search
REKLAMA
Recenzje

SANKTUARIUM. Cudów nie ma

Gdyby nie charakterystyczna twarz Jeffreya Deana Morgana, Sanktuarium nie zostawiałoby zapewne żadnego śladu w pamięci jako kolejny skrojony według matrycy horror.

Tomasz Raczkowski

6 lipca 2021

REKLAMA

Być może za jakiś czas będzie się pisać o złotych latach kina grozy, na pewno dużo słów i atramentu poświęcono kwestii renesansu tego gatunku. Jakkolwiek by do tego nie podejść, zjawisko to jest faktem – regularnie powstają bardzo ciekawe i dobre produkcje z kręgu horrowowego, które zdobywają szeroki odzew widowni. Z jednej strony mamy ambitne psychologiczne projekty chociażby Ariego Astera czy Roberta Eggersa, z drugiej ekscytujący powrót do korzeni kina grozy, którego sztandarowym przykładem jest uniwersum Obecności. Ogólnie klimat jest dobry dla horrorów zarówno stawiających na klasyczne straszenie i rozrywkę, jak i tych ambitniejszych. Gdzieś w pogranicze tych dwóch konwencji celowali chyba (choć szczerze mówiąc nie wiem, ile było w tym intencji, a ile kopiowania popularnych trendów) twórcy Sanktuarium, zasilającego w tych złotych czasach horroru szacowne grono tła, od którego odcinają się gatunkowe perełki.

Twórcą Sanktuarium jest Evan Spiliotopoulos, znany dotąd głównie jako współautor scenariuszy Herkulesa, Łowcy i Królowej Lodu, Pięknej i Bestii oraz animowanych filmów dla najmłodszej widowni. Dorobek, przyznajmy, niespecjalnie sugerujący w osobie Spiliotopoulosa uzdolnionego autora kina grozy. Sanktuarium było jednak dla filmowca pierwszym samodzielnym tekstem do w miarę dużego projektu i przy okazji debiutem w roli reżysera, można było więc oczekiwać nowego otwarcia w karierze twórcy. Na warsztat wziął on opowiadającą o opętaniu pod pozorem objawienia powieść Jamesa Herberta, twórcy m.in. pierwowzoru Carpenterowskiej Mgły, punkt wyjścia można więc uznać za dość obiecujący.

Protagonistą jest Gerry Fenn, dawniej gwiazda branży, obecnie – na skutek skandalu związanego ze sfabrykowaniem materiałów – podrzędny reporter. Trafia on do niewielkiej miejscowości w rejonie Bostonu, gdzie bada sprawę domniemanych zjawisk paranormalnych. Choć szybko okazuje się, że doniesienie to efekt mało wybrednego żartu, Fenn chce wycisnąć cokolwiek interesującego z podróży i gdy odnajduje XIX-wieczną zabawkę, postanawia nie po raz pierwszy ubarwić rzeczywistość, tworząc zmyśloną historię. Traf sprawia, że dziennikarz szybko dostaje na tacy coś znacznie lepszego – od urodzenia głuchoniema nastolatka nagle przemawia i obwieszcza, że została uzdrowiona przez Maryję Dziewicę. Sprawa szybko staje się krajową sensacją, a Gerry wykorzystuje okazje i staje się głównym korespondentem relacjonującym domniemany cud. Cyniczny reporter staje zatem przed podwójną szansą – odkupienia win i naprawienia swojej kariery, a także odzyskania utraconej dawno temu wiary w Boga.

