Recenzje
POTWORY: Historia Lizzie Borden: opowieść o ZBRODNI czy estetyzowanie PRZEMOCY?
Historia Lizzie Borden, podobnie jak poprzednie, wzbudziła zainteresowanie widzów oraz dyskusje na temat sposobu przedstawiania morderców w twórczości reżysera.
Potwory: Historia Lizzie Borden, czyli kolejny sezon kontrowersyjnej antologii Ryana Murphy’ego pojawił się na Netfliksie. Podobnie jak poprzednie historie, również i ta wzbudziła zainteresowanie widzów oraz liczne dyskusje na temat sposobu przedstawiania morderców w twórczości reżysera.
Zanim pojawił się Monster, Murphy stworzył American Horror Story, które do dziś ukazuje się w formie antologicznego serialu. Już tam widzowie mogli przyjrzeć się umysłom psychopatów i potworów. Dopiero jednak Monster sięgnął po historie prawdziwych morderców. Wszystko zaczęło się od Jeffreya Dahmera, a pierwszy sezon spotkał się z krytyką za romantyzowanie przestępcy i brak szacunku dla jego ofiar oraz ich rodzin. Później przyszła kolej na braci Menendez, a następnie na Eda Geina.

Tym razem twórcy sięgnęli po historię Lizzie Borden. Kobieta żyjąca na przełomie XIX i XX wieku została oskarżona o brutalne zabójstwo swojego ojca i macochy. Ostatecznie uniewinniono ją w procesie dotyczącym tych zbrodni, a okoliczności morderstw do dziś budzą zainteresowanie. Ella Beatty, wcielająca się w Lizzie, zabiera nas w sam środek tej historii. W serialu poznajemy bohaterkę od dzieciństwa aż po dorosłość. Mieszka ona z ojcem (w tej roli ponownie Charlie Hunnam) i macochą (Rebecca Hall), a z siostrą (Billie Lourd) widuje się okazjonalnie. Najbliższą jej osobą staje się natomiast zatrudniona pewnego dnia gospodyni, Ilse (Vicky Krieps).
Trzeba przyznać, że obsada naprawdę dobrze poradziła sobie z budowaniem portretów swoich postaci. Ella Beatty potrafi nadać Lizzie niepokojącą aurę, a relacje między bohaterkami mają w sobie potencjał, który mógłby stać się podstawą znacznie ciekawszej opowieści. Szkoda jednak, że twórcy nie dotrzymali aktorom kroku. Zamiast konsekwentnie rozwijać psychologię postaci, mnożą kolejne wątki, które nie zawsze składają się na spójną całość.

Historia Lizzie przeplata się z losami Aileen Wuornos, seryjnej morderczyni skazanej za zabójstwo siedmiu mężczyzn. W onirycznych sekwencjach współczesna nam zbrodniarka zdaje się postrzegać swoją poprzedniczkę niczym anioła. Czyta o niej książkę i fascynuje się jej poczynaniami. Być może taki pomysł miałby szansę zadziałać w innej aranżacji, ale tutaj zupełnie nie przekonuje. Zamiast pogłębiać opowieść o Lizzie, kolejne sceny sprawiają wrażenie, jakby twórcy chcieli za wszelką cenę połączyć ze sobą historie kobiet, które łączy przede wszystkim mroczna sława. Całość momentami przypomina opowiadanie napisane przez nastolatka zafascynowanego seryjnymi mordercami.
Podobny problem pojawia się w wątku romantycznym. Relację Lizzie i Ilse zapoczątkowuje fascynacja, a jej dynamika opiera się na kontraście między grzeczną, uległą córką a buntowniczą gospodynią. Z czasem do tej relacji dołącza kolejna fascynacja. Lizzie, niczym zahipnotyzowana, wpatruje się w aktorkę zobaczoną w lokalnym teatrze. Ponownie przyciąga ją osobowość odważna i pewna siebie, stanowiąca przeciwieństwo jej własnej, przynajmniej pozornie spokojnej natury.

Zamiast pogłębiać ten mechanizm, serial wikła się jednak w coraz bardziej dziwaczny układ. Trudno powiedzieć, co właściwie twórcy chcą przez niego opowiedzieć. Poszczególne elementy mogłyby stworzyć interesującą opowieść o dojrzewaniu i odkrywaniu własnej tożsamości, ale brakuje im odpowiedniego rozwinięcia.
Nie sposób nie dostrzec przy tym, że Murphy po raz kolejny podąża drogą kontrowersji. Balansuje na granicy opowiadania o zbrodni i estetyzowania przemocy. Jego bohaterki otacza aura tajemnicy, a ich historie zostają wpisane w opowieść o fascynacji, pożądaniu i buncie. Sam pomysł nie jest problemem. Przedstawianie zbrodni w atrakcyjnej wizualnie formie może przecież służyć czemuś więcej niż tylko przyciąganiu uwagi. Potrzeba jednak wyraźniejszego uzasadnienia, które pozwoliłoby wyjść poza samą fascynację mrocznymi postaciami. W przeciwnym razie prawdziwe tragedie stają się jedynie pretekstem do tworzenia efektownych obrazów, a stojące za nimi historie tracą swoją widzialność.

Pod względem wizualnym serial ma jednak sporo do zaoferowania. Każdy odcinek składa się z kontrastowo zestawionych ze sobą kadrów. Bladoróżowe kwiaty wiśni, jasne materiały sukienek Lizzie i hodowane przez nią gołębie, przywodzące na myśl niewinność i delikatność, zostają zestawione z ciemnymi wnętrzami domu oraz wizerunkiem jej rodziców. Przestrzeń, kolory i rekwizyty budują obraz świata, w którym pozorny spokój skrywa coś znacznie bardziej niepokojącego.
Nie wszystko jest przecież tak czarno-białe, jak mogłoby się początkowo wydawać. Tytułowy potwór krok po kroku traci swoją anielskość, a jednym z symboli tej przemiany stają się dojrzałe owoce wiśni i cieknący z nich sok. Delikatne, niemal sielankowe obrazy zaczynają nabierać złowrogiego znaczenia. To właśnie w takich momentach serial pokazuje, jak wiele można opowiedzieć za pomocą samego obrazu. Bez dosłownego wyjaśniania wszystkiego widzowi.

Szkoda, że podobnej konsekwencji zabrakło w scenariuszu. Wizualna strona Potworów okazuje się znacznie bardziej przemyślana (poza dojrzałymi owocami wiśni na kwitnącym drzewie) niż konstrukcja fabuły, a kolejne wątki nie zawsze przekonują. Historia Lizzie Borden ma w sobie wszystko, co mogłoby stać się podstawą angażującego dramatu: tajemnicę, rodzinne napięcia i niejednoznaczną bohaterkę, której winy nigdy nie udowodniono. Zamiast wykorzystać ten potencjał, Murphy rozprasza uwagę widza kolejnymi fascynacjami i nie do końca uzasadnionymi połączeniami.
Ostatecznie Potwory: Historia Lizzie Borden pozostawiają poczucie niewykorzystanej szansy. To serial, który potrafi przyciągnąć wzrok i budować niepokojącą atmosferę. Sylwetki bohater pozostają jednak nijakie. Pozostaje więc pytanie, czy reżyser rzeczywiście próbuje przyjrzeć się naturze zła, czy raczej po raz kolejny ulega fascynacji jego najbardziej widowiskową odsłoną.

