Recenzje

ENOLA HOLMES. Siostra Sherlocka na tropie

Lekkie, młodzieżowe kino przygodowe. Z detektywistycznym sznytem i feministycznym zacięciem.

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Detektywka

„Jestem detektywką, łamaczką szyfrów i poszukiwaczką zagubionych dusz” – tak w jednej ze scen opisuje samą siebie tytułowa bohaterka najnowszej produkcji Netfliksa. Ten krótki cytat doskonale oddaje charakter całej produkcji, bo to przede wszystkim przygodowy film dla młodzieży, którego twórcy chętnie korzystają z detektywistycznej spuścizny rodziny Holmesów, a całość zgodnie z trendami i bardzo dla tej historii adekwatnie podlewają feministycznym sosem. 

W Enoli Holmes główną bohaterkę poznajemy w dniu jej szesnastych urodzin, kiedy to dziewczyna budzi się i zauważa, że z domu zniknęła jej matka. Wzywa więc na pomoc swoich braci – genialnego detektywa Sherlocka i wpływowego urzędnika Mycrofta, a kiedy zauważa, że ich obecność tylko jej przeszkadza, postanawia wyruszyć w podróż i sama znaleźć ukochaną rodzicielkę. Wtedy właśnie trafia na trop spisku zahaczającego o najbardziej wpływowych ludzi w kraju…

Jeśli na tym etapie czujecie się zagubieni, bo nigdy nie słyszeliście o siostrze Sherlocka Holmesa (a przynajmniej nie o tej; inna debiutowała w znanym serialu BBC), to spieszę z wyjaśnieniem. Rzeczywiście postaci Enoli nie znajdziecie w prozie Arthura Conana Doyle’a ani też w dotychczasowych licznych ekranizacjach przygód Sherlocka. Nastoletnia siostra słynnego detektywa swoje literackie życie zawdzięcza Nancy Springer, autorce serii książek o Enoli wydawanych między 2006 a 2010 rokiem. Postaci poświęcono także cykl komiksów.

A jak wypada ekranizacja prozy Springer? Niespodziewanie wręcz udanie. Mimo że sam scenariusz bywa nieco niezgrabny (trzeba przymknąć oko na odrobinę męczący pierwszy akt), to twórcom dość sprawnie udaje się połączyć elementy humorystycznego kina przygodowego dla nastolatków, lekkiego kryminału, udanej drogi bohatera (bohaterki!) z jakże dziś modnym feministycznym zacięciem, a nawet – zaskakująco – antyestablishmentowym przesłaniem, które zresztą we współczesnym kinie coraz częściej zauważamy. Całość jest bardzo narracyjnie sprawna dzięki udanemu burzeniu czwartej ściany, animowanym wstawkom i kilku-, kilkunastosekundowym retrospekcjom, które co raz przerywają główną oś fabuły. Brakuje tu klasy filmów o Sherlocku Holmesie Guya Ritchiego, ale wyraźnie Enola Holmes do nich na tym polu nawiązuje. Podobnie jak w bardzo satysfakcjonujących scenach akcji, gdzie znaleźć możemy podobną – chociaż nie bliźniaczą – dynamikę i kreatywność. W ogóle filmowi Harry’ego Bradbeera (Fleabag, Obsesja Eve) trudno zarzucić cokolwiek pod kątem czysto realizacyjnym. Piękne zdjęcia portretujące świetnie oddaną Anglię XIX wieku cieszą oko, muzyka idealnie pasuje do tego, co dzieje się na ekranie, bez wątpienia na duże uznanie zasługuje montaż.

Niewątpliwie ważnym elementem produkcji pozostaje jego gwiazdorska obsada. Na drugim planie pojawiają się znani, głównie brytyjscy aktorzy, jak Sam Claflin, Helena Bonham Carter, Fiona Shaw czy upiorny Burn Gorman, ale największym zainteresowaniem cieszyły się jeszcze przed premierą angaże do ról Sherlocka i Enoli Holmes. W tego pierwszego wcielił się Henry Cavill, który tym samym pochwalić się może, że faktem, że zagrał już Supermana, Wiedźmina i właśnie Sherlocka Holmesa! Niepodparte póki co faktami życzenia fanów stanowią, że Brytyjczyk mógłby do tego panteonu wielkich postaci popkultury dopisać rolę Jamesa Bonda, a ja brutalnie powiem – mam szczerą nadzieję, że to się nigdy nie wydarzy. Cavill – mimo mojej ogromnej sympatii do tego aktora – ma bardzo mocno ograniczony warsztat i świetnie odnajduje się tylko w rolach bardzo prostych, wymagających jedynie jego naturalnej charyzmy i dobrej prezencji (jak Superman czy Wiedźmin właśnie). W innych wypada zwyczajnie kiepsko, co udowodnił niestety rolą w Enoli Holmes. Jego Holmes jest nieadekwatnie sztywny, pozbawiony charakteru. To nie tylko najmniej ciekawa postać filmu i najgorsza tegoż kreacja aktorska, ale też najmniej wyrazisty portret postaci stworzonej przez Conana Doyle’a, jaki miałem okazję kiedykolwiek widzieć. Na szczęście na przeciwległym do niego biegunie znajduje się Millie Bobby Brown, która wciela się oczywiście w tytułową Enolę. Szesnastolatka bardzo konsekwentnie i ambitnie (w napisach końcowych widnieje nie tylko jako aktorka, ale i producentka filmu) buduje swoją karierę od czasu zdobycia rozpoznawalności dzięki uwielbianemu przez widzów Stranger Things, a rolą najmłodszej członkini rodziny Holmesów udowadnia, że w show-biznesie może osiągnąć naprawdę wiele. To bardzo udana, niezwykle charyzmatyczna i pełna energii kreacja, która jest prawdziwym sercem produkcji.

Enola Holmes to lekka i niezobowiązująca rozrywka, przy której miło spędzić czas może każdy fan kina przygodowego, bez względu na wiek i dotychczasową znajomość świata Sherlocka Holmesa. Chociaż w tym ostatnim kontekście zastanawiam się, czy film nie mógłby liczyć na większy sukces, gdyby datą premiery bliższy był wspomnianym już filmom Guya Ritchiego czy serialowi BBC z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem. Dziś „sherlockomania” już dość mocno wygasła, a produkcja Netfliksa – mimo wszystko – nie ma chyba w sobie tyle ognia, żeby na nowo ją rozpalić.

Chociaż chciałbym się mylić, bo z chęcią obejrzałbym kolejne przygody Enoli.


Spragnionym podobnych klimatów polecić mogę nieco zapomnianą Piramidę strachu (Young Sherlock Holmes) – wyprodukowany przez Stevena Spielberga film przygodowy z 1985 roku, który opowiadał o pierwszej wspólnej sprawie Sherlocka Holmesa i Johna Watsona. Produkcję z pierwszą w historii kina postacią całkowicie animowaną cyfrowo!

Ostatnio dodane