Publicystyka filmowa
SZYBKA PIĄTKA #118. Najlepsze kinematografie ze świata
SZYBKA PIĄTKA to wyjątkowa podróż po kinematografiach, które zaskakują różnorodnością i klimatem filmowym. Odkryj magiczne światy!
Według ONZ na świecie istnieje dziś 195 krajów. Trudno powiedzieć, ile z nich dokładnie posiada rozwiniętą kinematografię. Natomiast znacznie łatwiej wskazać te rejony na mapie świata, których filmowy głos interesuje nas, redaktorów film.org.pl, najbardziej. Nie zapomnijcie dopisać w komentarzach własnych typów.
Jakub Piwoński
1. USA – Bo Amerykanie robią najlepsze filmy. Po prostu. Można się zżymać na schematy, na głupotki, na brak artystycznej odwagi, ale prawda jest taka, że jakościowo nikt nigdy Ameryce w tworzeniu kina nie dorównał. Owszem, ja także uznaję Hollywood za stolicę X muzy.
2. Australia – Bo kraj kangurów ma swój klimat. Świetnie zdołali uchwycić to tacy twórcy jak David Michôd, George Miller, Peter Weir czy Baz Luhrmann. Z Australii najbardziej lubię jednak te sielankowe dramaty, rozgrywające się powoli, celebrujące czas i przyrodę. Niby to kolejne anglosaskie terytorium, a jednak tak bardzo filmy australijskie różnią się klimatem i tempem akcji od USA i Wielkiej Brytanii.
3. Korea Południowa – Bo kompletnie nie wiem, czego się po Koreańczykach spodziewać. Czy chwytam się dzieła Chan-wooka Parka czy Joon-ho Bonga, nigdy nie wiem, czym ci twórcy znowu mnie zaskoczą i w jak niecodzienny sposób rozwijać się będzie fabuła. Ostatnio przeżyty seans Lamentu Hong-jina Na utwierdził mnie w przekonaniu, że Korea Południowa tworzy dziś wyjątkowo oryginalne kino.
4. Francja – Bo lubię francuską delikatność. Mam wrażenie, że żadna inna kinematografia światowa nie jest tak blisko człowieka i jego emocji. Jeśli więc chce się szczerze zaśmiać lub wzruszyć perypetiami bohatera, przeżywającego typowe bolączki egzystencji, sięgam po kino francuskie. Dodajmy do tego, że ich język brzmi po prostu bardzo poetycko i pięknie, przez co prawienie widzom komunałów brzmi we francuskim wydaniu jak recytowanie wiersza.
5. Dania – Bo cenię sobie duńską spostrzegawczość. Prócz Duńczyków także Szwedów, Islandczyków i Norwegów wyróżniłbym jako tych szczególnie wrażliwych na społeczne niedogodności i ludzkie ułomności. To jednak właśnie Danię uważam za rejon najodważniejszy i najbardziej bezkompromisowy w sposobie wyrazu – i nie tylko z uwagi na twórczość cenionego przeze mnie Larsa von Triera. To często smutne i przytłaczające kino, ale przecież takie też jest życie.
Jacek Lubiński
1. USA – Można gdybać, można kręcić nosem na współczesne Hollywood, można hipsteryzować, ale z faktami się nie dyskutuje. Amerykanie potrafią w kino jak mało kto. Mimo wielu prób nikt tak nie potrafi kręcić kina rozrywkowego. Ale nie tylko. Stany Zjednoczone dały przecież światu niezapomniane filmy noir i westerny, Kino Nowej Przygody, najlepszych reprezentantów fantastyki naukowej, jak i światów fantasy, a wreszcie też mnóstwo klasycznych horrorów, komromów, filmów kumpelskich, pirackich, gangsterskich. No i kino akcji daje się oglądać właściwie tylko w amerykańskim wykonaniu. Że o wybitnych serialach nie wspomnę.
