Publicystyka filmowa
Najbardziej WZRUSZAJĄCE SCENY w filmach science fiction
Odkryj emocjonujące chwile w filmie NAJBARDZIEJ WZRUSZAJĄCE SCENY w filmach science fiction, które zaskoczą nawet najtwardszych widzów.
Przygotowując listę tytułów (a właściwie scen) do poniższego zestawienia, przeczytałem gdzieś, że jedyni słuszni (sic!) przedstawiciele filmowego gatunku science fiction nie zawierają w sobie sekwencji, które mogłyby widza wzruszyć. Oczywiście trudno się z takim stwierdzeniem zgodzić, ponieważ w ogromnej liczbie fantastycznonaukowych klasyków znajdują się momenty, przy których co bardziej wrażliwym widzom jednak przydadzą się chusteczki.
Ktoś stwierdzi, że proces wzruszania się jest kwestią na tyle indywidualną, iż nie można uznać np. legendarnej śmierci komputera HALA 9000 z 2001: Odysei Kosmicznej (1968) za scenę, podczas której każdy uroni łzy. To prawda. Chociaż wspomniana sekwencja ujęć z dzieła Kubricka jest wyjątkowo przejmująca, to nie należy do tych momentów, które automatycznie wymieniłbym, gdyby ktoś zapytał mnie o najbardziej wzruszające sceny w filmach science fiction.
Skoro już jednak pytacie, czy istnieją takie momenty w fantastycznonaukowych produkcjach, które nawet największego twardziela nie pozostawią obojętnym, to zapraszam do poniższego zestawienia.
„I’ll be right here” – E.T. (1982)
Uwaga! Od samego początku będę bezlitosny. Nie znam bowiem osoby, której oczy nie zaszkliły się łzami podczas oglądania ostatniej sceny filmu E.T. Stevena Spielberga. Moment powrotu sympatycznego kosmity do domu wielokrotnie znajdował się na pierwszym miejscu wielu plebiscytów na najbardziej wzruszające sceny w historii nie tylko filmów science fiction, ale kina w ogóle. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało. W ostatniej sekwencji ujęć produkcji Spielberga z 1982 roku trójka dzieci żegna E.
T. Oczywiście na sam koniec twórcy filmu pozostawili nam największy powód do płaczu, czyli wzruszającą „rozmowę” kosmity z Elliottem (Henry Thomas). Najpierw E.T. pyta chłopaka, czy ten wejdzie z nim na pokład statku kosmicznego. Elliott odpowiada, że zostaje na Ziemi, ale doskonale wiemy, jak bardzo chciałby, aby przybysz został przy nim. Obaj wiedzą, że to niemożliwe. Wyrażenie „ouch” odzwierciedla, jak bolesna jest ich wieczna separacja. Dotknięcie czoła Elliotta przez świecący palec E.
T. i wymawiana przez kosmitę kwestia: „I’ll be right here” oznacza, że mimo fizycznej rozłąki on nadal będzie z chłopcem za pośrednictwem wspomnień i silnych uczuć, jakie ich łączą. Ostatnie scena filmu Spielberga portretuje ból nieuniknionych rozstań. Zarówno pomiędzy przyjaciółmi, jak również pomiędzy dziećmi i ich rodzicami. Jednocześnie w prosty, ale skuteczny sposób pokazuje, że wszelkie szczere i wspaniałe relacje zawsze pozostaną w naszej pamięci. Scena pożegnania staje się także pewnego rodzaju symbolem przejścia Elliotta w dorosłość.
„Tears in rain” – Łowca androidów (1982)
Jeśli wierzyć legendom, Ridley Scott nakręcił scenę wizualizującą ostatni monolog Roya Batty’ego. Szczęśliwie w żadnej wersji Łowcy androidów nie znalazła ona miejsca. Poetyckie, piękne i smutne słowa wypowiedziane przez wcielającego się w rolę wspomnianego replikanta Rutgera Hauera pozwalają przecież zadziałać wyobraźni odbiorcy.
Ta z kolei może spowodować, że z oczu widzów popłyną łzy. Scena monologu w deszczu ma dziś jeszcze większą siłę rażenia. 19 lipca 2020 roku minie bowiem dokładnie rok od śmierci Hauera. Holenderski aktor nie tylko wypowiedział kultową kwestię, ale można nazywać go jej współautorem. Według scenariusza filmu monolog Batty’ego był zdecydowanie dłuższy. Hauer skrócił go więc i dodał od siebie jego najbardziej poetycką linię, tę o łzach w deszczu, która przypieczętowała mowę replikanta. Podobno po wypowiedzeniu zmienionych przez siebie słów na planie Łowcy androidów ekipa filmowa poczęła płakać i bić brawo Rutgerowi. Nic dziwnego, bo poetycki monolog replikanta, który ukochał życie, dosłownie chwyta za serce. Świadomość może być tragiczna.
Scena finałowa – Terminator 2: Dzień sądu (1991)
Nie sądzę, aby ktokolwiek przymierzający się do pierwszego obejrzenia Terminatora 2 Jamesa Camerona przygotowywał przed seansem pudełko z chusteczkami, aby te w razie czego znajdowały się pod ręką. Tymczasem ich nieposiadanie może okazać się dużym błędem.
Na szczęście jednak scena, która prawdopodobnie doprowadzi odbiorcę do łez, znajduje się na końcu filmu. Chodzi o słynne pożegnanie T-800 (Arnold Schwarzenegger) z Sarą (Linda Hamilton) i Johnem (Edward Furlong) Connorami. Należy przyznać, że Cameronowi udała się trudna sztuka. Nakłonił bowiem publiczność, która jeszcze nie tak dawno bała się Terminatora, do płaczu po jego odejściu.
Taka jest magia kina. T-800 staje się w pewnym sensie ojcem Johna, chociaż to ten drugi właściwie uczy cyborga funkcjonowania. Według kilku osób w finałowej scenie produkcji z 1991 roku mamy do czynienia z błędem lub niespójnością fabuły. Otóż T-800 nie powinien bez wyraźnego polecenia Johna zanurzyć się w kadzi ze stopioną stalą. Poruszony John w pewnym momencie krzyczy przecież nawet na Terminatora, że nie pozwala mu na ten krok. Poza wypowiedzianymi słowami istnieje jednak jeszcze motyw pożegnania poprzez przytulenie chłopaka i podanie ręki Sarze, które ewidentnie oznaczają przyzwolenie na samozniszczenie ratujące przyszłość ludzkości. T-800 zrozumiał te gesty, podobnie jak płacz Johna, chociaż sam nie był do niego zdolny. W pamięci chłopca i jego matki na zawsze pozostanie uniesiony w górę kciuk cyborga.
„To live or die with dignity” – Człowiek przyszłości (1999)
Człowiek przyszłości to sentymentalny film. Znajdziecie w nim mnóstwo scen, w których Robin Williams mniej lub bardziej udanie najpierw was rozśmieszy, aby później zmusić do wyciągnięcia chusteczek. Produkcja Chrisa Columbusa okazała się finansową i artystyczną porażką, ale posiada grono zagorzałych fanów. Wielu z nich uważa nawet, że Człowiek przyszłości to niedocenione arcydzieło i najlepsza rola Robina Williamsa w jego filmografii.
Polemizowałbym, ale przyznam, że tytuł Columbusa gra dziś na emocjach podwójnie. To podwojenie wiąże się oczywiście ze śmiercią wspomnianego aktora, która nastąpiła w sierpniu 2014 roku. Tym samym niezwykle trudno patrzy się na scenę, w której ucharakteryzowany na sędziwego mężczyznę Williams tłumaczy przed światowym kongresem, dlaczego woli umrzeć jako człowiek niż żyć w nieskończoność jako maszyna. Główny bohater filmu pragnie, aby uznano go za osobę – stanie się nią było motywem jego życia. Całość wzruszającego momentu przełamana jest dodatkowo humorem, co stanowi element rozpoznawczy aktora. Gdy ukochana Andrew pyta go, po co mu potwierdzenie światowego kongresu, skoro już jest człowiekiem, ten odpowiada, że lubi jasne sformułowania.
Superman – Stalowy gigant (1999)
https://www.youtube.com/watch?v=SXy3f6f9DxI
Stalowy gigant to pełnometrażowy debiut Brada Birda, który wciąż uważany jest przez znawców animacji za najlepsze dzieło twórcy Iniemamocnych (2004). Wspaniały to tytuł, skierowany dla całej rodziny i zawierający potężny ładunek emocjonalny. Oczywiście najbardziej wzruszającym momentem filmu jest scena poświęcenia się tytułowego giganta w celu uratowania mieszkańców Rockwell przed katastrofą. Przed przemianą w Supermana stalowy gigant obowiązkowo żegna się ze swoim przyjacielem. Wspomniana sekwencja ujęć przypomina nieco wymienione wcześniej pożegnanie Elliotta z E.
T.
Wall-E i Eve – Wall-E (2008)
Skoro już jesteśmy przy animacjach science fiction nie sposób nie wspomnieć w kontekście tematu najbardziej wzruszających scen tego gatunku o pewnym momencie z produkcji Wall-E. Mam oczywiście na myśli scenę restartu tytułowego bohatera filmu. Eve, nowoczesnej maszynie, udaje się sztuka ponownego uruchomienia robocika, ale ten staje się wyłącznie bezduszną maszyną do zbierania śmieci.
