzy piękni, młodzi i nieszczególnie utalentowani. Pierwsze skrzypce gra tu przepięknie zbudowany niczym młody bóg, Matthew McConaughey. We Władcach ognia jest potężny, łysy i wytatuowany. A tatuaże ma naprawdę imponujące. To chyba najmocniejszy punkt tej kreacji aktorskiej zresztą. Co gorsza (ale dla samego filmu, nie dla aktora rzecz jasna), ta majestatyczna, rozgorączkowana i trochę szalona postać aktorsko zdecydowanie wybija się ponad wszystkie pozostałe. Nie dorównuje jej w żaden sposób kompletnie bezbarwny i nijaki Christian Bale, który w tym filmie jest po prostu kolejnym, zarośniętym przystojniakiem bez krzty charyzmy.
Do dwójki naszych bohaterów dołączona jest (żeby nie powiedzieć – wciśnięta na siłę) nasza polska Izabela Scorupco, która w filmie tym jest prześliczną, ruchomą dekoracją. Chaciałbym powiedzieć, że jest czymś więcej (może nawet aktorką), ale sumienie zabrania…. Tak, zdecydowanie smoki bija naszych aktorów zarówno pod względem aktorskim, jak i pod względem posiadanej charyzmy….

Muszę to podkreślić jeszcze raz – sceny z udziałem bestii są wspaniałe. I to nieważne, czy potwory śmigają w powietrzu (naprawdę szybko), czy pożerają, czy zieją ogniem, czy niszcza. Szczególnie te dwa ostatnie aspekty ich działalności są nie tylko widowiskowe, co zawierają w sobie jakieś perwersyjne, chore piękno. No bo wyobraźcie sobie kilkudziesięciometrową bestię, unoszącą się nieruchomo tuż nad powierzchnią ziemi i palącą ogromnym płomieniem całą kolumnę wojska. To zdecydowanie najlepsza scena tego filmu, która powinna zapisać się w historii kina, jako coś naprawdę niesamowitego!!
Reszta filmu nie jest już tak doskonała, a miejscami nawet przeciętna. Jest to jednak kino akcji, więc wszystko w tym filmie dzieję się szybko, głośno i z przytupem. Ludzie walczą ze smokami i z innymi ludźmi – widać, że hollywoodzcy scenarzyści uparli się, aby pokazywać rasę ludzką jako niesforną bandę, która w obliczu zagłady zamiast jednoczyć się, potrafi tylko brnąć bezsensowne spory. Podobnie jest i w tym filmie, z tym że tu przylatuje na koniec smok i wypala swym ognistym oddechem większość defetystycznie nastawionych do życia bohaterów, dzięki czemu akcja może posuwać się zwawiej, aż do finału. Całkiem zresztą udanego i emocjonującego, z obowiązkowym zresztą happy-endem, ale niech tam mają….

Władcy ognia to udany film przygodowo-sensacyjny, z interesującą, mroczną scenografią, ze świetnymi efektami wizualnymi i z całą, pozostałą swoją przeciętnością. Po obejrzeniu tego filmu widzowi nie pozostanie w głowie nic, poza samymi smokami, a to i tak przecież sporo.
Dobra passa tego gatunku trwa – mimo iż nie zawsze potwory są pokazane w dobrym świetle, to jednak zgodnie z hollywoodzką zasadą: “nie ważne dobrze, czy źle, byle po nazwisku”, dzięki filmowi Władcy ognia gadziny znalazły się znowu na topie.