2. Wielka Brytania – Uwielbiam przede wszystkim tamtejszy humor, zwłaszcza ten absurdalny; nie tylko w wykonaniu Pythonów, ale też choćby Petera Sellersa, Rowana Atkinsona, Edgara Wrighta czy też nawet starych klasyków w postaci serii Do dzieła lub filmów z Alekiem Guinnessem. Do tego dochodzą wczesne dzieła Ridleya Scotta, Davida Leana, Alfreda Hitchcocka, Petera Greenawaya, Kena Loacha, Mike’a Leigh… Tak, w dramaty wyspiarze też bardzo dobrze umieją, łącząc przejmujący smutek z taką ładnie życiową nadzieją. A oprócz tego mamy przecież i Guya Ritchie, i Danny’ego Boyle’a, i Kennetha Branagha. Oraz całą masę wybitnych aktorów, których rokrocznie podkrada Hollywood. W końcu UK bezpowrotnie kojarzy się także z trzema magicznymi cyferkami: 007.
3. Polska – Tak, mimo wszystko. Mimo miernej jakości współczesnego kina polskiego całościowo nadal bardzo je lubię. Nie wyobrażam sobie życia bez naszych swojskich komedii, których nawet nie sposób wszystkich wymienić. Sam dorobek Barei, który tak ładnie potrafił przekuć osobliwość tego kraju na filmową taśmę, starczy za argument. Ale przecież możemy się również pochwalić solidnymi freskami historycznymi, kinem moralnego niepokoju, dziełami Hasa, Kieślowskiego, Wajdy, Zanussiego, Kawalerowicza, Munka, Konwickiego, Kutza, Różewicza, a także jakże „zachodnimi” produkcjami Machulskiego czy w końcu Polańskiego, który mimo obcowania głównie na obczyźnie w kraju też nakręcił parę arcydzieł. To wszystko światowej klasy reżyserzy i fenomenalne produkcje, do których aż chce się wracać. Wspaniały dorobek, szkoda jedynie, że mocno zaniedbany przez nas samych.
4. Włochy – Już choćby samo nazwisko Sergio Leone wywołuje ciarki. A skoro i on, to na myśl od razu przychodzi na myśl cały nurt spaghetti westernu, który, choć trochę kiczowaty i nieudolny, dał nam tak dużo. Ale ze słonecznych Włoch wywodzą się też piękne dramaty, nie tylko z eksportową Sophią Loren. Włosi mogą się poszczycić prężnym kinem autorskim i niezapomnianym neorealizmem, który wciąż poraża wspaniałym połączeniem ludzkiej niedoli z cząstką iście boskiej magii. Visconti, Rossellini, De Sica, Fellini, Antonioni, Bertolucci, Benigni, Tornatore – te nazwiska mówią same za siebie. Włochy to pięknie klimatyczne giallo oraz niegłupie kryminały. Włochy to w końcu Ennio Morricone, dla dźwięków którego warto obejrzeć największy chłam. I Monica Bellucci.
5. Francja – O ile tamtejsza Nowa Fala budzi we mnie mieszane uczucia, a Godarda uważam za przereklamowanego twórcę, to trudno mi sobie wyobrazić X muzę bez wkładu żabojadów. Filmy takich reżyserów jak Jean Renoir, Georges Méliès, Jean-Pierre Melville, Henri-Georges Clouzot, Jean-Jacques Annaud, Luc Besson, Claude Lelouch, Jean-Pierre Jeunet, François Ozon, Pierre Richard czy wyjątkowy Jacques Tati to w końcu czyste złoto wielu różnych gatunków, wielu różnych stylów, zawsze jednak trafiające do serca bądź umysłu, a najczęściej do obu tych narządów. I o ile samym Francuzom, jak i ich kinu ogólnie mogę zarzucić pewną buńczuczność oraz specyficzną formę wyrazu, a sam język średnio trawię, o tyle ich filmy niemal zawsze wzbudzają we mnie ciekawość.
Odys
1. Islandia – Baltasar Kormákur, Jens Lien, Dagur Kári to zaledwie kilka nazwisk islandzkich twórców filmowych. Chociaż tamtejsze kino często wspiera się koprodukcjami, to wciąż zachowuje swój nietypowy i wciągający klimat.
Można go porównać do czytania książki w zimny, jesienny wieczór. Dni są krótkie, a za oknem szaleje zawierucha. Dom staje się dla czytelnika niezdobytą twierdzą, a książka w ręku mieczem przeciwko nadchodzącej wielkimi krokami zimie. Takie jest kino islandzkie – wzrosłe w izolacji, a dzięki temu patrzące na nasze europejskie problemy z typowym dla wyspiarskich społeczeństw urokliwym spokojem.
2. Szwecja – To nie tylko Ingmar Bergman i Dolph Lundgren. To Victor Sjöström, Lasse Hallström, Mikael Håfström, Tomas Alfredson i inni filmowi specjaliści od wiwisekcyjnego podejścia do ludzkich emocji. Z jednej strony kino szwedzkie jest zdystansowane, niekiedy wręcz zimne, a z drugiej aż kipi często sprzecznymi wewnętrznie uczuciami. Szwedzkim filmowcom nigdy nie zależało na tworzeniu wielkich produkcji, za to bardzo przykładali się do precyzyjnego oddania tego, co człowiek myśli, doświadcza i czuje wobec świata zewnętrznego. Analiza owego permanentnego konfliktu uformowała kinematografię naszego północnego sąsiada.
3. Polska – Długo się zastanawiałem, czy Hiszpania wygra z Polską. Może w piłce nożnej byłoby to możliwe. Nie w filmie jednak. Chociaż w kinie hiszpańskim mam swoich ulubieńców (Pedro Almodóvar, Bigas Luna, Alejandro Amenábar, Juan Antonio Bayona), to jednak kultura Hiszpanów, w tym ta filmowa, pozostaje niezwykle daleko od mojej, polskiej. I chociaż nasze rodzime kino cierpi od kilkudziesięciu lat wciąż na te same bolączki, udało się nam stworzyć filmy ponadczasowe, z którym możemy być dumni na świecie (m.
in. Ziemia obiecana, Potop, Miś, Psy, Przypadek). Dzięki tym produkcjom nasza polskość zyskuje korzenie i swoją własną narrację, która zrozumieć mogą tylko Polacy, naturalizowani Polacy, emigranci zżyci z Polską i jeszcze kilka innych określeń, żeby jakoś osłabić popularne ostatnio miano „prawdziwego Polaka”. Oczywiście żartuję… Polskość wymaga po prostu czasu spędzonego na polskiej ziemi.
4. Japonia – Pamiętajmy, że jeszcze w połowie XIX wieku Japonia była krajem zamkniętym na kulturę zachodnią (sakoku). Otwarcie nastąpiło szybko i radykalnie, co było równoznaczne z destrukcją wielu japońskich tradycji i obyczajów. Niedługo później Japonia, mając już wszystkie zdobycze techniki współczesnego świata, zapragnęła powrócić na Pacyfik w charakterze mocarstwa. Znów się nie udało, a cena okazała się wstrząsająca (Nagasaki i Hirosima). Może dlatego obecne społeczeństwo japońskie jest tak wielowątkowe, a pod naszą szerokością geograficzną postrzegane czasami jako dziwne.
Film japoński jest scalony z kulturą tego kraju, stojącego bez przerwy na rozdrożu – starającego się zachować swoją tradycję, ale jednocześnie iść naprzód i w tym pochodzie być najlepszym. Stąd nawiązujący do tradycji Kurosawa, specjalista od potworów Ishirō Honda, egzystencjalny marksista Tadashi Imai i wielu innych osobliwych twórców. Nie można również pominąć japońskiego hentai, anime i nietuzinkowej pornografii.
