Seriale TV

THE PUNISHER. Recenzja drugiego sezonu

Znakomite elementy zabite ogólną miałkością.

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Trudne pożegnanie

W drugiej połowie zeszłego roku Internet torpedowany był przez kolejne newsy na temat anulowania kolejnych seriali powstających w kolektywie Marvela z Netfliksem. Najpierw ogłoszono zakończenie Iron Fista, następnie dołączył do niego Luke Cage, a w końcu Daredevil (te dwa ostatnie, warto dodać, po naprawdę bardzo dobrych sezonach). Komiksowy gigant dość gwałtownie zaczął wygaszać współpracę z popularnym serwisem streamingowym, a domyślać się można, że związane jest to z planem uruchomienia własnej tego typu platformy (Disney Plus). Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będące już w trakcie zmian w produkcji nowe sezony Jessiki Jones i Punishera stanowić będą pożegnanie również z tymi bohaterami. A jak wypada prawdopodobnie ostatni sezon serialu poświęconego Frankowi Castle’owi? Mocno średnio, niestety. To rzecz nierówna, gdzie przebłyski geniuszu giną w gęstej mgle nijakości.

Drugi sezon Punishera rozpoczynamy, śledząc spokojne życie Franka (wracający do roli Jon Bernthal), który podróżuje po kraju, odbijając się od kolejnych przydrożnych barów. W jednym z nich jego ścieżka krzyżuje się jednak z łatwo wpadającą w tarapaty nastolatką Amy (urocza Giorgia Whigham), która ścigana jest przez tajemniczego i bezwzględnego Johna Pilgrima (budzący grozę Josh Stewart, charakterystyczny aktor ponuro spoglądający na nas chociażby z trzeciego planu ostatniego Batmana Christophera Nolana). W tym czasie w Nowym Jorku ze szpitala ucieka Billy Russo. Frank w towarzystwie nowej kompanki i z wpływową grupą przestępczą na plecach musi wrócić do miasta, aby ponownie zmierzyć się z dawnym przyjacielem…

punisher

Postać tytułowa rysuje się poniekąd jako tajemniczy, bezimienny sprawiedliwy przybywający do miasta.

Tegoroczna odsłona losów Franka Castle’a zaczyna się znakomicie. Wprowadzające nas w historię trzy pierwsze odcinki zgrabnie przedstawiają nowe postaci, rozpoczynają intrygujące wątki i naprawdę ciekawie podchodzą do samej postaci Castle’a. Całość krąży wokół iście westernowych klimatów, przenosząc nas z barowych bójek do strzelanin w lokalnym komisariacie, gdzie postać tytułowa rysuje się poniekąd jako tajemniczy, bezimienny sprawiedliwy przybywający do miasta. Zawiązanie wątku jego relacji z Amy kojarzy się od razu z podobnym wątkiem znanym z Logana Jamesa Mangolda. John Pilgirm, nieco groteskowy antagonista grający na ogranej nucie bezwzględnego i brutalnego religijnego fanatyka, obiecuje stanowić poważne zagrożenie dla naszych bohaterów. Świetne są też krwawe i dosadne sceny akcji – znak rozpoznawczy Punishera.

Akcja przenosi się do Nowego Jorku, a cały czar zwyczajnie pryska.

Niestety po przeniesieniu akcji do Nowego Jorku ciężar serialu zostaje przerzucony na wątek kolejnego starcia z Billym Russo, a cały czar zwyczajnie pryska. Russo okazał się antagonistą nieciekawym, przedstawionym bez pomysłu i często popadającym w groteskę. Przez dużą część swojego czasu ekranowego mierzy się z psychicznymi problemami i częściową amnezją, a kiedy w końcu przechodzi do działania, zaczyna biegać po mieście w gangiem byłych wojskowych ubranych w wymyślne maski, rabując i imprezując w opuszczonych magazynach. Ton jest co prawda inny, ale mnie jego działania natychmiastowo skojarzyły się z przeciwnikami Batmana w filmach Joela Schumachera. Nie pomaga nadekspresyjna gra Bena Barnesa i jego kompletnie rozczarowująca charakteryzacja (przypominam, że w poprzednim sezonie Frank jeździł jego twarzą po rozbitym lustrze – efekt poniżej, a dla porównania poprzednia ekranowa interpretacja tej postaci).

punisher

Po lewej: Billy „Jigsaw” Russo w drugim sezonie Punishera, po prawej: ta sama postać w kinowym Punisher: Strefa wojny.

Serial oczywiście miewa przebłyski. Znajdzie się tam kilka dobrych mordobić, Jon Bernthal jako Punisher jest idealnie z jednej strony zwierzęcy, z drugiej mocno wycofany. Twórcom udało się wpleść w całość kilka ciekawych rozwiązań wizualnych, w tym, co zaskakujące, kilka naprawdę pięknych kadrów. Ekran kradnie też młodziutka Giorgia Whigham. To właśnie wątek jej postaci i jej relacja z Frankiem stanowią najmocniejsze, naprawdę interesujące punkty sezonu. To na ich historii powinni skupić się scenarzyści, a sezon śmiało mógłby być odchudzony o przynajmniej kilka odcinków.

Koniec końców sezon stanowi mocne rozczarowanie, szczególnie w kontekście obietnicy wysokiego poziomu złożonej przez twórców świetnym otwarciem. Jeśli to pożegnanie z serialowym Frankiem, to jest o tyle trudne, że pozostawia sporo niesmaku.

Ostatnio dodane