Felietony - Cykle
NIE Z TEGO ŚWIATA: ta seria to więcej niż HORROR, bo rodzina to coś więcej niż więzy krwi
Nie pamiętam dokładnie, kiedy Supernatural (Nie z tego świata) przestał być serialem, który oglądam, a stał się serialem, z którym żyję.
Nie pamiętam dokładnie, kiedy Supernatural (Nie z tego świata) przestał być serialem, który oglądam, a stał się serialem, z którym żyję. To nie był jeden moment. To było powolne wsiąkanie. Najpierw oglądasz, bo jest fajnie: dwóch braci, stary Chevrolet, potwory, rock z lat siedemdziesiątych na soundtracku. Potem orientujesz się, że czekasz na nowy odcinek nie z ciekawości, ale z potrzeby. Że ci faceci w tym Impali gdzieś po drodze stali się kimś, na kim ci zależy. Że Sam i Dean nie są postaciami z serialu. Są jak starsi bracia, których nigdy nie miałeś, albo jak kumple z podwórka, którzy zniknęli po przeprowadzce, a tu nagle wracają co tydzień i opowiadają, co u nich.
Piętnaście sezonów. Piętnaście lat. Kto ogląda jeden serial przez piętnaście lat? My, Ty i ja. Fandom Supernatural. I nie dlatego, że serial był doskonały, bo nie był. Były sezony, w których fabularnie błądził tak bardzo, że każdy rozsądny widz powinien odpuścić. Były odcinki, po których myślałem, ależ to było słabe.

A mimo to nikt nie odszedł. Nikt, kto naprawdę był w tym fandomie, nie odszedł. Bo to nigdy nie było o perfekcyjnej fabule. To było o Samie, który wciąż wierzy w ludzi, choć świat daje mu powody, żeby nie wierzyć. O Deanie, który udaje twardziela, a w środku jest jednym wielkim, popękanym sercem, które trzyma się kupy siłą woli i whisky. O Castielu, który odwrócił się od nieba, bo dwóch ludzi w brudnym motelu nauczyło go, że wolność jest warta więcej niż posłuszeństwo. O Bobby’m, który powiedział family don’t end with blood / Rodzina nie kończy się na więzach krwi. i tym jednym zdaniem dał motto milionom ludzi, dla których biologiczna rodzina nie była bezpiecznym miejscem. To zdanie. To jedno zdanie zmieniło wszystko. Bo dla wielu było dosłownie prawdziwe.
Dorastałem z tym serialem. Nie w sensie metaforycznym. W sensie dosłownym. Zaczynałem go jako młody człowiek, a finał oglądałem jako ojciec. Między pierwszym a ostatnim odcinkiem zmieściło się całe życie: studia, praca, związki, rozstania, przeprowadzki, narodziny dziecka. I przez cały ten czas, co tydzień, był Sam, był Dean, była Impala i było Carry On Wayward Son, które z czasem stało się hymnem finałów.

Wiedziałeś, że ten serial nie jest Rodziną Soprano. Wiedziałeś, że nie jest Breaking Bad. Wiedziałeś, że pod względem scenariuszowym potrafi być nierówny, że budżetowo czasem ledwo wiązał koniec z końcem, że efekty specjalne bywały na poziomie studenckiego projektu. I nie obchodziło cię to. Bo to nie był serial, który ogląda się dla rzemiosła. To był serial, który ogląda się, bo ci ludzie na ekranie czują się jak twoi. Jak rodzina, którą sam sobie wybrałeś.
I to jest sedno tego fandomu. Nie analiza kulturowa. Sedno jest takie: miliony ludzi na świecie znalazło w serialu o dwóch braciach polujących na duchy coś, czego brakowało im w prawdziwym życiu. Poczucie przynależności. Poczucie, że ktoś cię rozumie. Poczucie, że gdzieś na tym ogromnym, obojętnym internecie jest grupa ludzi, do których pasujesz. A ta grupa robiła rzeczy, które wykraczały daleko poza oglądanie serialu.

Anioł Nie z tego świata
Misha Collins, człowiek, który grał anioła i zachowywał się jak najbardziej ludzka osoba na planecie, założył Random Acts. Organizację charytatywną, która zbiera pieniądze, buduje szkoły, finansuje projekty społeczne. Nie jako PR-owa zagrywka. Jako coś, w co wierzył, i w co uwierzył fandom. Ludzie wpłacali. Organizowali lokalne akcje. Biegali maratony. Sprzedawali rękodzieło na konwentach. Rękodzieło. Z serialu o polowaniu na demony. I te pieniądze szły do prawdziwych ludzi w prawdziwej potrzebie.
Jared Padalecki stanął przed publicznością i powiedział: walczę z depresją. Powiedział to głośno, wyraźnie, bez wstydu. I stworzył kampanię Always Keep Fighting. Hasło You Are Not Alone stało się czymś więcej niż napisem na koszulce. Stało się kodem. Widzisz kogoś w koszulce z YANA albo AKF, i wiesz. Nie musisz pytać. Wiesz, że ten człowiek przeszedł przez ciemność i wyszedł z drugiej strony. I że fandom, ten szalony, głośny, chaotyczny fandom, pomógł mu przez nią przejść.