5. Czechy – Zazdroszczę im podejścia do życia, które przebija się w ich filmach. Niby ta egzystencja wydaje się taka smutna, bo Czesi mocarnym narodem nie są, lecz traktowanie rzeczywistości racjonalnie, a jednocześnie z przymrużeniem oka pozwala im przetrwać. Czeski humor stał się więc legendarny w Europie na równi z tym angielskim. Smutny naród Polaków powinien w ramach elementarnej edukacji poznawać dzieła takich reżyserów jak Jan Švankmajer, Petr Zelenka, Jan Svěrák, Miloš Forman, Jiří Menzel czy Zdeněk Miler. Może łatwiej by nam było się wtedy uśmiechać i akceptować to, co nieuniknione.
Gracja Grzegorczyk
1. Wielka Brytania – Jak można nie kochać kina brytyjskiego? Zwłaszcza że każdy znajdzie dla siebie tu coś dla siebie. Mamy bowiem pokręcone komedie Monty Pythona i postthatcherowskie przywracanie godności zwykłego człowieka, ostre społeczne obserwacje i przygody najsłynniejszego agenta świata Jamesa Bonda, stylowe, choć tandetne horrory wytwórni Hammer i krytyczne celebracje zwyczajności dnia codziennego, przygody Harry’ego Pottera i poszukiwania okruchów uczuć w świecie sztywnych konwenansów. Ale największymi zaletami kina brytyjskiego są realizm, nawet jeśli czasami jest on mocno wykrzywiony, i umiłowanie codzienności. Tu dom przedstawiciela klasy robotniczej prezentuje się jak prawdziwe mieszkanie robotnika, marzenia nie zawsze przekształcają się w rzeczywistość, a w każdym domu kryje się dramat, który może wywrócić do góry nogami czyjś mały świat.
Prawda uderza prosto w twarz, a wydarzenia przedstawiane są bez lukru, ale i bez nadmiernej przesady. Nawet brytyjskie komedie romantyczne wyglądają tak, jak gdyby mogły zdarzyć się naprawdę, a nie jak product placement najdroższych marek. I jak u nie kochać brytyjskiego kina?
2. Korea Południowa – Zemsta najlepiej smakuje po koreańsku. Bo właśnie w Korei Południowej kręci się najlepsze kino zemsty. „Trylogia zemsty” Chan-wooka Parka (Pan Zemsta, Oldboy, Pani Zemsta) czy Ujrzałem diabła Ji-woona Kima to rewelacyjne filmy, w których zemsta ma mocno gorzki posmak, pełne brutalności i zaskakujących rozwiązań fabularnych.
Ale Korea Południowa to nie tylko filmy o zemście, ale i kino sensacyjne oraz horrorowe Hong-jina Na, niezwykły miszmasz gatunkowy z podtekstem społecznym czy politycznym Joon-ho Bonga, niespieszna celebracja obrazu Ki-duka Kima, zarazem piękna i wstrząsająca. Koreańskie kino zaskakuje i zachwyca nieoczywistym przebiegiem akcji, dalekim od hollywoodzkich klisz, które wlewa całe morze świeżości w utarte koleiny kina gatunkowego. A niezrozumiały dla Europejczyka sposób gry aktorskiej tylko dodaje pikanterii koreańskim produkcjom, nadając im pewien rys egzotyki.
3. Czechy – Kino czeskie kojarzy się ze specyficznym, niepodrabialnym klimatem. Mieści się w nim lekkość w przedstawianiu poważnych spraw, pewne pobłażanie dla ludzkich słabości i grzeszków, specyficzny humor, groteska oraz ironia, która rzadko naprawdę bywa gorzka. To wszystko sprawia, że człowiek najczęściej wychodzi z kina oczyszczony i z lekkim uśmiechem. W dodatku, wbrew powiedzeniu „czeski film”, tamtejsze produkcje najczęściej stawiają na prostotę, dzięki której zwyczajne życie w rękach twórców nabiera cech godnych filmowego dzieła. Największą wadą, ale i zaletą czeskiego kina jest jego pokoleniowość – po latach tłustych przychodzą te nieco chudsze.
