Wenecja2017

MOTHER! Straszliwe rozczarowanie – recenzja negatywna

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Od czego by tu zacząć… Ta recenzja miała powstać tuż po pierwszym seansie mother! na weneckim festiwalu, lecz skromny autor niniejszego tekstu potrzebował dobrych kilku godzin, by pozbierać się po tym, co przez 120 minut znosiły jego oczy i uszy. Najnowsze dzieło Darrena Aronofsky’ego, który w 2008 roku odbierał na Lido Złotego Lwa, jest przesadzone na tak wielu poziomach, że trudno znaleźć słowa, które mogłyby to oddać. mother! oszałamia i pozostawia widza z ogromnym chaosem w głowie i w żaden sposób nie można tego uczucia uznać za pozytywne.

Straszliwe jest to rozczarowanie. Darren Aronofsky jest reżyserem, którego każdy kolejny projekt jest wydarzeniem w światowym kinie i mimo że jego Noe (2014) był filmem nieudanym, to jednak wcześniejszy dorobek tego twórcy pozwalał sądzić, że wciąż stać go na dzieła wybitne. mother! z całą pewnością nie jest jednym z nich. Oczekiwania były ogromne: promocyjny balonik pompowany był może niezbyt spektakularnie, ale konsekwentnie, a pojawiające się w mediach decyzje personalne (nie tylko w zakresie obsady, ale i muzyki do filmu) powodowały, że poziom ekscytacji widzów systematycznie rósł. Projekt owiany był tajemnicą: najpierw dowiedzieliśmy się, że główne role zagrają Jennifer Lawrence i Javier Bardem, a na drugim planie pojawi się Michelle Pfeiffer, jakiś czas później poznaliśmy oficjalny, osobliwie zapisany tytuł filmu. Ostrożne dawkowanie informacji powodowało, że zarówno fani, jak i przeciwnicy Aronofsky’ego umierali z ciekawości – całości dopełniły przepięknie narysowane plakaty, ukazujące Lawrence i Bardema w niesamowitych, złowieszczo magicznych stylizacjach. Wszystko wydawało się być na miejscu, by mother! mogła się stać prawdziwym filmowym fenomenem. Nie stała się.

Dlaczego? Głównym powodem jest to, że Aronofsky nakręcił film dla samego siebie. Nie interesuje go gra z widzem, nie dba o to, by publiczność nawiązała relację z postaciami i samą historią, nie zależy mu na emocjonalnej refleksji, którą wywoływały wszystkie jego filmy sprzed Noego. Wyraźnie czuć, że w historii przeżywającego kryzys pisarza, jego żony i ich majestatycznego domu chodzi przede wszystkim o to, by na ekranie ziściła się powstała w wyobraźni reżysera wizja. Tylko o to chodzi – o zaspokojenie ambicji. Nie mogło przecież chodzić o znakomitą opowieść, bo najzwyczajniej jej tu nie ma, ani o aktorskie tour de force, bo poza Michelle Pfeiffer nikt tu nie gra na swoim poziomie. Reżyser próbuje stworzyć intrygę, ale opowieść o małżeństwie, w którego życiu nagle pojawia się grupa narzucających się nieznajomych, wygląda niedorzecznie od samego początku.

Aronofsky stworzył filmowego Frankensteina, w którym gatunki mieszają się jak w naprędce przygotowanym i nie do końca przemyślanym daniu.

Aronofsky’emu nie mogło chodzić także o żaden komentarz dotyczący współczesnej rzeczywistości, bo mother! to film tak całkowicie od niej odklejony, że równie dobrze mógłby rozgrywać się w świecie Tolkiena czy Lucasa. Widać tu inspiracje Polańskim (bardzo odległe echa Dziecka Rosemary i Lokatora dają się rozpoznać zwłaszcza w sposobie filmowania przestrzeni), choć polski mistrz raczej obraziłby się za takie porównanie. Byłoby wspaniale, gdyby reżyser mother! postanowił naśladować Polańskiego także w sposobie budowania postaci i historii, ale zamiast to robić, ucieka w reżyserskie delirium, które staje się nieznośnie trudne do oglądania. Aronofsky stworzył filmowego Frankensteina, w którym gatunki mieszają się jak w naprędce przygotowanym i nie do końca przemyślanym daniu – elementy horroru, thrillera, dramatu rodzinnego, a momentami niemal kina katastroficznego miały być elementami jednej układanki, a przypominają patchwork wykonany na narkotykowym haju.

Mam nadzieję, że Darren Aronofsky zdaje sobie sprawę, jak bardzo zawiódł swych fanów, lub że wkrótce to sobie uświadomi. Musi do tego dojść, jeśli ten utalentowany, doskonale diagnozujący ludzkie obsesje reżyser ma wrócić do dawnej formy, którą potwierdzał nagrodami w Wenecji i nominacjami do Oscara. Aby tak się stało, twórca Requiem dla snu powinien przestać robić filmy, które – zamiast wstrząsać widzami i zmieniać ich postrzeganie kina (jak było w przypadku autora tejże recenzji) – mają zaspokajać jedynie jego własne ambicje.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane