Publicystyka filmowa
NAJGORSZE DECYZJE OBSADOWE. Zły casting boli przez cały film
NAJGORSZE DECYZJE OBSADOWE to przestroga, jak złe castingowe wybory potrafią zrujnować filmową magię. Przypadki, które szokują!
Nawet najzdolniejszy aktor nie będzie odpowiedni do każdej roli. Zdarzają się takie filmy, które wiele straciły przez castingowe wybory twórców. Które decyzje obsadowe bolą najbardziej?
Sofia Coppola jako Mary Corleone w Ojcu chrzestnym III (reż. F. F. Coppola, 1990)
Sofia Coppola bez wątpienia ma wiele dobrego do zaoferowania widzom, nie jest to jednak talent aktorski: zdecydowanie lepiej wychodzi jej działalność po drugiej stronie kamery.
Nim nakręciła Między słowami, zdobyła pierwsze filmowe doświadczenia, występując w słynnej mafijnej trylogii ojca. Jej role w dwóch pierwszych częściach sagi o rodzinie Corleone wydają się niemalże interesujące w porównaniu z trzecią: w pierwszej części była po prostu sobą, czyli niemowlęciem, a w drugiej nie wadziła nikomu jako „randomowe” dziecko niewymienione w czołówce… Jednak już za rolę Mary w ostatnim segmencie trylogii posypały się na nią gromy. Drewniana, nieopierzona Sofia nie irytowałaby tak mocno, gdyby jej występ ograniczył się wyłącznie do skromnego cameo córki słynnego reżysera. Tymczasem Coppola zagrała jedną z ważniejszych dla fabuły postaci, córkę Michaela. To się nazywa nepotyzm!
Kristen Stewart jako Śnieżka – Królewna Śnieżka i Łowca (reż. R. Sanders, 2012)
Powiedzmy sobie szczerze: decyzja o powierzeniu głównej roli w tym obrazie Kristen Stewart była czysto koniunkturalna.
Aktorka zakończyła wówczas swoją wieloletnią przygodę ze Zmierzchem i znajdowała się u szczytu popularności: producenci wiedzieli, że jej nazwisko w obsadzie przyciągnie uwagę mediów bardziej niż jakiejkolwiek innej młodej aktorki. Problem w tym, że złą macochę zagrała tutaj Charlize Theron – nikt chyba nie uwierzy, że taka kobieta mogłaby być zazdrosna o urodę Kristen Stewart… Inna kwestia, że brązowowłosa i zielonooka aktorka w ogóle nie wygląda na chłodną Śnieżkę.
Jej typ urody predestynuje ją do ról nonszalanckich, rock’n’rollowych, lekko mrocznych lasek; seksownych dziewczyn z sąsiedztwa (zobaczcie, jak błyszczy w Personal Shopper lub W drodze). Bajka o królewnie to zdecydowanie nie jej bajka… W każdym ujęciu Stewart sprawia wrażenie, jakby czary złej królowej zaczynały działać i lada chwila miała paść trupem. Widać, że ta stuprocentowa chłopczyca bardzo męczyła się w tak „dziewczyńskiej” roli – i to pomimo nieco mrocznej konwencji, jaką obrał film.
Scarlett Johansson jako major Kusanagi w Ghost in the Shell (reż. R. Sanders, 2017)
Brutalne są prawa marketingu i kierującej się żądzą zysku fabryki snów – po raz kolejny angaż otrzymała aktorka, która totalnie nie pasuje do roli, za to jest sławna i przyciągnie ludzi do kin. Artystyczny rezultat nikogo nie obchodzi. Scarlett jest przepiękną, niezwykle utalentowaną aktorką. To, że jej występ w Ghost in the Shell okazał się niewypałem, absolutnie nie jest jej winą: po prostu zmienianie rasy, płci czy tożsamości u postaci, która dla wielu osób jest kultowa, to nigdy nie jest dobry pomysł.
