Zestawienie

CLIFFHANGERY, TIME LOOPY I INNE ANGLICYZMY. 7 irytujących zabiegów filmowych

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Wiem, że nie tylko mnie zdarzyło się przed ekranem kinowym bądź monitorem wykonać ów znaczący gest, polegający na spuszczeniu głowy, przyłożeniu dłoni do czoła i wywróceniu gałek ocznych. Jako widz wykonywałam efektowne facepalmy, mamrotałam niecenzuralne słowa lub bez rozczulania się, że skoro już pół filmu zobaczyłam, to obejrzę do końca, naciskałam krzyżyk na czerwonym tle. Jakie sytuacje szczególnie wprawiają kinomanów w irytację? Oto moja lista:

Cliffhanger – z angielskiego „zawieszenie na krawędzi klifu”. Skoczy, nie skoczy? Nie dowiemy się tego aż do następnego odcinka lub filmu z serii. Cliffhanger temu służy, ma zapewnić dziełu flow oglądalności, a jednocześnie dostarczyć widzom emocji. Niekoniecznie pozytywnych. Ciocia Wiki jako najbardziej znane zawieszenie akcji wymienia zakończenie trzeciego sezonu amerykańskiej opery mydlanej Dallas. Mnie z kolei do dziś gryzie brak odpowiedzi na pytanie: Czy do schronu przeciwapokaliptycznego wszedł Jamie czy antybohater, jego brat bliźniak Ariel? Zakończenie brytyjskiego serialu You, Me and the Apocalypse Iaina Hollandsa przeżyłam tym gorzej, że anulowano go po jednym sezonie. Takie dobre show!

Time loop – każdy odcinek Z Archiwum X, zakazany owoc, przyciągał mnie, 10-letnią, przed ekran telewizora. Każdy, prócz jednego (dokładnie prócz 14. odcinka 6. sezonu), w którym to agent Fox Mulder trafił w swego rodzaju pętlę czasu. Co dzień budził się na dźwięk zegara, wstawał, ubierał się, brał prysznic, jadł śniadanie i wychodził z domu, wykonując te same czynności.

Z pewnością odcinek miał głębsze przesłanie, którego nie doczekałam, bo… zasnęłam. Z powodu niechęci do time loopów odpuściłam sobie również Mr. Nobody.

Wood jokes (drewniane żarty) – suchary mają swój urok, jednak drewnianych żartów już nie zniosę. Myślałam, że era tychże w amerykańskiej komedii już przeminęła. Tym większe było moje rozczarowanie, gdy zobaczyłam je w wykonaniu Keanu Reevesa i Winony Ryder w Weselnym przeznaczeniu Victora Levina. Film zaczyna się najgorzej, jak tylko może: od sytuacji kliszy, bazującej na wzajemnej niechęci dwojga stojących w kolejce na lotnisku ludzi – „bo pan tu nie stał”. Miarka (niesmaku) się przebiera w momencie, gdy okazuje się, że nieznajomi jadą na to samo wesele. Cóż za niespodzianka po tych nieszczęsnych piętnastu minutach.

Zwiastun lepszy od filmu – zdarza się to nagminnie, bo jak inaczej? W około dwóch i pół minuty ma się przecież zmieścić cała esencja. I wprowadzenie do filmu, i elementy gatunkowe, najlepsze żarty i akcje, a całość podkręcona ma być klimatyczną muzyką. W towarzystwie opinii: „Najlepszy film dekady” i znaczka Sundance Film Festival. Trudno nie ulec perswazji i nie czekać z niecierpliwością na datę premiery. Pewnie wielu z was przychodzi na myśl przykład filmu szumnie zapowiadanego, a nieudanego. Mnie się nasuwa Morderstwo w Orient Expressie Kennetha Branagha.

Mięso bez ostrzeżenia – mogę zyskać za to tytuł „Grażyny w świecie filmu”, ale czy to scena na polu bitwy w Dunkierce, czy też operacja w Na dobre i na złe, na otwarte ludzkie i zwierzęce ciało zawsze patrzę przez palce. I cenię sobie, gdy mogę się do tego momentu przygotować. Zdarza się, że kochani filmowcy raczą nas nagłymi ujęciami dziecięcej główki przechodzącej przez kanał rodny (Shameless) czy wyrywania kurze łba drogą kręcenia tymże (Babel). Wiem, że dzięki oznaczeniu 16+ nie muszą tłumaczyć się ze sposobu montażu, jednak jako widz wolałabym dostać subtelne ostrzeżenie.

Muzyka przepowiadająca wydarzenia – z drugiej strony muzyka przepowiadająca wydarzenia to też niefortunny zabieg, irytujący mnie w czasach, gdy jeszcze oglądałam horrory. Dajmy na to, w The Grudge – Klątwie w reżyserii Takashiego Shimizu, w której niemal wszystkie muzyczne podpowiedzi kończyły się tzw. jump scare’em. Dobrze to wygląda, gdy w filmach akcji wybuchy zgrywają się z basami, jednak kiedy tylko w thrillerze czy dramacie zaczyna się ścieżka dźwiękowa przyspieszająca bicie serca, bezwiednie oczekujemy kulminacji, pozbawiając się elementu zaskoczenia.

Filmy kręcone w języku innym niż oryginalny język świata przedstawionego – nie jestem radykałem jak Brie Larson, która proponowała, by filmy o czarnoskórych kobietach recenzowały wyłącznie… czarnoskóre kobiety, jednak niezmiernie denerwuje mnie fakt kręcenia akcji dziejącej się w Warszawie, Berlinie czy Meksyku po… angielsku. Tak, to lingua franca, każdy go zna, poza tym trudno wymagać, by hollywoodzkie gwiazdy wyrażały się płynną polszczyzną. Dlatego powstały: Azyl Niki Caro, Lektor Stephena Daldry’ego i wiele innych odrealnionych tytułów.

Jakie zabiegi filmowe irytują was, czytelników film.orgu?

Ostatnio dodane