search
REKLAMA
Recenzje

CLARK. Seks, napady i blask fleszy

Zamiast dynamicznej opowieści o medialnym fenomenie, eksplorującej blaski i cienie protagonisty oraz epoki, której był częścią, otrzymujemy męczący klip.

Tomasz Raczkowski

11 maja 2022

REKLAMA

Chyba trudno znaleźć kogoś, kto nie znałby terminu „syndrom sztokholmski”. Zdecydowanie mniej osób jednak będzie znało genezę tego terminu – ta wiąże się z dokonanym w 1973 roku napadem na sztokholmski Kreditbanken, w którego trakcie między napastnikami a zakładnikami wytworzyła się na tyle szczególna zażyłość, że po wszystkim ci drudzy aktywnie bronili swoich niedawnych oprawców. Jednym z nich był Clark Olofsson, słynny przestępca będący w owym czasie pełnoprawnym celebrytą, którego wyczyny i popularność wykraczają daleko poza pamiętny sztokholmski epizod. Biorąc pod uwagę popularność, jaką w swoim czasie cieszył się Olofsson i jego „kultowy” status w szwedzkiej popkulturze, przekucie jego życiorysu na materiał filmowy jest całkiem zrozumiałym przedsięwzięciem, które zrealizował właśnie Jonas Åkerlund dla Netflixa.

 

Jak głosi wyświetlane w czołówce odcinków hasło, Clark jest „oparty na prawdzie i kłamstwie”, a wydarzenia na ekranie komentowane są z offu przez głównego bohatera. Wprowadzony w ten sposób nawias sygnalizuje jasno, że twórcy nie aspirują do maksymalnej faktograficznej rzetelności, a raczej chcą przyjrzeć się postaci rabusia-celebryty przez pryzmat dynamicznej, rozrywkowej opowieści o energii adekwatnej do Olofssona i personifikowanego przez niego (przynajmniej tutaj) swingującego klimatu lat 60. i 70. Choć więc serial buduje dosyć składne streszczenie życia i kariery tytułowego Clarka na przestrzeni bez mała dwóch dekad, ukazywaną przez serię mniej lub bardziej rozbudowanych, uporządkowanych chronologicznie (z okazjonalnymi wycieczkami w retrospekcje) epizodów, to traktuje jego historię z przymrużeniem oka, nie stroniąc od rzucanych zza kadru ironicznych komentarzy, animowanych przerywników i szybkich zbitek montażowych, przypominających teledysk w stylu retro. Jednym słowem równie dużo co rekonstrukcji prawdziwych zdarzeń jest w Clarku czystej rozrywki, co zdaje się dobrze korespondować z medialną personą Olofssona.

Byłby to przepis na ciekawy i dający sporo frajdy film. Niestety, w epoce platform streamingowych i elastycznych budżetów producenci pozwolili Åkerlundowi zrobić z Clarka serial. To największy i niestety dosyć poważny problem produkcji. O ile trochę ironiczna, pstrokata konwencja opowiedzenia o burzliwym życiu przestępcy-celebryty jest całkiem trafiona, to niestety nie wystarczy, by utrzymać widzów w zaciekawieniu przez sześć godzinnych odcinków. Do tego potrzeba było dobrze skonstruowanego scenariusza, czyli czegoś, co nie jest mocną stroną Åkerlunda. Clark pełen jest akcji, ale większość scen nie wnosi wiele do całej historii, a zanim jeszcze skończy się odcinek numer 1, wszystkie ekscesy Olofssona zaczynają zlewać się w jedno. Co ciekawe, gdy parę lat temu Åkerlund opowiadał inną kulturowo ważką skandynawską historię we Władcach chaosu, niepotrzebnie majstrował przy tragicznej historii blackmetalowców, zastępując niektóre prawdziwe wątki fikcyjnymi i sztucznie podkręcając dramaturgię. W Clarku z kolei popełnia odwrotny błąd – zbyt bardzo zawierza „historii, która jest gotowym scenariuszem na film” i przenosi dzieje Olofssona na ekran bez żadnego filtra, przepełniając serial zupełnie zbędnymi epizodami i zabijając tym samym w powijakach jakąkolwiek dramaturgię. Rozczarowuje też zarysowanie społeczno-politycznego klimatu epoki, sprowadzone do kilku sztampowych wstawek i zrozumiałych głównie dla szwedzkiej widowni uszczypliwości. Zamiast narracji dostajemy teledyskowy zbitek inspirowanych prawdziwymi zdarzeniami scenek, które nie układają się w zasadzie w żadną opowieść ani też nie tworzą jakkolwiek angażującej intrygi.