Sam wątek tajemniczego objawienia, choć nie powala oryginalnością, sprawdza się dobrze jako główna oś filmu – filmu, który momentami wydaje się, że wcale nie chce być horrorem. Całkiem spora część Sanktuarium to bardzo solidna opowieść o nagłej konfrontacji mistycznej wiary ze zdroworozsądkowym światem i równolegle uruchamianą (również przez samych duchownych) machiną kapitalizacji cudu, z kościelnymi procedurami weryfikacji w tle. Większość scen Fenna (w tej roli jak zawsze przyciągający nonszalancją Jeffrey Dean Morgan) z cudownie ozdrowiałą Alice (dobrze obsadzona Cricket Brown) mogłoby znaleźć się spokojnie w psychologiczno-religijnym dramacie pokroju Tajemnicy objawienia czy Lourdes. Zestawienie tego zgoła socjologicznego wydźwięku Sanktuarium z wprowadzonym ustami lokalnego księdza wątkiem zła podążającego za świętością w myśl maksymy „gdzie Bóg buduje kościół, szatan stawia kaplicę” mogło wykreować interesujące podłoże dla ambitniejszej narracji, a na pewno stworzyło przed twórcami możliwość wyprowadzenia efektowej, operującej religijnym suspensem opowieści grozy. Niestety obie szanse zostały przez Spiliotopoulosa zmarnowane.

Sanktuarium spada z konia bardzo wcześnie – już w momencie, gdy zawiązuje się ciekawa dynamika pomiędzy cudownie ozdrowioną nastolatką a podzielonym na zachwyconych wiernych i sceptyków otoczeniem, autor uznaje za stosowne rzucić widzowi w twarz tandetnie zrealizowaną i zupełnie niepotrzebną scenę uwolnienia się demona, który, jak można się domyślać, odegra kluczową rolę w całej sprawie z cudem. Od momentu, gdy mocno przed połową zostaje nam przedstawiona w figuratywnej formie główna siła antagonistyczna, jasne jest, że Sanktuarium nie napędzają ani specjalne ambicje, ani też niestety szczególnie wyrafinowany warsztat filmowy.

Skądinąd obiecujące, dłuższe sekwencje realistyczne wydają się nieproporcjonalnie rozciągnięte wobec scen grozy, które pojawiają się mechanicznie, bez większego pomysłu na ich korelację z warstwą wyjściową. Straszenie opiera się tu na topornych jump scare’ach, a w końcówce również na epatowaniu delikatną (i kiepsko zrealizowaną) obscenicznością, mamy więc klasyczne pokrzykiwania i bieganie po ciemnych przestrzeniach. Bezduszna, pozbawiona inwencji inscenizacja tych sekwencji pozwala docenić kunszt Jamesa Wana i spółki, aranżujących skradanki w kolejnych częściach Obecności, które mimo skromniejszej podbudowy trzymają w napięciu daleko bardziej niż odbębnione bez pomysłu kulminacje Sanktuarium. Porażki dopełnia sztampowe rozwinięcie fabuły, obowiązkowo wykładanej kawa na ławę ustami Morgana i zlepione ze znanych na pamięć klisz – klątwa z przeszłości, demoniczne znaki, przeznaczenie itd. Ulatuje z tego dramaturgiczne napięcie między wiarą a niewiarą, które mogło i w pewnym momencie zdawało się napędzać film, a wszelki suspens zduszony jest w zarodku.

Gdyby nie charakterystyczna twarz Jeffreya Deana Morgana, Sanktuarium nie zostawiałoby zapewne żadnego śladu w pamięci, jako kolejny skrojony według matrycy horror. Wszystko, co widzimy na ekranie, grano już wcześniej gdzie indziej (zazwyczaj lepiej), a leżącą na stole szansę na ulepienie ze znanych składników czegoś sensownego i ciekawego (jak chociażby w Świętej Maud Rose Glass) Spiliotopoulos wzorowo zmarnował. Może oczekiwałem za dużo od wchodzącego do kin w sezonie letnim straszaka, ale trudno jest mi pozbyć się wrażenia, że w tej historii tkwił dużo większy potencjał niż to, co zobaczyłem. A zobaczyłem film zbyt leniwy na horror psychologiczny i zbyt toporny na rzetelnie straszący film grozy.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA