News
Seria STARHUNTER, czyli SPACE OPERA tak zła, że aż dobra
kto szuka znakomitego guilty pleasure w gatunku science fiction, powinien obejrzeć zapomnianą (niesłusznie?) kanadyjską operę kosmiczną Starhunter.
Produkcje klasy B i seriale tak złe, że aż dobre stanowią prawdziwą ulgę w świecie poważnego science fiction. Ich historie są tak bezpretensjonalne i pulpowe, że stanowią czystą rozrywkę. Jest coś urzekającego w niskobudżetowym serialu z fatalną grą aktorską i zgrzytającym w zębach dialogiem, stwierdza ScreenRant. Każdy, kto szuka znakomitego guilty pleasure w gatunku science fiction, powinien obejrzeć zapomnianą (niesłusznie?) kanadyjską operę kosmiczną Starhunter.
Serial opowiada o łowcy nagród Dantem Montanie, wynajętym przez Rudolpho de Lunę do wykonywania rozmaitych misji na pokładzie statku kosmicznego Trans-Utopia Cruiseship HHS, zwanego Tulipem. Towarzyszy mu siostrzenica Percy Montana i oficer bezpieczeństwa Lucretia. Dante przyjął jednak tę pracę tylko po to, by odnaleźć syna porwanego przez uzbrojonych bandytów.

Koncept, jak widzicie, jest solidny, ale niemal wszystko inne się sypie. Dialogi są banalne i kiczowate, a na fabułę lepiej spuścić zasłonę miłosierdzia. Ze względu na bardzo niski budżet, efekty wizualne autentycznie śmieszą.
Pokład Tulipa wyglądają naprawdę przyzwoicie, ale dekoracje poza statkiem przypominają tanie seriale z lat 60. Przywódca grupy, Dante Montana, to żałośnie niekompetentny, beznadziejny wręcz łowca nagród, który wciąż zawodzi w misjach i odnosi porażkę za porażką. Starhunter na dokładkę oferuje perfekcyjne wręcz połączenie drewnianej gry aktorskiej i pompatycznego zadęcia niczym z prowincjonalnego teatrzyku – jednym słowem jest niezamierzenie zabawnie.

Nie oczekujcie jakości, a się nie zawiedziecie, ale jeżeli szukacie przyjemnej przejażdżki i po prostu idealnego guilty pleasure do niedzielnego kotleta albo sesji prasowania, to trafiliście idealnie.

