Recenzje

41 DNI NADZIEI. Łza na środku oceanu

Nie da się ukryć, że "41 dni nadziei" jest filmem o miłości nakierowanym na wzruszenie, ale jednocześnie to opowieść o przetrwaniu wobec niszczycielskiej natury.

Autor: Dawid Konieczka
opublikowano

Ostatnimi czasy Baltasar Kormákur kręci na zmianę kryminały oraz filmy opowiadające o przetrwaniu w trudnych warunkach naturalnych. Jako że jego ostatni obraz, Eidurinn, przedstawiał historię ojca próbującego wydostać córkę ze świata narkotyków, przyszedł czas na zmagania z przyrodą. Islandzki reżyser wziął na warsztat wspomnienia Tami Oldham Ashcraft, która w 1983 roku wraz z ukochanym, Richardem Sharpem, wybrała się w rejs po Oceanie Spokojnym. Niespodziewanie para trafiła w sam środek huraganu Raymond, co rozpoczęło ponad miesięczną walkę o przeżycie na pełnym morzu. 41 dni nadziei to adaptacja zapisków Oldham Ashcraft i choć trudno w temacie miłości w obliczu tragedii wymyślić coś nowego, to Kormákur z powodzeniem robi wszystko, by uniknąć sztampy i oceanu łez.

Reżyser prowadzi równolegle dwa wątki — pierwszy z nich opowiada o kwitnącej miłości Tami (Shailene Woodley) i Richarda (Sam Claflin), drugi rozgrywa się już po katastrofie. Romantyczna opowieść podąża dobrze znanym szlakiem. Dwoje młodych podróżników poznaje się, zakochuje w sobie i spędza niezapomniane chwile pod palmami malowniczego Tahiti. Oczywiście rozwijające się uczucie byłoby zupełnie pozbawione chemii bez czułych wyznań i atmosfery pięknej sielanki, ale Kormákur stara się zbytnio nie przesadzić z ilością cukru. Fakt, od czasu do czasu bohaterowie rzucą do siebie jakąś podniośle romantyczną wypowiedź, ale trudno oczekiwać po nich czegoś zupełnie innego. Wątek romansowy służy też jednak zarysowaniu charakterów postaci, ich przeszłości i motywacji. Twórcy nie mają zamiaru bawić się w psychodramę, toteż dozują ilość informacji w niewielkich dawkach, bo 41 dni… nie jest filmem skierowanym do poszukiwaczy skomplikowanych postaw psychologicznych w sytuacji granicznej.

Reżyser przełamuje chwile ckliwości nagłymi cięciami przenoszącymi narrację do jakże odmiennego okresu w życiu Tami. Romantyczna opowieść nieustannie przeplata się bowiem z drugim wątkiem, znacznie poważniejszym i bardziej tragicznym, co podkreśla rodzący się na styku kolejnych ujęć kontrast. Protagonistka próbuje dopłynąć sponiewieraną przez sztorm łodzią do najbliższego lądu i ocalić życie swoje oraz Richarda. Można zarzucić Kormákurowi, że powinien nieco lepiej wyważyć proporcje i odrobinę zmniejszyć liczbę scen zakochanych próbujących ocalić swoje dopiero co narodzone uczucie na rzecz liczniejszych piętrzących się trudności. Islandczyka interesują jednak przede wszystkim bohaterowie i ich zmagania z własną rozpaczą. Reżyser dużo czasu poświęca zatem na chwile wzajemnego wsparcia Richarda i Tami oraz ich wspólnych prób przeżycia, które mimo wszystko trącą od czasu do czasu tanim sentymentalizmem — zwłaszcza rzewna deklaracja wykrzyczana w samym środku sztormu potrafi wzbudzić lekki niesmak.

I choć zdarzają się scenariuszowe płycizny, to 41 dni nadziei nie razi melodramatyzmem i umiejętnie łączy temat zakochania z dramatem o przetrwaniu.

Wielką pomocą dla Kormákura okazuje się Shailene Woodley. Aktorka z wyjątkową lekkością gra zachwyconą, zakochaną dziewczynę, której wydaje się, że złapała Pana Boga za nogi, poznając tego jedynego w tropikach, by bez wysiłku stawać się zdesperowaną, próbującą za wszelką cenę ocalić swojego ukochanego i własny rozum. Pomiędzy tymi, można by rzec, skrajnymi stanami emocjonalnymi sytuują się chwile wyciszenia, w których spokojniejsza Amerykanka daje więcej miejsca Claflinowi, drugoplanowemu, a przez to być może odrobinę filmowo zaniedbanemu. To jednak Tami jest główną bohaterką 41 dni nadziei i choć duet Woodley-Claflin rozumie się znakomicie, to Woodley-Kormákur jeszcze lepiej.

Kadr z filmu "41 dni nadziei"

Twórca Everestu dał się już poznać jako sympatyk natury wydobywający z niej zarówno piękno i spokój, jak i dzikość oraz niszczycielską siłę. Podobnie rzecz ma się w 41 dniach nadziei, gdzie reżyser kontrastuje rajskość tahitańskich plaż z bezkresnym, na swój sposób przerażającym ogromem oceanu. Dodatkowo ciekawy zabieg operatora Roberta Richardsona, często filmującego bohaterów dosłownie z poziomu tafli wody, nie pozwala zapomnieć o cienkiej granicy między bezpieczeństwem a zagrożeniem. Dobrą decyzją Kormákura było też uczynienie kluczowego momentu fabuły — uderzenia huraganu — punktem dojścia. Dzięki temu film zachowuje dramaturgiczny porządek i to pomimo faktu, że wiemy, co wydarzy się w końcówce. Jak by tego było mało, jest tam jednak jeszcze jeden zwrot, którego zdradzić nie mogę. Powiem tylko, że jest ckliwy, jawnie wymierzony w uczucia widza, ale nie znaczy to, że wymuszony czy nieskuteczny. To w końcu przede wszystkim film o miłości, młodzieńczej i tragicznej. I choć zdarzają się scenariuszowe płycizny, to 41 dni nadziei nie razi melodramatyzmem i umiejętnie łączy temat zakochania z dramatem o przetrwaniu.

Ostatnio dodane