Ale za to Czesi dochowali się dwóch pokoleń prawdziwych mistrzów. Bo Jiříemu Menzlowi, Milošowi Formanowi, Karelewi Kahyni czy Vojtěchowi Jasnemu, kojarzonych z czeską nową falą lat 60., niewiele ustępują reżyserzy, którzy swą karierę zaczynali w latach 90. – Jan Svěrák, Petr Zelenka, Jan Hřebejk czy David Ondříček.
4. Hiszpania – Dla mnie Hiszpania to przede wszystkim dwóch reżyserów: Álex de la Iglesia i Luis Buñuel. Ten pierwszy to mistrz zabawy kinem gatunkowym. Gdyby urodził się w USA, pewnie byłby równie znany co Quentin Tarantino. Ten drugi z dużą swobodą potrafił przechodzić od surrealistycznej groteski do prostych, choć przewrotnych historii. Do tego dochodzą oczywiście Pedro Almodóvar, Carlos Saura, Alejandro Amenábar i świetne horrory, które mocno przerażają bez nachalnego starania się, by przestraszyć. A krzykliwość i przegięcie, charakterystyczne dla wielu hiszpańskich filmów, stanowią dla mnie dużą zaletę, a nie wadę.
5. Rosja – Wprawdzie kino rosyjskie jest niezwykle różnorodne, jednak ja kocham najbardziej te filmy surowe, chropowate, które nawet jeśli są pięknie nakręcone, walą prosto w pysk mocną fabułą. Dzięki temu najbardziej przerażającymi dla mnie produkcjami nie są żadne horrory, ale Ładunek 200 i Idź i patrz, najmocniej zapadającym w pamięć filmem akcji Brat, najbardziej trzymającym w napięciu thrillerem psychologicznym Jak spędziłem koniec lata, a najlepsze „przygodowe” kino wojenne to nie żaden amerykański blockbuster, a 9 kompania.
Piotr Sawicki
1. Japonia – Kraj, z którego pochodził i w którym tworzył największy z geniuszy kina, Akira Kurosawa, musiał znaleźć się w moim rankingu na miejscu pierwszym. A przecież twórca Siedmiu samurajów to nie jedyny mistrz w gronie filmowców z Kraju Kwitnącej Wiśni.
Japonia to także ojczyzna kameralnych filmów obyczajowych Yasujirō Ozu, pozwalających widzowi „dotknąć zen”; wyrafinowanych, głęboko humanistycznych przypowieści Kenjiego Mizoguchiego; rozrachunkowych wobec japońskiego militaryzmu samurajskich i wojennych dramatów Masakiego Kobayashiego; wiwisekcyjnych dzieł Kona Ichikawy, który jako jedyny potrafił zekranizować Mishimę.
.. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bowiem kino japońskie to też gumowe potwory kaijū, odważne kino nowej fali lat 60. i 70. spod znaku Teshigahary, Shindo, Imamury czy Oshimy, mistrzowskie filmy Sadao Yamanaki z lat 30. i bogata oferta w ramach kina gatunków. Jednak największy sentyment zawsze będę żywił do „klasycznego” okresu japońskiego kina, rozciągającego się umownie między Pijanym aniołem (1948) Kurosawy a Buntem (1967) Kobayashiego.
2. Rosja/ZSRR – We wczesnych latach 20. ekranowe środki wyrazu bazowały głównie na wzorcach wyniesionych z innych sztuk, jak literatura, teatr czy malarstwo. W tym czasie Rosjanie, koncentrując się na rozwijaniu najbardziej filmowego z filmowych środków ekspresji, czyli montażu, najwydatniej przyczynili się do usamodzielnienia języka kina, przeobrażenia gminnego wówczas medium w nowoczesną, samoświadomą sztukę XX wieku. Filmy Eisensteina, Pudowkina, Dowżenki, abstrahując od propagandowych intencji kryjących się za ich powstaniem, do dziś potrafią zachwycić intelektualną śmiałością, porywającą narracją, patosem, liryzmem i przejmującym, bezpośrednim realizmem.