Próba przywrócenia pamięci Wall–E. za pomocą doskonale znanych mu rekwizytów (kostka Rubika i żarówka) kończy się niepowodzeniem. Nie skutkuje nawet ulubiony film. Gdy Eve właściwie poddaje się i na pożegnanie chwyta robotyczną dłoń głównego bohatera, ten wreszcie przypomina sobie, czym/kim właściwie jest. Łzy smutku mieszają się tu z radością w najpiękniejszy możliwy sposób. Roboty w tym arcydziele Pixara stanowią przykład człowieczeństwa, które przeminęło.
Wideorozmowa w łunochodzie – Moon (2009)
https://www.youtube.com/watch?v=G_-P3ID82MQ&t=21s
Moon Duncana Jonesa to jeden z najsmutniejszych filmów science fiction, jaki kiedykolwiek powstał. Jeden z najbardziej niedocenionych aktorów naszych czasów, Sam Rockwell, wspiął się tu na wyżyny swojej gry i zaprezentował światu postać wyobcowaną, wyizolowaną, skrzywdzoną.
Nie napiszę nic więcej, ponieważ chciałbym, aby jak największa liczba ludzi miała przyjemność z odkrywania Moon. Nie rozpiszę się również w takim razie o momencie, który wzruszył mnie w tej produkcji najbardziej. Wspomnę jedynie, że chodzi mi o rozmowę głównego bohatera Sama z córką Eve, podczas której dowiaduje się, że jego ukochana Tess zmarła kilka lat temu, a także odkrywa jeszcze coś innego. Sam w rezultacie dialogu rozpada się wówczas na kawałki i płacze. Doprawdy trudno mu w tym momencie nie współczuć.
Scena finałowa – Droga (2009)
Jeżeli ktoś oglądał Drogę Johna Hillcoata więcej niż – powiedzmy – dwa razy, to albo nie ma serca, albo jest jakimś masochistą. Adaptacja powieści Cormaca McCarthy’ego jest tak pesymistycznym i depresyjnym obrazem, że doprawdy trudno mi uwierzyć, aby ktokolwiek zechciał go oglądać wielokrotnie. Jeżeli jednak miałbym wybrać z niego scenę, która porusza mnie najbardziej, to byłoby to najpewniej zakończenie filmu. Rozumiem je bowiem jako zakończenie etapu wychowania syna przez ojca i akt „uwolnienia”.
Decyzja, jaką podejmuje w niej Chłopiec (Kodi Smit-McPhee), jest rezultatem wszystkich wcześniejszych nauk. Świat jest bardzo niebezpieczny, nie do końca wiemy, komu można ufać, a komu nie. Pozostaje więc bazować na wychowaniu, przeczuciach, nadziei. Ciekawym zabiegiem w ostatniej sekwencji ujęć produkcji Hillcoata jest delikatne pokolorowanie tła za Chłopcem. Wskazuje to na fakt, że decyzja przyłączenia się do tych ludzi była najprawdopodobniej mądra i bezpieczna. Chociaż tyle dobrego.
23 lata z życia w wiadomościach – Interstellar (2014)
Punkt kulminacyjny Interstellar i niesamowity popis aktorski Matthew McConaugheya związany z jego (oczywiście w roli Coopera) podróżą w tunelu czasoprzestrzennym. Oglądanie wraz z Cooperem historycznych wiadomości od jego dzieci, które stanowią informacje z minionych 23 lat ich życia, podczas gdy on postarzał się jedynie o trzy godziny, jest psychicznie dewastujące.
W ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut farmer-kosmonauta przeżywa wszystkie najlepsze i najgorsze chwile życia swoich pociech. Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek inny zagrał tę scenę lepiej. Moment, który trafia prosto w serce.
„We are Groot” – Strażnicy Galaktyki (2014)
https://www.youtube.com/watch?v=ZpMbmEJlhX8&t=112s
Czy sądzilibyście, że w zestawieniu na najbardziej wzruszające sceny w filmach science fiction aż dwukrotnie pojawi się nazwisko Vina Diesela? Okazuje się, że ten potężnie zbudowany aktor ma w sobie coś, co nawet największego twardziela położy na łopatki. To oczywiście głos i trafiające w serce kwestie. Przypomnijcie sobie poświęcenie Groota obejmującego swoimi gałęziami ekipę tytułowych strażników, których niechybnie czekałaby śmierć przy okazji rozbicia ich statku kosmicznego. W oczach jego przyjaciela, szopa Rocketa, pojawiają się łzy, gdy drzewiec głaszcze go po twarzy i wypowiada słynną już kwestię: „We are Groot”.
Dziwne, że takie rzeczy potrafią człowieka wzruszać. Zapewne byłoby inaczej, gdyby nie ogromny talent Jamesa Gunna, dzięki któremu pokochaliśmy całą tę bandę kosmicznych outsiderów.
Jakie sceny z filmów science fiction wywołują w was wzruszenie? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!
