Recenzje

JAK PIES Z KOTEM. Recenzja najbardziej osobistego filmu Janusza Kondratiuka

"Jak pies z kotem" to bez wątpienia dobre kino broniące się aktorstwem i reżyserską powściągliwością. Biorąc pod uwagę pomysł wyjściowy, można było spodziewać się hagiografii albo męczącej psychoterapii. Na szczęście – tak nie jest.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Po zapytaniu Janusza Kondratiuka o jego relacje z bratem, Andrzejem, można dojść do wniosku, że wykres tej specyficznej więzi powinien być rysowany za pomocą sinusoidy. Wprawdzie reżyser Hydrozagadki po wylewie dożywał swoich ostatnich dni pod opieką młodszego brata, ale Janusz niechętnie opowiada o uczuciach, jakimi go darzył. Zresztą – nie musi już zwierzać się dziennikarzom, skoro wszystko, co należy wiedzieć o tej relacji, opowiedział w najnowszym filmie Jak pies z kotem.

Andrzej, który nosi twarz Olgierda Łukaszewicza, doznaje udaru, a Iga Cembrzyńska, jego wieloletnia partnerka, nie jest w stanie wywiązać się z opieki nad cierpiącym. Tym oto sposobem sparaliżowany artysta – któremu nie tylko ciało, ale również umysł zaczyna płatać figle – trafia do domu młodszego brata, a wciela się w niego Robert Więckiewicz. Janusz wraz z żoną i dziećmi muszą opiekować się chorym, który momentami wydaje się zbyt głęboko pogrążony w szaleństwie. Mimo gasnących nadziei dawni rywale odnajdują w tej sytuacji szczyptę humoru. Ostatnie wspólne miesiące mogą też być terapeutyczne dla dwóch neurotycznych, ale w zasadzie bardzo różniących się od siebie braci. Koniec końców nie chodzi jednak o leczenie, ale o czas.

Nawet jeśli reżyser odżegna się od analogii do swojego życia codziennego i nazwie wydarzenia rozgrywające się na ekranie subiektywną aranżacją rzeczywistości, to co krok robi wystarczająco dużo, aby traktować ten film jako najbardziej osobisty w jego dorobku. Kondratiukowie zresztą nigdy nie bali się opowiadać poprzez kino w głównej mierze właśnie o sobie, szczególnie starszy brat, Andrzej, nie miał problemów z takim ekshibicjonizmem. Choć wiele scen widzimy z perspektywy sparaliżowanego, a ściany sypialni (co ciekawe, zdjęcia kręcono w prawdziwym domu Janusza) wypełniają się psychodelicznymi majakami, opowieść skupia się na „życiówce”. Przewijaniu i kąpaniu chorego, karmieniu go łyżką, walce o opiekę. Ta warstwa może przynieść wiele ulgi tym widzom, którzy sami opiekują się kimś po wylewie.

Jest to więc kameralna historia, która rozpoczyna się retrospekcją zarysowującą początki ich świadomej więzi, a kończy konkluzją, że trudno być gotowym na niektóre sytuacje, które z subtelnością sekutnicy na barki zrzuca nam los. Napędem emocjonalnym jest  tu mimo wszystko przedziwny dystans, z którym podchodzi się do spraw opieki nad Andrzejem. Może to zasługa Roberta Więckiewicza, który z rezerwą wciela się w Janusza nazywanego tutaj „nędznym realistą”, jakby w opozycji do całkowicie już oderwanego od rzeczywistości brata. Codzienność obcowania z gasnącym człowiekiem jest dzięki temu subtelna, niekrzykliwa, a przede wszystkim finalnie chwytająca za serce i to bez udziału manipulacji emocjonalnej. Interesujący w tym filmie jest kontekst osobisty – reżyser zdaje się robić wiwisekcję swojej rodzinie, jest krytyczny wobec niektórych aspektów bliskości, ale również czuły przy portretowaniu ułomności. Nasuwa się w pewnym momencie pytanie, czy nie przesadzono z karykaturą w portrecie osób takich jak Cembrzyńska, którą bardzo żywiołowo zagrała Aleksandra Konieczna. O tym, czy obyło się bez ofiar i animozji w rodzinie, takich jak u Knausgårda piszącego zbyt osobistą Moją walkę, wie już sam Janusz Kondratiuk.

Jak pies z kotem to bez wątpienia dobre kino broniące się aktorstwem i reżyserską powściągliwością. Biorąc pod uwagę pomysł wyjściowy, można było spodziewać się hagiografii albo męczącej psychoterapii. Na szczęście to się nie zdarza, a jest wręcz przeciwnie – wspomnienia po stracie kogoś bliskiego nie są bowiem w tym filmie wypalane za pomocą budzenia traum. Twórca opowiada swoją wersję zdarzeń nie po to, abyśmy mu uwierzyli, ale najwyraźniej po to, aby jeszcze raz spędzić czas z kimś, za kim tęskni. A że Kondratiukowie najlepiej ze światem porozumiewają się poprzez kino, to istnieje szansa, że również w ten sposób nawzajem przekazują sobie ważne informacje. W tym komunikacie jest dużo braterskiej miłości.

Ostatnio dodane