Recenzje

KLER. Recenzja najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego (Gdynia 2018)

Jako całość "Kler" jest filmem dojmującym i dosadnym, a przy tym bardzo dobrze przemyślanym.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Gdyby cały Kler wyglądał tak, jak jego pierwsze kilkadziesiąt minut, to nad recenzją nie widzielibyście siódemki, ale co najwyżej czwórkę. Zawiązując historię trzech księży, których przed laty połączyła wspólna tragedia, Smarzowski przywołuje wszystkie nagłówki prasowe opowiadające o zwyrodnieniach kościoła z ostatniej dekady. Jest tu chlanie na umór, wyłudzanie pieniędzy od wiernych, prowadzenie po pijaku, regularny seks z gosposią, kombinatorstwo, finansowe wałki, wreszcie sugestia pedofilii.

Kler

Pierwsza godzina Kleru to właściwie katalog przewinień duchowieństwa, który nawet dla Nergala byłby zapewne zbyt przerysowany.

Każdy z bohaterów Kleru ma coś na sumieniu – Trybus  (Robert Więckiewicz) to wiejski proboszcz, który kocha wszystkie swoje owieczki, ale jedną (Joanna Kulig) pokochał zdecydowanie mocniej; Lisowski (Jacek Braciak) jest wysoko postawionym pracownikiem kurii, a jego posługa ogranicza się właściwie tylko do ustawiania przetargów, szantażowania i szukania uzasadnień dla kolejnych malwersacji; Kukuła (Arkadiusz Jakubik) ma z kolei niejasną i niepokojącą relację z jednym z nieletnich parafian. Pierwsza godzina Kleru to właściwie katalog przewinień duchowieństwa, który nawet dla Nergala byłby zapewne zbyt przerysowany. Jeśli uważacie, że istnieje coś takiego jak powołanie – zdaje się mówić Smarzowski – to lepiej wyjmijcie głowy z tyłków.

Ogląda się to i dobrze, i źle. Dobrze, bo Smarzowski ma ucho do dialogów i oko do inscenizacji, a jego (sprawdzeni już przecież wielokrotnie) aktorzy wspinają się na absolutne wyżyny. Źle, bo pod względem retoryki Kler przypomina momentami filmy Patryka Vegi, który portretuje kolejne środowiska (policyjne, gangsterskie, medyczne itd.), kumulując podania z prasowych doniesień. Ale Smarzowski Vegą na szczęście nie jest i szybko ucieka od vegaństwa, by zaprezentować widzom fabularne i narracyjne mięcho. Tworzenie opisanego powyżej pierwszego aktu okazuje się tak naprawdę zawieszaniem poprzeczki możliwie wysoko – im głębiej reżyser zatopi swoich bohaterów w bagnie, tym trudniej będzie mu ich z niego wydostać. A to właśnie o odnalezienie w każdym z nich człowieka mu ostatecznie chodzi.

Następne dwa akty to już niuansowanie i tworzenie wiarygodnych psychologicznie portretów trójki bohaterów, którzy w teorii mają być pasterzami, a w praktyce są raczej zagubionymi owieczkami. Smarzowski nie stara się usprawiedliwiać ich win, ale zaprezentować ich jako trybiki wielkiej, okrutnej machiny. Udaje się to bardzo dobrze, bo role Braciaka, Jakubika i Więckiewicza są doskonale napisane i jeszcze lepiej zagrane. Ten pierwszy wciela się we Franka Underwooda w koloratce, jednocześnie przerażającego i w zaskakujący sposób tragicznego karierowicza; drugi ma niezwykle ambiwalentną rolę ofiary borykającej się z nieprzepracowaną traumą; trzeci wspaniale portretuje zagubienie i samotność. Czarnym charakterem nie okazuje się ostatecznie żaden z nich – jest nim Kościół jako całość, bezduszny system, uosabiany tu przez arcybiskupa Mordowicza (Janusz Gajos).

Kler

Smarzowskiemu można by jednocześnie sporo zarzucić – że próbuje wyważać otwarte drzwi (temat pedofilii wśród duchowieństwa nie jest już przecież tajemnicą, poruszało go nawet oscarowe Spotlight), że przesadza, zasiedlając Kler galerią grzeszników, wśród których, nawet na trzecim planie, trudno byłoby odszukać choćby jednego prawdziwego kapłana; że nie zawsze wychodzi mu łączenie fabularnych wątków, a opowieść o Trybusie prowadzi niejako obok pozostałych.

Jako całość Kler jest jednak filmem dojmującym i dosadnym, a przy tym bardzo dobrze przemyślanym. Podobnie jak w Wołyniu (którego nie cierpię), tak i w Klerze Smarzowski potrafi tak zaplanować strukturę filmu, by był on dojrzały pod względem politycznym i nie dał się zamknąć w jednej myślowej szufladce. I choć Kler będzie za chwilę wykorzystywany i przez prawicę, i przez lewicę, to warto podejść do niego bez ukierunkowanego ideologicznie bagażu, bo broni się jako mądra, choć pesymistyczna wypowiedź o odklejaniu się Kościoła nie tylko od rzeczywistości, ale też od wartości, którym powinien służyć.

Ostatnio dodane