Recenzje
ODKUPIENIE. Mroczny THRILLER jak kalka fincherowskiego SIEDEM
Odkupienie Russella Mulcahy’ego prawdopodobnie by nie powstało, gdyby nie starszy o cztery lata słynny obraz Davida Finchera.
Odkupienie Russella Mulcahy’ego z 1999 roku prawdopodobnie by nie powstało, gdyby nie starszy o cztery lata słynny obraz Davida Finchera.
Krótko przed Wielkanocą na terenie Chicago dochodzi do serii brutalnych morderstw o rytualnym charakterze. Wszystkie ofiary łączy kilka wspólnych cech: wiek (33 lata), biblijne imiona (Piotr, Mateusz, Jakub), rzymskie cyfry wyryte na skórze oraz brak części ciała (ramię, noga, głowa), które zabrał ze sobą zabójca; dodatkowo na miejscu pierwszej zbrodni widnieje wykonany jagnięcą krwią napis On nadchodzi. Do sprawy zostają przydzieleni dwaj policyjni detektywi, John Prudhomme i Andy Hollinsworth, którym pomaga Wingate, profiler FBI. Śledczy rychło dochodzą do wniosku, że morderstwa mają podłoże religijne.

Russell Mulcahy zaczynał karierę od kręcenia teledysków dla AC/DC, Duran Duran, XTC i Eltona Johna, a w kinie debiutował filmem Razorback (1984) – zadziwiającym horrorem o krwiożerczym dziku, który kampową fabułę nadrabiał olśniewającą realizacją (każdy kadr był nieomal gotowym obrazem surrealistycznym). Sławę i chwałę przyniósł Mulcahy’emu Nieśmiertelny (1986) z muzyką Queen i życiową rolą Christophera Lamberta – choć był to komercyjny niewypał, został otoczony kultem, doczekał się kontynuacji i zapewnił Australijczykowi stałe zlecenia: w latach 90. reżyser praktycznie co roku robił jakiś film.
Odkupienie na podstawie scenariusza Brada Mirmana powstało według pomysłu samego Lamberta który wcielił się także w Prudhomme’a (była to dlań trzecia – po Nieśmiertelnym i Nieśmiertelnym 2 [1991] – okazja do współpracy z Mulcahym), zaś partnerowali mu między innymi Leland Orser (Hollinsworth), Robert Joy (Wingate) oraz… David Cronenberg w epizodycznej roli księdza. Co ciekawe, ta kanadyjsko-amerykańska koprodukcja była z powodzeniem wyświetlana w kinach w Europie, Australii, Azji i Ameryce Południowej, lecz nie w Stanach Zjednoczonych, gdzie od razu trafiła do telewizji i na kasety wideo.

Wielki sukces filmu Siedem (1995) Davida Finchera sprowokował wysyp naśladowców, takich jak Psychopata (1995) Jona Amiela, Kolekcjoner (1997) Gary’ego Fledera i Kolekcjoner kości (1999) Phillipa Noyce’a, ale Mulcahy i Mirman przeszli samych siebie w kopiowaniu mistrza. I tam, i tutaj mamy do czynienia z parą policjantów ścigających ogarniętego religijną gorączką seryjnego mordercę, który okrutnie okalecza swoje ofiary, by wygłosić coś w rodzaju kazania, a wszystko to dzieje się w strugach deszczu i w mieście, gdzie luksusowe domy bogaczy są równie odpychające, co zaciemnione zaułki i obrzydliwe narkomańskie klitki.
Linia dzieląca inspirację od plagiatu (rzecz jasna w znaczeniu potocznym, a nie prawnym) nie jest chyba aż tak cienka, ale twórcom Odkupienia udało się ją wielokrotnie przekroczyć – poza fabułą, stylistyką, konstrukcją akcji, a nawet biograficznym tłem postaci z lubością powielają oni niektóre sceny z filmu Finchera prawie jeden do jednego (wizja lokalna, sekcja zwłok, pogoń za mordercą, analizowanie Biblii, przesłuchanie podejrzanego, żona policjanta w niebezpieczeństwie i tak dalej). Obecność w obsadzie Lelanda Orsera, który w Siedmiu zagrał nieszczęśnika zmuszonego do gwałtu na prostytutce, też daje jakiś obraz.

Fundamentalna różnica pomiędzy obydwoma tymi filmami polega na tym, że Siedem był nie tylko wciągającym kryminałem, ale również swego rodzaju przewrotnym i ambiwalentnym moralitetem wywołującym refleksje natury filozoficznej: zabójstwa Johna Doe karzącego swoje ofiary za jeden z siedmiu grzechów głównych były godne potępienia, ale zabójca też nie był od nich wolny i sam dobrowolnie poddał się ostatecznej karze. Odkupienie nawet na jedną chwilę nie sięga tak głęboko – to tylko schematyczny thriller, w którym wszelkie potencjalne pytania o moralność i istotę występku złożono na ołtarzu sensacyjnej akcji.
Paradoksalnie tę paradę powtórzeń ogląda się z zainteresowaniem, jeśli podejdzie się do niej z dość niskimi oczekiwaniami. Film jest wprawdzie do bólu wtórny i przepełniony fabularnymi dziurami oraz niezamierzenie śmiesznymi scenami (moja ulubiona to Lambert dokonujący kopernikańskiego przewrotu w śledztwie: Jeden plus jeden równa się dwa!), ale solidnie zrealizowany. Mulcahy nie tworzy najlepszych filmów na świecie, lecz z pewnością doskonale wie, jak sprawić, żeby były one chociaż efektowne (zdjęcia, montaż). Takie filmidła nadają się tylko na sobotnią noc przy telewizji, gdy inne kanały świecą już pustkami.

