Zestawienie

Filmy, które NAJMOCNIEJ PODZIELIŁY WIDOWNIĘ – i dzielą nadal

Autor: Katarzyna Kebernik
opublikowano

O gustach się nie dyskutuje? Nuda. Sztuka powstaje między innymi po to, by o niej dyskutować. Jeśli nikomu nie chce się o nią kłócić, to staje się w pewien sposób martwa. Są jednak takie filmy, którym to nie grozi, bo nawet wiele lat od premiery zachowują pazur, prowokują, u jednych budzą zachwyt, a u innych oburzenie. Przeczytajcie subiektywny wybór dziesięciu filmów, które spotkały się ze skrajnymi reakcjami widowni.

W zestawieniu nie uwzględniam filmów, które z początku były postrzegane jako kontrowersyjne, ale dziś powszechnie uważa się je za ważne, a nawet wybitne (Mechaniczna pomarańcza). Nie wymieniam także dzieł, które podzieliły widownię wyłącznie ze względów politycznych, obyczajowych, religijnych lub ideologicznych. Oto lista filmów tak specyficznych, że jedni uważają je za arcydzieła, a inni za gnioty – ale nigdy nikogo nie pozostawiają obojętnym.

Salo, czyli 120 dni Sodomy (reż. Pier Paolo Pasolini, 1975)

Najbardziej niesławny obraz w dziejach kina nawet po czterdziestu latach odbierany jest skrajnie. Epatowanie niewyretuszowaną przemocą i seksem zawsze jednych będzie przyciągać, a innych odrzucać. Pytanie, które należy sobie zadać przy oddzielaniu dobrego gore od złego, brzmi – czy jest ono czymś uzasadnione? W przypadku Salo, czyli 120 dni Sodomy stoczono całe debaty, szukając odpowiedzi.

Wielbiciele ostatniego filmu włoskiego mistrza nazywają Salo… sugestywną metaforą totalitaryzmu, przerażającą wizją tego, co potrafi zrobić człowiek, jeśli tylko dać mu całkowitą władzę nad innymi. Ich zdaniem bez zhiperbolizowania przemocy ta myśl nie mogła być odpowiednio wyraziście przekazana i zrobić na widzu tak wstrząsającego, katartycznego wrażenia, na którym zależało reżyserowi. Z kolei przeciwnicy dzieła twierdzą, że domniemany głębszy przekaz to słaba przykrywka dla sadomasochistycznych fantazji, których wyrażenie było głównym celem Pasoliniego. Filmowi często zarzuca się też kiepskie aktorstwo i rozwlekłość, a nawet… nudę.

Wszyscy muszą mniej lub bardziej chętnie zgodzić się z jednym – Salo… jest przełomowe dla filmowej estetyki, nie tylko tej właściwej horrorom gore. To między innymi dzięki niemu (przez nie?) tolerancja widzów na ekranową przemoc zaczęła wzrastać – do tego stopnia, że współczesny, wychowany na Pile nastolatek, seans Salo… może zbyć ziewnięciem i wzruszeniem ramion.

 

Ostatnie kuszenie Chrystusa (reż. Martin Scorsese, 1988)

Postać uczłowieczonego Jezusa, który nie jest pewien, czy powinien umrzeć za ludzkość, czy wieść szczęśliwe życie z ukochaną Marią Magdaleną, okazała się tak bulwersująca dla pewnych środowisk, że Ostatnie kuszenie Chrystusa w niektórych państwach przez lata pozostawało filmem zakazanym. Tam, gdzie mogło być wyświetlane, przyciągało tłumy protestujących, którzy usiłowali bojkotować seanse, a nawet podpalać kina.

Ostatnie kuszenie… wywołuje jednak spory nie tylko na płaszczyźnie ideologicznej, ale i artystycznej. Bazujące na niejednoznaczności i mnożące pytania bez udzielania odpowiedzi dzieło Scorsesego doczekało się najróżniejszych ocen. Dla jednych to bezdyskusyjnie najwybitniejszy reprezentant kina religijnego w historii. Zdaniem drugich temperament reżyserski Scorsesego nie predestynuje go do tworzenia dzieł mistycznych – jest na to zbyt amerykański i żywiołowy. Zdaniem trzecich Willem Dafoe stworzył tu najlepszą kreację w całej swojej aktorskiej karierze. Zdaniem czwartych film jest dużo słabszy od książkowego pierwowzoru autorstwa Nikosa Kazandzakisa. I tak dalej, i tak dalej…

 

Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną  (reż. David Lynch, 1992)

Film, który skłócił nawet wyznawców Lyncha, zazwyczaj tak bezkrytycznych. Chłodno przyjęte w Cannes Ogniu krocz ze mną opowiada o wydarzeniach poprzedzających akcję Twin Peaks, ale już sam jego klimat nijak nie przywodzi na myśl kultowego miasteczka. Lynch, nieograniczony przez współpracę telewizyjną, popuścił wodze surrealistycznej fantazji i wielu fanów serialu – niewiedzących, jak hardcorowym potrafi być reżyserem – zagubiło się w jego wizji. Rozczarowująca okazała się sama Laura Palmer, o wiele silniej przemawiająca do wyobraźni jako nieprzenikniona tajemnica z serialu niż odarta z sekretów i raczej irytująca pierwszoplanowa postać z filmu. Ustawionych po przeciwnej stronie barykady obrońców dzieła zachwyca z kolei jego symbolizm i wielość interpretacji, jakim można poddawać poszczególne ujęcia. Fani skrupulatnie analizowali też tzw. missing pieces, czyli sceny, które wycięto w postprodukcji.

Wydaje się, że Lynch nie zapomniał o swoim upokorzeniu z Cannes. Nie tylko z premedytacją uczynił trzeci sezon Twin Peaks niemal niemożliwym do rozszyfrowania bez znajomości Ogniu krocz ze mną, ale postanowił też sparodiować w tym serialu styl Tarantino – mam oczywiście na myśli wątek pary płatnych morderców, granych przez Jennifer Jason Leigh i Tima Rotha. Była to mała, „podana na zimno” zemsta za to, że reżyser Pulp Fiction ponoć wyjątkowo złośliwie wyśmiał Ogniu krocz ze mną.

Ostatnio dodane