Nie chodzi nawet o to, że widz gubi się w natłoku zdarzeń i postaci. To właściwie nie jest problem, bo dobre 80% tego, co dzieje się w Clarku, po prostu nie ma znaczenia, a to, co ma, jest powtarzane i wyciągane na ekran raz za razem do znudzenia. Problem tkwi w tym, że dość szybko tracimy zainteresowanie postacią protagonisty i jego losami. Gdy na początku bodajże 4 odcinka Clark mówi z offu: „pewnie zastanawiacie się, co się stało, że się tu znalazłem”, intuicyjnie ma się ochotę odpowiedzieć: „ani trochę”. Bo na tym etapie to już oczywiste – udzielone w kolejnych sekwencjach wyjaśnienie sprowadza się do kilku machlojek bohatera przeplatanych przygodnym seksem i nie wnosi absolutnie nic. Nawet napad na Kreditbanken nie jest przedstawiony jako coś, co powinno nas interesować – ot, kolejny eksces w wykonaniu naszego starego, niepokornego Clarka.

Wydaje się zresztą, że Åkerlund nieco zachłysnął się kultową postacią i chcąc nie chcąc skodyfikował swoim serialem jego mit. Postaci Olofssona brakuje pogłębienia i rozwinięcia, które sproblematyzowałyby jego mentalność i działania. W końcowych epizodach widać nawet takie próby, gdy nieco bardziej eksponowane są socjopatyczne cechy Clarka, a kształtu nabiera wątek jego dzieciństwa. Tyle że temu zwrotowi brakuje zdecydowania – Åkerlund zbyt mocno chce dalej pokazywać pewnego siebie, charyzmatycznego macho, by dać porządnie wybrzmieć ciemniejszym tonom opowieści. Nawet przewijające się przez cały serial przytyczki pokazujące słabości bohatera, podważające jego autokreację na geniusza i boga seksu, wkomponowane w hagiografię bandyty podbijającego ludzkie serca tworzą jedynie drobne, ledwie zauważalne rysy na jego wizerunku. W połączeniu z nadmiernym rozciągnięciem do serialowego formatu ten brak rozwoju postaci Clarka mocno uwiera, tym bardziej że wcielający się w niego Bill Skarsgård jest obsadzony bardzo dobrze i pokazuje potencjał do zbudowania bardziej złożonej postaci, do pociągnięcia Clarka bardziej w stronę karykaturalnego celebryty. Cóż z tego, skoro w wizji Åkerlunda ma grać buntownika kochanego przez całą Szwecję.

Clark zasila serię rozczarowań w filmografii Jonasa Åkerlunda. Czyli praktycznie wszystkich jego fabuł. Aż ciśnie się na usta pytanie – czy producenci nie mogliby mu w końcu przestać powierzać historie? Albo dać naprawdę porządny tekst, napisany przez klasowego scenarzystę? Bo samą inscenizacją i miksem wizualno-muzycznym, do których Szwed ma ewidentnie dryg, nie są w stanie pociągnąć całej ekranowej opowieści. Widać to było w Spun, widać było we Władcach chaosu, widać było (i to jak) w Polarze, widać i w Clarku. I znów: szkoda, bo historia Olofssona była naprawdę ciekawym materiałem. Niestety zamiast dynamicznej opowieści o medialnym fenomenie, eksplorującej blaski i cienie protagonisty oraz epoki, której był częścią, otrzymujemy męczący klip, z którego nie wynika wiele.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA