VHS

DRZEWO JOZUEGO. Dolph lśni blaskiem drewnianym

Klasa B dumnie pręży pierś - zerowa oryginalność i spora dawka frajdy.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

W 1987 roku odbyła się premiera płyty Joshua Tree zespołu U2. Wielki hit komercyjny nie jest dziełem przypadku – piąty z kolei album Irlandczyków wypełniają świetnie zaaranżowane piosenki – hymny na temat uczuć i kwestii społecznych. Dziś jest to już pozycja kultowa.

Drzewo Jozuego – Jukka krótkolistna. Gatunek drzewa z rodziny szparagowatych, ale o kształcie przypominającym ludzką sylwetkę.

Drzewo Jozuego. W 1993 nie na ekrany kin, lecz do wypożyczalni wkracza film o tym tytule, zrealizowany przez dotychczasowego kaskadera Vica Armstronga. Był to reżyserki debiut twórcy, wcześniej udzielającego się przy sekwencjach akcji choćby w cyklu o Bondzie.

Świat wstrzymuje oddech? A skąd, to kolejne mordobicie z Dolphem. Nikogo nie elektryzuje, ale klienci wypożyczalni nie dają mu się kurzyć na półce. Polskie pismo Cinema Press Video, otwierające przed czytelnikami magiczny świat rynku kasetowego, publikuje list zdegustowanego czytelnika. Ten irytuje się, gdyż zbliżony tematycznie, mistrzowski Ścigany z Harrisonem Fordem nie dostał od gazety „rączek” (symbol jakości), za to tytuł z Lundgrenem – owszem (mimo że zdaniem czytelnika królują tam bełkot i kiepskie aktorstwo ). Dziś, gdy nie ma już wypożyczalni ani Cinema Press Video, z uwagą botaników popkultury przyjrzymy się Drzewu Jozuego.

Santee parał się nielegalnymi interesami. Wyszedł cało ze strzelaniny, w której zginął jego kolega, ale został wrobiony w zabójstwo i czeka go odsiadka. W trakcie transportu strażnik próbuje go zabić, ale mężczyzna ucieka. Bierze zakładnika  młodą, atrakcyjną kobietę  nie mając pojęcia, że to policjantka. Chce dopaść tych, którzy go zdradzili. I zrobi to, pomimo faktu, że stróże prawa  zwłaszcza dwaj przekupni cwaniacy w czarnym lamborghini  organizują za nim wielką obławę.

Santee jest człowiekiem zasad (w co trochę trudno uwierzyć  zazwyczaj wygląda jak psychopata na spowalniających psychotropach). Nawet ścigający go gliniarz go lubi. Ale i tak go zabiję, mówi. Polubi zbiega także atrakcyjna zakładniczka  no bo jak tu się oprzeć facetowi, który prawie się nie odzywa, wymachuje shotgunem, mierząc także do własnego ojca, i chyba ma naturę kamikadze? Historię Santee poznajemy stopniowo, wyłuskując nowe fakty pomiędzy kolejnymi strzelaninami i darciem opon na wypalonym słońcem asfalcie. Dzięki temu nie wszystkie karty padają od razu na stół, za to akcji i pytań nie brakuje. Po ekranie śmigają rozpędzone auta, shotguny i uzi rwą materię na strzępy, a Dolph kopie, podpala i wywala w powietrze. Takim go lubimy najbardziej. Jego aktorstwo jest tu „niewzruszenie apatyczne”, co w niczym nie przeszkadza. Nasze wewnętrzne dziecko i tak chce więcej; więcej jego sztywnej gry, więcej jego zobojętniałej, klocowatej wręcz fizis na tle kaktusów czy rudych włosów zakładniczki.

Ciekawa sprawa z wątkiem romantycznym. Bohater ma w sobie tyle z amanta, ile kostka rosołowa. A jednak wierzymy, że nic tak nie angażuje uczuć i libido jak wspólna ucieczka pod obstrzałem i oglądanie telewizji w kajdankach, które współdzielicie. Aktorstwo może i jest tu średnie, ale nasza parka  prująca ogniście czerwonym autem  zerka na siebie z coraz większym napięciem i ciekawością, co wypada całkiem przekonująco. Za to scena skanalizowania powyższego jest zaskakująco zmysłowa i delikatna, ale i stymulująca. Duża w tym zasługa Kristiany Alfonso, odtwarzającej policjantkę Ritę tak, że pot ścieka nam po plecach. A i kopie ona pięknie; czasami powala samego Dolpha.