W późniejszej erze dźwiękowej kino radzieckie to wspaniale stylizowane filmy historyczne Eisensteina, niezrównane, oparte na rosyjskim folklorze baśnie „fantasy” Aleksandra Ptuszki, najlepsze na świecie melodramaty, wstrząsające obrazy wojenne i ujmujące humanizmem historie obyczajowe. To filmy Tarkowskiego, Paniłowa, Riazanowa. W XXI wieku kino rosyjskie odrodziło się m.in. za sprawą Sokurowa, Zwiagincewa i Bałagowa, którzy ponownie wynieśli je na poziom jednej z najlepszych kinematografii świata. Dodam, że jedyne współczesne seriale, które naprawdę mnie zachwyciły, to właśnie seriale rosyjskie, takie jak Żony generałów czy dostępne na Netfliksie Droga przez mękę i Trocki.
3. Włochy – Hollywood filmową fabryką snów? Ależ skąd! Według coraz bardziej popularnej – i podzielanej przeze mnie – opinii to słoneczna Italia jest ojczyzną zarówno najśmielszych kinematograficznych wizji, jak i najlepszego na kuli ziemskiej kina gatunków. No dobrze – nie jest, lecz była, bowiem lata świetności ma już dawno za sobą. Jednak pozostawiony przez nią dorobek do dziś pozostaje bezdenną kopalnią złota dla śmiałków spragnionych różnorakich filmowych wrażeń, zmęczonych jałowością hollywoodzkiej korpopapki. Od przejmujących prozą życia filmów neorealizmu, przez fantasmagorie późnego Felliniego czy epickie freski Viscontiego, po onieśmielające Amerykanów spaghetti westerny, zuchwałe, wizjonerskie, nieliczące się z konwenansami horrory i thrillery, filmy policyjne, filmy fantasy, science fiction, akcyjniaki.
.. Dość! Od samego myślenia o włoskim kinie można dostać celuloidowej gorączki. Kinematografia żadnego innego kraju nie kumuluje w sobie tak czystej pasji, potrafiącej najobskurniejsze warunki produkcji przekuć w zachwycające widowisko.
4. USA – Długo się zastanawiałem, którą z kinematografii anglosaskich ująć w „piątce”: amerykańską czy australijską. Nie ukrywam, że kino antypodów fascynuje mnie ze względu na specyficzny klimat wynikający z odrębności australijskiego kontynentu, poza tym 90 procent obejrzanych filmów z Australii uważam za dobre lub wybitne. Jednak kinematografia Stanów Zjednoczonych zwycięża różnorodnością i ilością. Właściwie to nie wiadomo, gdzie zacząć, bo w jakikolwiek jej zakamarek byśmy nie zajrzeli, zawsze znajdziemy coś miłego sercu. Abstrahując już od stuletniego dorobku Hollywood, dla mnie kinematografia USA to także (a może przede wszystkim) niezliczone ilości niezależnych horrorów i filmów akcji, czyli tego, co powszechnie określa się mianem kina klasy B. Takie filmy oglądam najchętniej.
5. Polska – Przy czym wyłącznie okres PRL-u. Polskie kino potransformacyjne bywa raz lepsze, raz gorsze, ale w swym całokształcie zdecydowanie mnie odstręcza. A przecież były kiedyś takie czasy na tym świecie, kiedy nasza kinematografia naprawdę się liczyła. Filmy polskiej szkoły zdobywały festiwale, zabierając głos w imieniu wszystkich, którzy zmuszeni byli wygrzebywać się z wojennych traum; nawet szkolne lektury ekranizowano tak, że powstawały arcydzieła lub po prostu bardzo dobre, do dziś chętnie oglądane filmy, zaś Andrzej Wajda był najprawdziwszym mistrzem kina.
Często wracam i będę wracał do kina z tamtej epoki nie dlatego, że jest „dobre, bo polskie”, lecz dlatego, że jest do czego wracać – do tego multum świetnych komedii, fabuł i animacji dla dzieci, a także rewelacyjnych seriali. Taki ferment, takie zatrzęsienie wybitnych twórców nigdy już się nie powtórzy.