Zwłaszcza że azjatyckie aktorki nie mają tak wielu okazji do gry w zachodnich blockbusterach: rola Motoko Kusanagi wydawała się stworzona dla takiej np. Rinko Kikuchi. Byłoby to nie tylko w zgodzie z duchem oryginału, ale i z korzyścią dla klimatu dzieła. A jak już postanowiono z Azjatki zrobić białą, trzeba było zachować konsekwencję i nie bawić się w pseudojapońskie stylówki, przez które Scarlett wygląda jak słaby cosplay bohaterki z oryginalnej animacji, a nie autonomiczna postać.
To jeden z wielu przypadków, kiedy pazerne łapy Hollywood wyciągają się po wielkie dzieła innych kultur, by je zniszczyć i strywializować. Amerykański remake nie ma w sobie nic z głębi i filozofii japońskiego anime z 1995 r.
Grey i Greyowa z wiadomo jakiej serii

Namiętność aż rozsadza ten kadr
Sukces kina erotycznego, za jakie 50 twarzy Greya bardzo pragnęłoby uchodzić, zależy przede wszystkim od chemii między ekranowymi kochankami. Bez niej trudno wyobrazić sobie, aby sceny łóżkowe mogły na kogokolwiek działać; jeśli jednak namiętność i wzajemne pożądanie aż kipi z ekranu, to wszystko inne schodzi na dalszy plan. Saga o Greyu zawodzi na każdym polu, od grafomańskiego scenariusza po nieznośne dłużyzny, ale jestem przekonana, że dałoby się ją uratować namacalnym, erotycznym przyciąganiem między parą głównych aktorów, jakimś owych aktorów seksapilem i charyzmą, wiarygodną ekscytacją i zaangażowaniem w scenach miłosnych. Nadal byłoby to kino klasy zerowej, ale przynajmniej seksowne.
I Dakota Johnson, i Jamie Dornan udowodnili w innych filmach, że są zdolnymi aktorami. Problem w tym, że ewidentnie na siebie nie „lecą”. Dobierają się do siebie jak niewprawni, nieśmiali uczniacy, który muszą zaliczyć nudne ćwiczenie w parach na żądanie nauczyciela. Nieważne, jak długo trwałoby zbliżenie na twarz jego lub jej, i tak nie dopatrzymy się na niej zmysłowości. Czemu winię za to ludzi od castingu? Bo istnieje takie coś, jak casting łączony, w którym potencjalni filmowi kochankowie grają razem, dzięki czemu można od razu sprawdzić, czy między kandydatami iskrzy. Nie wiem, kim był spec odpowiedzialny za sparowanie Dakoty z Jamiem, ale mam nadzieję, że była to jego ostatnia robota.
Jai Courtney jako Kyle Reese i Jason Clarke jako John Connor w Terminatorze: Genisys (reż. A. Taylor, 2015)
Cały ten Terminator to po prostu pomyłka, nie tylko castingowa. Nie jest łatwo mierzyć się z legendą oryginału, ale decyzje obsadowe twórców świadczą o wyjątkowym lenistwie, braku wyczucia i pójściu po linii najmniejszego oporu.
Transfer Michaela Biehna w Jaia Courtneya to nie jest dobra zmiana. Podobnie John Connor ze wszystkich swoich wcieleń wypada najsłabiej właśnie w interpretacji Jasona Clarke’a. Sporo kontrowersji budził także angaż Emilii Clarke do roli Sary Connor. Wiadomo, że nie miała najmniejszych szans przyćmić niezapomnianej Lindy Hamilton, nikt tego zresztą nie oczekiwał. Clarke poradziła sobie jednak – w moim odczuciu – przyzwoicie: choć nie tak dobrze, jak jej koleżanka z planu Gry o tron, Lena Headey, która zagrała tę samą bohaterkę w serialu Terminator: Kroniki Sary Connor.
