Seriale TV

TERROR: DZIEŃ HAŃBY. Recenzja pierwszych odcinków serialu w klimacie azjatyckich horrorów

Fantastyczna groza, realistyczny dramat

Autor: Katarzyna Kebernik
opublikowano

Już dziś na kanale AMC zadebiutuje utrzymany w klimacie azjatyckich horrorów serial Terror: Dzień Hańby. Showrunnerem serialu jest Alexander Woo, wśród producentów wykonawczych znalazł się m.in. Ridley Scott, a wśród reżyserów – odpowiedzialny za część odcinków Narcos Josef Kubota Wladyka. Dzięki uprzejmości stacji AMC mogłam obejrzeć przedpremierowo dwa pierwsze odcinki produkcji. Czy druga odsłona serialu zapowiada się na coś równie dobrego jak pierwszy, zabójczo klimatyczny Terror z 2018 roku? By zacząć oglądać Dzień Hańby nie trzeba znać wcześniejszej odsłony, bo to antologia, a zatem każdy sezon opowiada odrębną, zamkniętą historię (jak American Horror Story); ale fani opowieści o arktycznej wyprawie Królewskiej Marynarki Wojennej i tym razem powinni być usatysfakcjonowani.

Niewątpliwą zaletą produkcji jest osadzenie jej w bardzo skomplikowanej, konkretnej rzeczywistości historycznej.  Podobnie było w przypadku pierwszej odsłony Terroru, można więc powiedzieć, że groza ulokowana w przeszłości staje się znakiem rozpoznawczym tej antologii. Drugi sezon serialu opowiada o losach amerykańskich Japończyków po ataku na Pearl Harbor i przystąpieniu USA do II wojny światowej. Sytuacja tych ludzi – ciężko pracujących, zasymilowanych z resztą społeczeństwa, często mieszkających w Ameryce od pokoleń – uległa wtedy diametralnej zmianie. Z dnia na dzień stali się potencjalnymi szpiegami na rzecz skonfliktowanej z USA Japonii. Wywożono ich do obozów, przesłuchiwano, zamykano z dala od normalnych Amerykanów. Taki stan rzeczy utrzymywał się jeszcze kilka lat po zakończeniu wojny! Obozy dla internowanych w USA nie są często poruszanym tematem, sama też nie mam dużej wiedzy na ich temat, dlatego tym bardziej ciekawi mnie, jak poradzi sobie z tą historią Terror – jednak już w dwóch pierwszych odcinkach zwraca uwagę dbałość o realia, co stanowi duży plus. Już sama historia narodowej traumy amerykańskich Japończyków stanowi świetny materiał na poruszający dramat. Twórcy postanowili jednak uczynić swoją opowieść jeszcze bardziej niepokojącą, ubierając ją w szaty horroru. Oto bowiem wśród amerykańsko-japońskiej społeczności dochodzi do serii dziwacznych wypadków i zgonów, których sprawcy nikt nie potrafi wskazać… Tym samym Terror: Dzień Hańby wpisuje się w tradycję wykorzystywania horrorowego sztafażu do opowiadania o realnych traumach; uczynienia z nadnaturalnych istot wizualizacji zbiorowego niepokoju.

Na tym ciekawym tle historycznym wyraziście rysują się sylwetki bohaterów – dobrze pomyślane i zagrane przez uznanych aktorów. Zobaczymy m.in. George’a Takei, znanego wszystkim fanom Star Treka, który wcielił się w najstarszego, reprezentującego tradycję członka lokalnej społeczności. Co ciekawe, aktor naprawdę był więziony w obozach dla internowanych po wybuchu II wojny światowej, udział w serialu jest więc dla niego swoistym rozliczeniem z dziecięcą traumą. Na pierwszym planie świetnie radzi sobie Derek Mio jako Chester Nakayama, młody, sympatyczny Japończyk z zamiłowaniem do fotografii (zdjęcia niejednokrotnie staną się tu pretekstem do scen z dreszczykiem), rozdarty między azjatyckimi korzeniami a amerykańskim otoczeniem. Jego dziewczynę, latynoską pielęgniarkę o imieniu Luz, gra Cristina Rodlo, czyli aktorka, która całkowicie kupiła mnie rolą Yaritzy w Za starych na śmierć. Jak można się domyślić, polityka mocno wpłynie na losy romansu dwójki ludzi z zupełnie odmiennych kultur… Już na początku całej opowieści da się wyczuć, że właściwie wszyscy bohaterowie zostaną w ten czy inny sposób dotknięci przez wielką historię.

Twórcy chcą raczej zmrozić nas gęstym, niepokojącym klimatem niż co chwila wyrywać z fotela nadmiarem efektów specjalnych.

Fantastyczna groza jest tu metaforą autentycznych, ludzkich dramatów, osadzonych w konkretnym kontekście historycznym. Realistyczny portret społeczności, stopniowe nakreślanie relacji i powiązań międzyludzkich przeplatają się z horrorem, a japońska historia z japońskimi wierzeniami i legendami. Sceny grozy wywierają tym lepsze wrażenie, że twórcy w mniejszym stopniu stawiają na jump scare’y niż na symbolikę i surrealizm. Wizyjne, przemawiające do podświadomości sceny są kreatywne i dobrze zrealizowane. Dodają całości „wschodniego” mistycyzmu, tajemnicy, głębi. Twórcy chcą raczej zmrozić nas gęstym, niepokojącym klimatem niż co chwila wyrywać z fotela nadmiarem efektów specjalnych. Uwagę zwraca muzyka: trochę azjatycka, trochę eksperymentalna i awangardowa, świetnie budująca klimat napięcia i nienachalnie niepokojąca. Serial przypomina w swej konstrukcji kryminalną układankę. Tropy są jednak na tyle dobrze rozsiane i niejasne, że póki co trudno pokusić się o próbę rozwiązania zagadki. Nowa odsłona Terroru zaczęła się intrygująco i zagadkowo: jestem bardzo zaciekawiona tym, w jakim kierunku rozwinie się ta historia.

Ostatnio dodane