A konwenty. Konwenty SPN to było coś, czego nie doświadczysz nigdzie indziej. To nie był comic-con, gdzie masz trzydzieści sekund z aktorem, autograf i do widzenia. To były wielodniowe spotkania, na których Jensen śpiewał karaoke. Misha prowadził panel w skarpetkach, bo ktoś z publiczności zasugerował, że byłoby śmiesznie, i Misha pomyślał: czemu nie. Jared przytulał ludzi, którzy płakali, i sam płakał razem z nimi. To byli aktorzy, którzy traktowali swoich fanów nie jak konsumentów, ale jak ludzi. I ta wzajemność, to ja daję wam siebie, a wy dajecie mi siebie, zbudowała coś, co przetrwało sam serial.
Jensen i Jared. Ich przyjaźń. Nie przyjaźń Sama i Deana. Przyjaźń Jensena i Jareda. Piętnaście lat wspólnej pracy, a ci dwaj faceci naprawdę się lubią. Naprawdę się wspierają. W erze, gdy każdy aspekt życia celebrytów jest wyreżyserowany i przefiltrowany przez PR, patrzenie na ich relację było jak oddychanie świeżym powietrzem. Dowodem, że nie wszystko jest performansem. Że dwie osoby mogą pracować razem piętnaście lat i wyjść z tego jako bliżsi przyjaciele niż na początku. Oczywiście były zgrzyty jak przy The Winchesters, ale to jak w każdej rodzinie.

Ciemna strona Nie z tego świata
Ale trzeba być uczciwym. Bo ten tekst byłby kłamstwem, gdybym pominął ciemną stronę. A ciemna strona była realna i bolesna.
Shipping. Destiel. Dean i Castiel jako para romantyczna. Sam ship nigdy nie był problemem. Ludzie interpretują postacie po swojemu, tworzą fanfiction, rysują arty, to jest normalna część fanowskiej kultury i nie ma w tym nic złego. Problem zaczynał się tam, gdzie interpretacja zamieniała się w roszczenie. Gdzie chcę, żeby to było kanoniczne zamieniało się w mam prawo wymagać, żeby to było kanoniczne, a każdy, kto stoi na drodze, jest wrogiem.

Żony aktorów dostawały groźby. Nie hejt w komentarzach w sensie nieprzyjemnych wiadomości. Groźby na tyle poważne, że część spraw wykraczała daleko poza zwykły internetowy hejt. Danneel Harris, żona Jensena. Vicki Vantoch, żona Mishy. Kobiety, które nie zrobiły nic oprócz tego, że wyszły za mąż za aktorów, były traktowane jak przeszkody do usunięcia w imię fikcyjnej relacji między fikcyjnymi postaciami.
Scenarzyści, którzy nie realizowali wizji preferowanej przez tę część fandomu, byli nękani online. Aktorzy, którzy w wywiadach mówili coś niezgodnego z kanonem fandomowym, byli atakowani. Ludzie, którzy publicznie nie zgadzali się z dominującą interpretacją, byli wykluczani ze społeczności z brutalną efektywnością.

Ale to był margines. Tak, był margines. Głośna, agresywna mniejszość. Ale margines, który potrafił zdominować dyskurs tak skutecznie, że z zewnątrz cały fandom wyglądał na toksyczny. I to jest krzywda, której ta mniejszość wyrządziła nie tylko swoim ofiarom, ale też tysiącom ludzi, dla których SPN był bezpieczną przystanią, jedynym miejscem, gdzie czuli się akceptowani, i którzy nagle musieli się tłumaczyć z przynależności do społeczności kojarzonej z nękaniem.
I mimo to. Mimo wszystko.
Ten fandom przetrwał. Nie tylko przetrwał: wyszedł z tego. Aktorzy nie odpuścili. Nie odcięli się od fanów, nie zamknęli się za PR-owymi murami. Jared wciąż mówi o zdrowiu psychicznym. Misha wciąż prowadzi Random Acts. Jensen wciąż pojawia się na konwentach i zachowuje się tak, jakby każdy fan w pokoju był kimś wartym poznania. To wymaga odwagi. Po tym wszystkim, po groźbach, po nękaniu, po zatarciu granic między fikcją a rzeczywistością, ci ludzie mogli się wycofać i nikt by ich nie winił. Nie wycofali się.

I fandom to odwzajemnił. Cichszą, dojrzalszą, mniej skłonną do wojen wersją siebie. Ludzie, którzy poznali się przez SPN, są teraz przyjaciółmi w prawdziwym życiu. Są małżeństwami. Są rodzicami, którzy pokazują dzieciom serial, który ich ukształtował. Random Acts wciąż działa. Konwenty wciąż się odbywają, choć mniejsze, choć z nutą nostalgii, której wcześniej nie było.
Fandom Nie z tego świata nie jest doskonały. Żaden fandom nie jest. Ale jest czymś, co w erze algorytmów, jednorazowej rozrywki i uwagi mierzonej w sekundach wydaje się coraz bardziej cenne: jest dowodem, że ludzie potrafią budować trwałe wspólnoty wokół opowieści. Że fikcja potrafi tworzyć prawdziwe więzi. Że serial o dwóch braciach w starym Chevrolecie potrafi dać ludziom coś, czego nie dał im prawdziwy świat.

Carry on, my wayward son. Sześć lat po finale wciąż niesie.

