Recenzje
ODYSEJA [RECENZJA]. Koń trojański jak bomba atomowa
Odyseja. Christopher Nolan w micie o powrocie spod zburzonej Troi dostrzega analogie z erą atomową i odbicie lęków, które ukształtowały XX wiek.
Do domu utęskniony, o powrocie marzy,
A tam ani okrętów nie ma, ni wioślarzy,
Co by go chcieli przewieźć przez morskich fal grzbiety.
Teraz mu jedynaka zabić chcą, niestety,
W drodze do domu; właśnie o ojcowskim losie
Jeździł się dowiadywać w Sparcie i Pylosie.
(Odyseja, tłum. Lucjan Siemieński)
Moja fascynacja mitologią grecką zaczęła się jeszcze w dzieciństwie. Mitologia (1924) Jana Parandowskiego to była jedna z ciekawszych pozycji z listy lektur szkolnych. Dla wielu polskich uczniów było to pierwsze zetknięcie z kulturą antyczną. Dużą fascynację starożytnością potrafiły także wzniecić tragedie Sofoklesa (Antygona i Król Edyp) oraz poematy Homera (Iliada i Odyseja), które ze względu na obszerność były przerabiane w szkole we fragmentach. O ostatnim z wymienionych tytułów jest teraz głośno w związku z nową filmową interpretacją autorstwa Christophera Nolana.

Spośród wcześniejszych filmowych adaptacji Odysei powstały co najmniej cztery produkcje godne polecenia. Włoski Ulisses (1954) Mario Cameriniego z Kirkiem Douglasem pozostaje produkcją pełną uroku charakterystycznego dla złotej ery peplum. Najpełniejsza pod względem wierności literackiemu pierwowzorowi jest 8-częściowa Odyseja (1968) Franco Rossiego, ale dla współczesnego widza bardziej przystępna jest 2-częściowa adaptacja telewizyjna w reż. Andrieja Konczałowskiego (1997).
Istnieje jeszcze mniej oczywista interpretacja – Powrót Ringa (1965) Duccio Tessariego, w którym fabułę poematu przerobiono na spaghetti western. Jako uzupełnienie historii można też dorzucić serial Eneida (1971) Franco Rossiego, w którym pojawia się postać Sinona, obecna także w filmie Nolana. Z dzieł inspirowanych wojną trojańską i Homerowską Iliadą godne polecenia są Gniew Achillesa (1962, reż. Marino Girolami) i Troja (2004, reż. Wolfgang Petersen).

Fabuła Odysei jest znana, ale mimo wszystko warto ją dla porządku przypomnieć, tym bardziej że reżyser filmu skacze z jednego miejsca na drugie w taki sposób, że widz, który jest niezorientowany w temacie, może się pogubić. Zaczynamy od konia trojańskiego, który powraca potem wielokrotnie i to nie tylko jako symbol podstępu, ale i barbarzyństwa, traumy, wyrzutów sumienia, hańby i upadku człowieczeństwa. Następnie przenosimy się do domu Odyseusza, gdzie jego żona Penelopa i syn Telemach, od lat czekają na powrót bohatera spod Troi, podczas gdy pałac został opanowany przez pretendentów do ręki Penelopy i władzy nad Itaką.
W końcu na arenę wkracza Odyseusz, dla którego finał wojny trojańskiej okazał się dopiero początkiem. Jego legendarny spryt, który dał zwycięstwo Grekom, nie został ukazany jako dowód geniuszu i heroizmu, lecz jako przekleństwo. Człowiek, który wymyślił sposób na zdobycie Troi, żyje ze świadomością, że przyczynił się do masakry, więc zwycięstwo było tylko pozorne, w rzeczywistości była to moralna klęska.

Upadek Troi jest więc tu symbolem upadku całej cywilizacji. 10-letnia podróż to pokuta za 10 lat wojny. Każda kolejna przeszkoda to konfrontacja z demonami przeszłości, własnymi słabościami i ciężarem czynów, których nie można cofnąć. Można jednak spróbować odkupić swoje winy i wziąć odpowiedzialność za tych, którzy jeszcze żyją.
W przeciwieństwie do Troi (2004) Petersena, w której całkowicie usunięto element nadprzyrodzony, Nolan nie zrezygnował z fantastyki, ale ograniczył ją do niezbędnego minimum. Posejdon jest tylko niewidzialną siłą, niszczycielskim sztormem, którego obecność odczuwa się w potędze natury. Z kolei Atena pozbawiona jest nie tylko swoich świętych atrybutów, lecz także sprawczości. W poemacie czynnie wspierała Odyseusza w trakcie finałowej walki, tu jej wsparcie jest bardziej psychologiczne.