Ashton Kutcher jako Steve Jobs (reż. J. M. Stern, 2013)
To prawda – porównując zdjęcia młodego Steve’a Jobsa z ucharakteryzowanym na niego Kutcherem, można pomylić jednego z drugim. Fizyczne podobieństwo do odgrywanej postaci to jednak zbyt mało, by stworzyć przekonującą rolę.
Ashton Kutcher to jeden z tych aktorów, którym nigdy nie udało się wydostać z szufladki zatytułowanej „ciacho z niezbyt ambitnego filmu”. Pomimo prób poszerzania swojego emploi o bardziej wymagające kreacje (vide Efekt motyla) kojarzymy go przede wszystkim jako ładnego chłopaka o pustym spojrzeniu i eksa Demi Moore. Steve Jobs, założyciel Apple i jeden z liderów Doliny Krzemowej, to z kolei postać niebywale skomplikowana. Dla jednych geniusz i wizjoner, dla innych – tyran, cham, a nawet potwór. By stworzyć wiarygodną sylwetkę tak trudnej osoby, trzeba dysponować wielkim aktorskim talentem. Dość rzec, że Kutcher takowego nie posiada.
Colin Farrell jako Aleksander (reż. O. Stone, 2004)
Colin to nie jest zły aktor, wręcz przeciwnie. Należy jednak do tego grona wykonawców, którzy powinni trzymać się z dala od kina kostiumowego i wszelkich produkcji historycznych. Dlaczego? Farrell to na wskroś współczesny chłopak. Niezastąpiony w rolach policjantów, wiecznych chłopców lub bad boyów; w ciuszkach sprzed kilku epok wygląda jednak niepoważnie i nieprzekonująco. Nie tylko za sprawą osławionej blond peruczki – budzącej skojarzenia raczej z fryzurą cioci niż z superprodukcją za grube miliony dolarów. Do tego dochodzi jeszcze niepewna gra aktorska czy raczej jej brak – Colin sprawia wrażenie, jakby sam nie wiedział, co ma ze sobą zrobić i po co.
Potrzeba ogromnej dozy dobrej woli, by uwierzyć, że za tym smętnym, rozmemłanym facetem ktokolwiek wyruszyłby na podbój perskiego imperium. No i jeszcze ta niestarzejąca się Angelina w roli matki – zdążyła odchować syna i zobaczyć, jak zdobywa świat, a charakteryzatorzy nie znaleźli czasu, by dorobić jej zmarszczek czy chociażby siwych włosów.
Laurence Olivier jako Otello (reż. S. Burge, 1965)
Whitewashing w starym kinie potrafił dawać efekt niezamierzenie komiczny. Tak stało się choćby w przypadku adaptacji szekspirowskiej sztuki, w której to rolę ciemnego Maura dostał błękitnooki sir Laurence Olivier. Powinniśmy czuć, że patrzymy na ludzką tragedię, ale pomazanego czarną pastą do butów Otella nie da się oglądać bez banana na twarzy. Olivier w tej roli budzi skojarzenia raczej ze szkolnym teatrzykiem, ewentualnie z odcinkiem Świata według Kiepskich, a nie z ekranizacją nieśmiertelnego dzieła o ludzkich namiętnościach i zazdrości. Wiele innych starych filmów trudno dziś oglądać właśnie ze względu na pokraczną charakteryzację – niedostatek aktorów wywodzących się z mniejszości etnicznych (albo niechęć powierzania im ważnych ról) prowadził do kuriozalnych decyzji obsadowych. Świetnym tego przykładem jest choćby Zdobywca z 1956 roku, w którym to słynnego mongolskiego najeźdźcę, Czyngis-chana, zagrał amerykański aż do bólu John Wayne…
Jakie jeszcze role moglibyście określić mianem obsadowych pomyłek? A może któraś z opisanych przeze mnie kreacji była waszym zdaniem udana? Piszcie w komentarzach.