Wizja pustynnych rejonów bliska jest westernowi i zwyczajnie efektowna. Armstrong solidnie oddaje oderwanie tego świata. Są to wielkie obszary, gdzie wciąż wyraźniej czuć prawa natury niż prawa ludzkie, mijane miasteczka są małe i zdobne w szemrane hoteliki, a odgłosy karabinowych wystrzałów nierzadko alarmują tylko ptaki. Reżyser daje nam poczuć kurz i gorąc, z chęcią też prezentuje roślinność pustynną  niemego świadka rozpierduchy. Strzelaniny mają w sobie sznyt Johna Woo  jest dramatyczne slow motion, zdarza się prucie z dwóch gnatów naraz. Nie osiągają klasy azjatyckiego twórcy, ale gdy już strzeli czy buchnie, to tak, że prosimy o dokładkę. I wiemy już, czemu podtytuł obrazu to Jednoosobowa armia. Scena masakry w warsztacie samochodowym tak bardzo inspirowała się krwawym baletem Woo, że Armstrong przeprosił za tę „pożyczkę” autora Nieuchwytnego celu. Ten się nie obraził  sam lubi podglądać i wycinać od innych. Miłośnicy motoryzacji zapewne docenią liczne ujęcia na ferrari i lamborghini, a także możliwość obejrzenia ich pościgu. Pewnie równie szybko dostrzegą, że zagrały je repliki tych marek… Muzyka Joela Goldsmitha (z „tych” Goldsmithów; jego ojcem jest Jerry, klasyk ilustracji filmowych) to naprawdę solidny soundtrack. Angażujący i klimatyczny, wyrastający jakościowo ponad kasetową tapetę. Reżyser zostawia też pewne smaczki dla wtajemniczonych. W scenie strzelaniny w nielegalnym warsztacie samochodowym w tle pojawią się akumulatory firmy Die Hard…W innej Santee ogląda film, w którym kreowany przez Humpreya Bogarta bohater także musi stanąć do nierównej walki. Jej finał rozegra się w górach Nevada  tam również padną końcowe strzały w produkcji Armstronga.

Są też wpadki. Fatalne  dla odmiany  zwolnione tempo, kiedy policjantka zbiega ze wzgórza, widząc pewną egzekucję. Trzeba również przyznać, że dialogi nie są najmocniejszą stroną obrazu, a szczytem rozkoszy będą tu takie wyznania jak: „Jesteś fajna jak na policjantkę”. „Źli” nie są też jakoś nadmiernie charyzmatyczni. Ot, dwóch umoczonych, niemłodych gliniarzy, którzy   pewni swej kontroli nad sytuacją – zasuwają lamborghini, polując na zbiega. Jednak te kanalie przekonują od strony psychologicznej, co pozwala nam zapomnieć, że jakoś szczególnie nie elektryzują.

Trzeba jasno przyznać, że ów obraz to nic wielkiego. Ale określenie to nie jest pejoratywne. Bo film jest jednocześnie solidny i klimatyczny. Armstrong potrafi zogniskować uwagę widza i zabawić go dobrą rozwałką na bazie – a jakże – solidnej kaskaderki, ręcznej, analogowej roboty i szeregu zacnych widoków. Drzewo Jozuego – chociaż nigdy nie osiągnęło popularności Czerwonego Skorpiona, Uniwersalnego Żołnierza czy Punishera – pozostaje jednym z lepszych dokonań w filmografii Dolpha. Jeśli przyjąć, że kino akcji to przede wszystkim żywe tempo, godziwa rozwałka i solidne tło, to mamy tu „rasowca”. W latach prosperity Video tytuł radził sobie nie gorzej niż jego bohater. Ale wtedy schodziło wszystko, w czym Szwed maczał palce. Dziś wyraźnie widać, że wkrótce potem, gdzieś po Śmiertelnym pięcioboju, część jego pozycji zaczęła przynudzać lub razić kiepskim wykonaniem. Drzewo Jozuego zdecydowanie należy do świeższej, szlachetniejszej puli. Z jednym byczym, muskularnym „ale”. Musicie lubić Dolpha (a najlepiej w ogóle wszystkich Niezniszczalnych i to, co sobą reprezentowali). Jak to kiedyś mówili w wypożyczalniach: mocne, męskie kino. Pozostaje dodać: także dla pań i wszystkich otwartych na zdrową demolkę.

Ostatnio dodane