Z tym wątkiem związany jest pewien twist dotyczący tożsamości bogini, co trochę uzasadnia takie właśnie potraktowanie tej postaci. Natomiast fantastyczne stwory są przedstawione w taki sposób, że można je racjonalnie uzasadnić – jako element opowieści snutej podczas niewoli u Kalipso. Odyseusz, żyjący w odosobnieniu i być może odurzany przez gospodynię, ubarwia własną historię i przekształca traumatyczne wspomnienia z wojny w bajkę o potworach.
To, co wydaje się najciekawsze w omawianym filmie to atmosfera niepokoju i grozy towarzysząca spotkaniu z Cyklopem, a także czarodziejką Kirke. Nolan nie potraktował tych epizodów w duchu kina fantasy, lecz nadał im charakter pełnoprawnego horroru. Scena z Polifemem, pasterzem i ludożercą w jednej osobie, imponuje realizacją – wykorzystano animatronikę, lalkarstwo i praktyczne efekty specjalne, dzięki czemu Cyklop nie sprawia wrażenia cyfrowej kreacji.

Reszty dopełnia stylowo oświetlona klaustrofobiczna przestrzeń. Jeszcze dalej Nolan poszedł w przypadku Kirke – jej zdolności przemiany człowieka w zwierzę przyjmują tu formę obrzydliwego body horroru, co dla twórcy Incepcji było czymś nowatorskim. Niezwykle mocna jest również scena pokazująca żołnierzy we wnętrzu konia trojańskiego, gdzie czuć grozę wojny w jej najbardziej fizycznym i odrażającym wymiarze.
Największe emocje przed premierą wzbudzała obsada, więc warto podsumować, jak ostatecznie zaprezentowali się aktorzy i czy kontrowersje były uzasadnione. Matt Damon jako Odyseusz jest w moim odczuciu bardzo dobry – ma charyzmę zdolną przekonać widza o jego przywódczych zdolnościach, ale ma również odpowiednią manierę w grze aktorskiej, dzięki której nie jest pomnikowym herosem, lecz człowiekiem konfrontującym mit o zwycięstwie z brutalną rzeczywistością wojny. Spośród postaci kobiecych najlepiej wypada Anne Hathaway w roli Penelopy, dostająca od reżysera najmocniejsze pod względem emocjonalnym sceny.

Na drugim planie błyszczy John Leguizamo w roli ślepego pastucha Eumajosa. Aktor jest Latynosem i ze względu na pochodzenie mógł budzić kontrowersje, ale to nie jego nazwisko pojawiało się w przedpremierowych dyskusjach. Przy okazji można jeszcze wspomnieć, że Eumajos w pierwowzorze nie był ślepy, a jego dysfunkcja wzroku w omawianym filmie to sprytne nawiązanie do postaci Homera, który według popularnej legendy był niewidomym śpiewakiem wędrownym.
Głównym tematem medialnych artykułów i komentarzy na długo przed premierą było obsadzenie Lupity Nyong’o i Elliota Page’a. Ostatecznie oboje wypadają poprawnie, choć ich czas ekranowy jest zbyt krótki, by w znaczący sposób wpłynąć na odbiór całego filmu. Największym rozczarowaniem okazały się Charlize Theron i Zendaya, co jest przede wszystkim winą Nolana-scenarzysty, gdyż te postacie nie miały właściwie nic do zagrania.

Do rozczarowań zaliczyłbym także syreny oraz Scyllę i Charybdę, które wyglądają tak, jakby po prostu je odhaczono bez dbania o jakość, włączając je do filmu tylko dlatego, że są to dość istotne punkty greckiego eposu. W filmie z budżetem 250 milionów dolarów oczekiwałem większej kreatywności i lepszej jakości w tych epizodach.
Mimo iż zauważam wady tego widowiska to skłamałbym, gdybym powiedział, że film mi się nie podoba. Jest sporo kapitalnych scen, które zostaną u mnie w pamięci, jest klimat fantastycznej przygody, którego oczekiwałem po tego typu filmie.Jest przekaz, którego raczej się nie spodziewałem – pod tym względem film przypomina poprzednie dzieło Nolana, Oppenheimera (2023). W tym kontekście koń trojański pełni podobną funkcję, co bomba atomowa.

Niewątpliwą atrakcją jest podejście do efektów specjalnych – minimum zielonych ekranów i grafiki komputerowej. Oprawa wizualna robi wrażenie i kino jest tutaj odpowiednim medium, by tę wizję najlepiej przekazać (choć przyznaję, że miejsce w piątym rzędzie przed wielkim IMAX-owym ekranem nie było zbyt dobrym pomysłem, zwykła sala kinowa jednak by wystarczyła). Kończąc tę recenzję, powiem, że po Troi i Odysei czekam na adaptację Eneidy Wergiliusza, choć niekoniecznie w reżyserii Nolana.

