Action Collection

RAPORT PELIKANA. Z szacunkiem dla Grishamowości

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Kiedyś granica między kinem akcji a filmem sensacyjnym wydawała mi się tak płynna, że właściwie nie miała w praktyce żadnego znaczenia. Dzisiaj widzę ją dużo wyraźniej, jednak nie w przypadku Raportu Pelikana. Jednoznacznie zaklasyfikowanie tego filmu pozbawiłoby go charakteru. O ponadczasowej sile tej produkcji decydują elementy kryminalne, przygodowe, sensacyjne i czysta akcja w formie pościgów i ucieczek. Co najmniej przez najbliższe 20 lat Raport Pelikana będzie nietykalnym dla czasu wzorem, jak łączyć sądowe wątki kryminalne z tak ogranym współcześnie gatunkiem, jakim jest kino akcji, a przy tym uniknąć stworzenia zmutowanego, filmowego szkaradzieństwa. Mało tego, dzieło Alana J. Pakuli jest i będzie również przykładem tego, jak powinno się realistyczne przekładać znane powieści na język filmu.

Grisham opisał Republikanów jako istoty niezdolne do głębszej refleksji.

Chcę młodych, białych konserwatystów, sprzeciwiających się aborcji, pornografii, pedałom, ograniczeniu posiadania broni, parytetom rasowym, całemu temu gównu. Chcę nominować sędziów, którzy nienawidzą narkotyków i przestępców i są entuzjastami kary śmierci. – Tak w książce Raport Pelikana John Grisham w skrócie opisuje, kim jest prezydent Stanów Zjednoczonych. To człowiek płytki, małostkowy, o moralności ameby, którego interesuje jedynie to, czy wybiorą go na drugą kadencję. W sumie ten Grishamowski opis tyczy się w powieści wszystkich republikanów uchodzących za istoty pozbawione głębszej refleksji. Idealnie zgrywa się to z filmem Alana J. Pakuli, w którym grany przez Roberta Culpa prezydent USA perfekcyjnie odzwierciedla pomysł Grishama na gówniany ideał republikańskiego polityka, pasujący do każdej sceny politycznej niezależnie od szerokości geograficznej, byle była to jej prawa strona.

Nie inaczej jest z prezydenckim doradcą, Fletherem Coalem. W filmie gra go Tony Goldwyn. Coal to śliski, dwulicowy typ pozbawiony zasad, za to umiejętnie manipulujący polityczną rzeczywistością. Grisham dość precyzyjnie opisał jego osobowość poprzez czyny, a Pakula sprawnie przełożył ten język na obraz. Nie inaczej jest np. z główną bohaterką Darby Shaw oraz jej kochankiem, profesorem Thomasem Callahanem. Ona, młoda studentka w jeansach i niezbyt stylowych, rozciągniętych sweterkach, jak to ujął Grisham, kamufluje swoje zgrabne ciało, bo chce uchodzić za intelektualistkę. W istocie tak jest. Jej umysł jest genialny zarówno w książce, jak i w filmie. Julii Roberts nie można nic zarzucić, podobnie jak Samowi Shepardowi w roli nieco zapijaczonego, aczkolwiek pełnego charyzmy Callahana.

Co do Graya Granthama (Denzel Washington) zaś, jego filmowa osobowość wydaje się nawet ciekawsza, chociaż widać od samego początku, że jej trzon został skopiowany z literackiego pierwowzoru. Grantham jest odważny, pedantyczny, czasem cyniczny i nie wierzy do końca w żadną demokratyczną instytucję (oczywiście mowa o tych amerykańskich). Jest natomiast przekonany, że prasa ma siłę porównywalną z bronią masowego rażenia, a odpowiednio wymodelowana informacja może uratować wszystko to, co zostało z jankeskiego snu o wolności każdego, niezależnie od koloru skóry, zasobności portfela i przekonań politycznych. Grantham jest racjonalnym idealistą. W sumie podobnie jak Khamel (Stanley Tucci), tyle że po drugiej stronie barykady. Patrząc na mordercę w filmie, widziałem doskonałą pedanterię, inteligencję, przejawiającą się w sportowym ubraniu gibkość i fanatyczną nieustępliwość. Aż trudno uwierzyć, że Tucci w swojej karierze na stałe nie zadomowił się w kinie akcji, a raczej z nielicznymi wyjątkami kojarzy się go z odgrywaniem drugoplanowych ról w filmach obyczajowych.

To, co z premedytacją Pakula zmienił w stosunku do powieści Grishama, to analizy polityczne, których w książce nie brakuje. Czasem hermetyczne analizy są w pisarskim wydaniu emocjonalnie płaskie, a może tylko tak je odbierałem ze względu na brak związku ze sceną polityczną i prawodawstwem Stanów Zjednoczonych. Postaci u Pakuli na szczęście mówiły o wiele bardziej popularnym, trafiającym do uczuć językiem, przez co dobrze podtrzymywały akcję, a w filmach będących połączeniem kina sensacyjnego z dramatem prawniczym nie jest to proste.

Po co to wszystko piszę? Przede wszystkim po to, żeby podkreślić, jak doskonałą adaptacją książki Grishama jest film Pakuli. Rzadko pośród adaptacji powieści można znaleźć z jednej strony tak wierną, filmową kopię, a z drugiej produkcję, która potrafi u widza wywołać takie zaangażowanie w historię przesiąkniętą polityką i prawnymi intrygami. Co ciekawe, powieść Grishama ma podobny rytm i rozłożony suspens. Dialogi względem opisów są świetnie wyważone, przez co akcja powieści nie traci napięcia, a zarazem intelekt czytelnika może czuć się odpowiednio połechtany mądrościowymi i sentencjonalnymi wstawkami narratora. W filmie nie brak refleksji, ale zarazem nie wpływają one demotywująco na energię aktorów. Ci więc malkontenci, którzy nie wiedzą, że da się zrobić dobrą i w granicach rozsądku wierną adaptację powieści, niech zapoznają się z Raportem Pelikana.

Ostatnio dodane