Recenzje

BEZ LITOŚCI 2. Pierwszy sequel Denzela Washingtona

Rozczarowująca kontynuacja, która jednak potwierdza, jak świetnym aktorem jest Denzel Washington i jak ciekawą postacią jest jego Robert McCall.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Beznadziejne przypadki

Nakręcone cztery lata temu Bez litości Antoine’a Fuquy było miłą niespodzianką – kinem akcji, w którym mieliśmy czas poznać głównego bohatera, zanim polała się pierwsza krew. Grany przez Denzela Washingtona Robert McCall pracował w sklepie z narzędziami i sprzętem budowlanym; zamiast spać, przesiadywał w pobliskiej kawiarni, czytając książki, a jego znajomość z młodocianą prostytutką zaowocowała ujawnieniem jego talentu w zabijaniu. Oczywiście nie nauczył się tego w Castoramie, a dużo wcześniej, ale to bez znaczenia. Szlachetna natura bohatera dała o sobie znać, a wraz z nią przekonanie, że musi być równie okrutny, jak jego przeciwnicy. Ostatecznie uwolnił dziewczynę od rosyjskiej mafii, w finale korzystając z wiertarki, drutu kolczastego i pistoletu na gwoździe.

Tamten film podobał mi się głównie dlatego, że sztampową fabułę uwiarygodnił zarówno przez postać McCalla, jak i zaskakująco wysoki poziom realizacyjny. Wchodzące właśnie do kin Bez litości 2 może się pochwalić przede wszystkim informacją, że jest to pierwsza kontynuacja w karierze Denzela Washingtona – aktor przez lata wyrzekał się sequelów, ale najwyraźniej uznał, że jego bohater zasługuje na drugi film. Po obejrzeniu go sądzę, że tytułowemu (z angielskiego) equalizerowi należy się bardziej trzeci film niż taki drugi, jaki otrzymaliśmy.

Bez litości 2

Jednym z problemów Bez litości 2 jest nie tyle nawet nadmierna epizodyczność, ile fakt, że pomniejsze wątki są często ciekawsze od głównego.

McCall nadal próbuje pomóc tym, którzy nie potrafią obronić się sami. Już nie pracuje w sklepie, lecz jeździ jako uber, beznadziejnych przypadków szukając we własnym samochodzie. Czasem trafi mu się zlecenie od przyjaciółki z CIA, Karen (ponownie Melissa Leo) – w prologu widzimy, jak główny bohater jedzie tureckim pociągiem, aby ukarać bardzo złych ludzi za porwanie dziecka. Fuqua nadal lubuje się w ukazywaniu tych drobnych epizodów, przypominających o serialowym rodowodzie equalizera (wcześniej był serial z lat 80.), ale tym razem jest ich zdecydowanie za dużo. Zanim doczekamy się głównej intrygi filmu, McCall uratuje wspomniane dziecko, dotkliwie pobije kilku japiszonów, którzy wykorzystali dziewczynę, postara się pomóc starszemu mężczyźnie odnaleźć utracony podczas wojny rodzinny obraz, a w końcu weźmie pod swoje skrzydła młodego sąsiada, niebezpiecznie skręcającego w stronę gangsterki. Jednym z problemów Bez litości 2 jest nie tyle nawet nadmierna epizodyczność, ile fakt, że te pomniejsze wątki są często ciekawsze od głównego.

Już poprzedni film nie grzeszył oryginalnością, ale wynagradzał to starannie budowaną sylwetką bohatera oraz głównym czarnym charakterem. Kontynuacja stoi w miejscu, nie oferując żadnego ciekawego rozwinięcia postaci McCalla pomimo starań Washingtona, który wyłącznie za pomocą gestów i spojrzeń wciąż potrafi obudzić w widzu fascynację swoim bohaterem. Widząc, jak McCall rozkłada ręce tak, jakby chciał czerpać wodę, w rzeczywistości zaś czekając, aż zostanie mu podany pierścionek, czuję, że mógłbym obejrzeć tę postać w jakimś dobrym dramacie, nie zaś sensacji. Ta jednak rządzi się własnymi prawami i od czasu do czasu Fuqua wraz ze scenarzystą Richardem Wenkiem przypominają sobie, że kręcą kino akcji. Kiedy zatem ktoś bliski Robertowi ginie, ten postanawia znaleźć i ukarać winnych, jak to ma w zwyczaju.

W pierwszej części rosyjski likwidator o niewinnie brzmiącym imieniu Teddy był doskonałą przeciwwagą dla głównego bohatera – równie sprytny i bezwzględny co on, a jednocześnie zachwycony, że trafił mu się wymagający przeciwnik. W kontynuacji brak takiej postaci, bo i do pewnego momentu zabójcy są anonimowi i zepchnięci na daleki drugi plan. Film wyraźnie ożywa, gdy poznajemy w końcu personalia czarnych charakterów, ale dzieje się to dopiero na pół godziny przed końcem i ostatecznie nie prowadzi do żadnych niespodziewanych zwrotów akcji. Do tego czasu będziemy bardziej zainteresowani relacją McCalla z jego sąsiadem niż głównym wątkiem sensacyjnym. Sam finał zaś jest świetnie pomyślany (prorocze słowa z początku filmu, „idzie burza”, należy traktować nie tylko metaforycznie), ale kompletnie pozbawiony napięcia, co jest wynikiem braku wyrazistego, zagrażającego McCallowi wroga.

Na co mi zatem część trzecia, skoro już drugą uważam za rozczarowującą? Sądzę, że Washington i Fuqua mają rację, widząc w equalizerze postać godną kontynuacji. Jest w McCallu honor, który nie pozwala mu nazwać ludzi krzywdzących kobiety mężczyznami; jest świadomość i chęć niesienia pomocy tylko dlatego, że jest w stanie jej udzielić; w końcu mroczna strona jego osobowości, sprawiająca, że najlepiej czuje się w akcji, zadając ból i śmierć innym. Scena, gdy zasiada w fotelu podczas szalejącego huraganu, aby obejrzeć jego działanie, jest wymowna. Prosta wykładnia moralna miesza się tu z bliską sadyzmowi satysfakcją z okrucieństwa, ale samo to nie wystarczy, aby poświęcić bohaterowi dwie godziny. Może następnym razem.

Ostatnio dodane