Recenzje
MODLITWA ZA UMIERAJĄCYCH. Są rzeczy straszniejsze niż złoczyńcy
Modlitwa za umierających to surowy, melancholijny antywestern o walce z przeciwnikiem, którego nie można pokonać. Rewolwer nie daje przewagi…
Debiutująca tym filmem reżyserka to wnuczka amerykańskiej aktorki Carroll Baker, znanej między innymi z westernu Biały kanion (1958). Pierwszy pełnometrażowy film Dary Van Dusen, Modlitwa za umierających, również może być sklasyfikowany jako western – scenografia, kostiumy i rekwizyty przywodzą na myśl opowieści o Dzikim Zachodzie. Film jednak może zaskoczyć widzów oczekujących klasycznego reprezentanta gatunku. Nie przypadkiem to dzieło trafiło do repertuaru Nowych Horyzontów – to typowy arthouse bliski kinu Kieślowskiego, którego sama autorka wskazywała jako źródło inspiracji.
Akcja toczy się w małej mieścinie w stanie Wisconsin w 1870 roku, zaś głównym bohaterem jest Jacob Hansen, pełniący jednocześnie służbę porządkową i duchową – jest szeryfem i pastorem. Jego codzienność zostaje zakłócona, gdy w okolicy zaczynają umierać zarówno zwierzęta, jak i mieszkańcy. Miejscowy lekarz podejrzewa, że przyczyną zgonów może być błonica (dyfteryt), wysoce zakaźna choroba, która grozi wybuchem epidemii. Społeczność, która i tak jest już odizolowana od cywilizacji, ma zostać wkrótce objęta kwarantanną, by powstrzymać rozprzestrzenianie się zarazy.

W świecie westernu obowiązkowym elementem jest groźny antagonista, ale tutaj złowrogim przeciwnikiem nie jest człowiek, lecz bezlitosna choroba. To wyjątkowo trudny do pokonania wróg, który przynosi śmierć i zagładę, wystawiając ludzi na próbę nie tylko fizyczną, ale też moralną i duchową. W obliczu epidemii przestają obowiązywać proste podziały na bohaterów i złoczyńców. Rewolwer nie daje przewagi, a odwaga nie mierzy się liczbą oddanych strzałów, lecz gotowością do niesienia pomocy, nawet gdy nie widać już nadziei.
Dzięki pracy kamery, prowadzonej (co w kinie zdarza się nieczęsto) kobiecą ręką, udało się wykreować na ekranie apokaliptyczny klimat. Zdjęcia Kate McCullough należą do tych, które zostaną w pamięci na długo. Jednym z najbardziej sugestywnych momentów jest scena, w której grupa bohaterów próbuje zatrzymać pociąg – za ich plecami znajduje się oślepiające słońce, a przed nimi unoszą się kłęby dymu zwiastujące nadejście potężnej maszyny. Chwilę później postacie w złoto-pomarańczowym świetle reflektora lokomotywy celują do siebie z broni, zwiastując jedną z najbardziej oryginalnych scen strzelanin w historii westernu.

Obok długich ujęć i powolnych jazd kamery pojawiają się także gwałtowne panoramy z charakterystycznym rozmyciem obrazu (tzw. whip-pan shots), które potęgują poczucie dezorientacji i obrazują świat tracący równowagę.
Z pewnością nie wszyscy dadzą się uwieść tej estetyce – powolne tempo, kontemplacyjny charakter i skupienie na klimacie zamiast na wartkiej akcji mogą okazać się dla części widzów zbyt wymagające. Jeśli jednak potraktować kino przede wszystkim jako sztukę wizualną pełną starannie skomponowanych obrazów i świadomych decyzji operatorskich, dzieło Dary Van Dusen może zrobić duże wrażenie. Na uwagę zasługuje również fakt, że zdjęcia realizowano na Słowacji, której krajobrazy zostały przekształcone w surową, ale bardziej oniryczną niż realistyczną, przestrzeń pogranicza. Mocnym punktem jest także obsada, w szczególności trójka protagonistów: Johnny Flynn, John C. Reilly i Kristine Kujath Thorp.

Modlitwa za umierających to dzieło z pogranicza kina gatunkowego i autorskiego, w którym klasyczna westernowa walka dobra ze złem ustępuje miejsca opowieści o bezradności i próbie zachowania człowieczeństwa w obliczu nieuchronnej tragedii. Ci, którzy cenią kino oparte na sugestywnych obrazach i onirycznej atmosferze, mogą odnaleźć w tej produkcji doświadczenie nietypowe i zapadające w pamięć. Pozostaje mieć nadzieję, że ta oryginalna propozycja znajdzie odbiorców także w Polsce.

