Recenzje

GRZECHOTNIK. Uwaga na węże

Wszystko, co proponują twórcy to poprawny dreszczowiec z elementami grozy, która jednak rozczarowuje brakiem puenty.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Jeżeli jesteś samotną matką, podróżującą z córką przez południowe Stany Zjednoczone i złapiesz gumę pośrodku pustkowia, na które trafiłaś, próbując objechać korek na autostradzie, sytuacja nie jest za ciekawa – prawdopodobnie jesteś bohaterką horroru/thrillera. Spodziewaj się dalszych komplikacji, obejmujących m.in. niesympatyczne gady, równie niesympatycznych Teksańczyków, a także odrapane przyczepy zamieszkane przez podejrzanych lokatorów. Bardzo możliwe, że filmem, w którym się znajdujesz, jest Grzechotnik. Dokładnie tak bowiem wygląda zarys akcji w kolejnym po 1922 zrealizowanym dla Netflixa filmie Zacha Hilditcha.

Gdy główna bohaterka filmu, Katarina, popełnia już opisany wyżej fundamentalny błąd, nie trzeba długo czekać na konsekwencje – podczas gdy kobieta zmienia w samochodzie koło, jej córka Clara zwiedza zarośnięte pustynną roślinnością pobocze i zostaje ukąszona przez tytułowego węża. Szczęśliwie niemal od razu matka znajduje pomoc u mało rozmownej kobiety, mieszkającej w znajdującej się w pobliżu przyczepie. Pomimo że nie budzi ona specjalnego zaufania, pomaga dziewczynce, rzucając enigmatyczną uwagę o „rozliczeniu” za wyświadczoną Katarinie usługę. Gdy w szpitalu okazuje się, że Clarze nic nie grozi, wydaje się, że kryzys został zażegnany. Jednak szybko staje się jasne, że jest wprost przeciwnie – Katrinę odwiedza tajemniczy prawnik, który informuje ją, że w zamian za pomoc udzieloną jej dziecku kobieta musi do zachodu słońca dostarczyć krwawej zapłaty, w myśl zasady „dusza za duszę”.

Nieszczególnie wyszukany punkt wyjścia w Grzechotniku rozwija się w całkiem solidnie zrealizowany thriller. Katarina, początkowo niedowierzająca w prawdziwość ultimatum postawionego przez tajemniczego mężczyznę, w następstwie kolejnych dziwnych zdarzeń i kilku minut internetowego researchu staje przed tragicznym dylematem, w którym stawką jest życie jej dziecka. Niewielkie teksańskie miasteczko staje się w konsekwencji swoistą pułapką dla bohaterki, zarówno na płaszczyźnie psychologicznej (zaczyna postrzegać otoczenie przez pryzmat okrutnego zadania), jak i fizycznej (raz po raz natrafia na inne tajemnicze postacie-zjawy). Scenariusz podąża co prawda utartymi koleinami rozwoju zdarzeń, jednak dzięki niezłej roli Carmen Ejogo (Detektyw, To przychodzi po zmroku) i wydobyciu paranoicznego stanu ducha Katariny sprawdza się przyzwoicie jako trzymająca w napięciu intryga o jednostce zmuszonej do podjęcia działań wbrew swojej woli.

Jednak im bliżej końca, tym gorzej. Choć środkowa część filmu, w której główna bohaterka miota się po miasteczku, próbując znaleźć wyjście ze swojej sytuacji, i zbliża się coraz bardziej do spełnienia postawionego jej żądania, wprowadza do Grzechotnika całkiem ciekawe konteksty, Hilditch nie decyduje się ich rozwinąć. Panorama prowincjonalnej mikrospołeczności, naznaczonej działaniami mrocznych sił, w perspektywie Katariny przeistacza się stopniowo we wrogie miasto duchów, dodatkowo sugerujące możliwość dostrzeżenia w filmie społecznych podtekstów (jak chociażby kwestia dostępu do broni czy przetworzenia konfliktu w osi natura–kultura). Te ścieżki zostają jednak dość szybko porzucone na rzecz generycznej kulminacji, po której film zwyczajnie się kończy, nie oferując w zasadzie żadnej puenty. Ot, kolejny dzień na szlaku, kolejny dzień w życiu małej miejscowości. Pozbawiony zarówno konkretniejszego zamknięcia głównego wątku, jak również większego znaturalizowania zdarzeń w ramach realiów świata przedstawionego Grzechotnik sprawia wrażenie skończonego na kolanie lub bez pomysłu na domknięcie znaczenia głównej linii narracyjnej.

Wobec końcowego rozczarowania finałem oraz pozbawionego polotu wpisywania się w gatunkowy schemat, bez intrygującej oprawy, Grzechotnik okazuje się filmem najwyżej poprawnym. Twórcy nie popełniają rażących błędów, całkiem dobrze wykorzystują też dostępne środki do opowiedzenia do pewnego stopnia wiarygodnej historii o jednostce postawionej w ekstremalnej sytuacji, w którą jesteśmy nawet w stanie się wczuć. Tyle wystarczy, by nazwać film uczciwą robotą produkcyjną. Jednak to trochę za mało, by Grzechotnik wyróżnił się na tle setek innych produkcji w swojej klasie czy nawet zapewnił swoim odbiorcom coś ponad minimalne wymagania. No, chyba że przyjmiemy za jakąś wartość dodaną morał o wystrzeganiu się jadowitych węży, których natura ewidentnie skrywa tajemnice mroczniejsze niż trujące wydzieliny. (Trochę już dopowiadam, bo symboliczne znaczenie węża też nie zostaje w filmie za bardzo wykorzystane. Ale szczerze mówiąc, że to niebezpieczne gady, nawet bez demonicznych konotacji, chyba większość z nas już wie).

Ostatnio dodane