Skyfall - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Skyfall

...nadaje brytyjskiemu agentowi niespotykanej dotąd ekranowej głębi...




Jako Bond i nie-Bond




Jacek Lubiński
24.10.2012


Ale te zera szybko lecą… Ani się Bond obejrzał, a już do 50-tki dobił. I choć gentlemani woleliby zapewne użyć określenia piękny 23-ci, to nie zmienia to faktu, że sir James niemal bez przerw czaruje już piątą dekadę na dużym ekranie. Trzeba przyznać, że piękna to rocznica, a przy tym jakże wartościowsza od życzeniowej "setki". Przy jej osiągnięciu człowiek z reguły już niedowidzi, słabo słyszy i ledwie zipie, podczas gdy "połówka" uważana jest nadal za siłę wieku. Wtedy jeszcze i popić sobie można, i sił starcza na obicie ryła komu/kiedy trzeba, a przy tym wciąż staje (się) w odpowiednim momencie. 

No właśnie, czy najnowszy 007 stanął na wysokości zadania, jakim jest celebracja okrągłej rocznicy, czy też raczej przynosi ujmę Jej Królewskiej Mości?

Zacznijmy od tego, że „Skyfall” jest niesamowicie plastycznym filmem. To bez cienia przesady najpiękniejszy film o angielskim szpionie, jaki moje gałki oczne miały przyjemność zarejestrować (a widziały wszystkie dotychczasowe). I bynajmniej nie chodzi mi tu tylko i wyłącznie o fenomenalne zdjęcia mistrza Deakinsa, ale o wszystko to, co pojawia się na ekranie i można podpiąć pod ogólne pojęcie „kompozycja kadru” – scenografia, kostiumy, światło… Pod tym względem najnowszy Bond zwyczajnie powala i już tylko z tej racji warto wybrać się do kina – obiecuję, iż nie będziecie zawiedzeni (a jeśli jakimś cudem będziecie, to już z Wami coś nie tak, nie z filmem ;).

Niemniej produkcje spod znaku lwa, dwóch zer i siódemki, to nie tylko ładne obrazki, gustowne gadżety (ostatnio występujące okazjonalnie) i piękne kobiety w ponętnych kieckach (te wciąż w normie, czyt. jest się na co ślinić). Na szczęście także w pozostałych sprawach Bond trzyma się mocno, pomimo dojrzałego wieku. Ba! Mimo wielu ukrytych w fabule naleciałości poprzedników, jak (niemal dosłownym) trzymaniu na barkach całej swej genezy, agenta MI-6 ogląda się tu nad wyraz świeżo i emocjonująco.[pullquote]Szykujcie się na mocno intymne podejście do tematu, nacisk na psychologię postaci, rozbudowane, skomplikowane stosunki pomiędzy bohaterami oraz na nutkę nostalgii i zadumy.[/pullquote]

Rzecz jasna duża w tym zasługa komandora całej operacji, Sama Mendesa. Znany dotąd z przejmujących dzieł z gatunku ‘suburban drama’ reżyser postanowił uczcić dostojnego solenizanta robiąc coś, czego jedynie kilku przed nim próbowało – wynieść go na wyższy poziom, jednocześnie pozostając wiernym głęboko zakorzenionej już tradycji. I pod tym względem także przyćmiewa on swych poprzedników. O ile bowiem niesławne „W tajnej służbie…” lekko nakreśliło jedynie człowieczeństwo Bonda, a „Licencja na zabijanie” i „Casino Royale” poszły w jako taki realizm, dosadnie usidlając 007 w konkretnym świecie i czyniąc go przy tym niezwykłym, ale jednak śmiertelnikiem, o tyle „Skyfall” nadaje brytyjskiemu agentowi niespotykanej dotąd ekranowej głębi, opartej tyleż o targające nim wątpliwości natury moralnej, co właśnie problemy wieku średniego (a także zdradę, zemstę, takie tam…). Tak, Mendes zdecydowanie celuje tu w ogólnopojęte kino wyższe, by nie powiedzieć artystyczne, doskonale łącząc je przy tym z typową dla Bonda rozwałką, wywołaną przez szalonego przeciwnika z egzotycznej lokacji i z masą bezimiennych popleczników.

Zatem jest to film kontrastów i Bond nietypowy, bo zarówno hołduje on swej historii, jak i rozlicza się z nią. Z jednej strony serwuje nam sporo elementów charakterystycznych dla klasycznych filmów serii, zagrywek dobrze znanych od czasów „Dr No”, ale i z powodzeniem kontynuuje gorzki ton nadany przez swoisty reboot w postaci „Casino Royale”.

To dwa w jednym: 100% Bonda w Bondzie, ale i mocno niebondowski film. Taki, w którym zarazem fani radosnej twórczości Connery'ego/Moore’a, jak i wyznawcy szorstkiego Craiga znajdą coś dla siebie; a jednocześnie i zwolennicy ‘nowej fali’ 007 i bondowscy puryści będą kręcić nosem na niektóre elementy i rozwiązania fabularne, gdyż całość naprawdę trudno jednoznacznie sklasyfikować i ocenić (ja tak mam np. z czołówką i finałem – oba świetne, ale również i dziwne, jakby nie do końca pasujące swą stylistyką do reszty). Szykujcie się więc na mocno intymne podejście do tematu, nacisk na psychologię postaci i rozbudowane, skomplikowane stosunki pomiędzy bohaterami oraz na nutkę nostalgii i zadumy. Ale bez obaw, „Skyfall” daleko do rozkmin Malicka na tle źdźbeł falującej trawy, bo film stoi też i typowym dla Jamesa, ciętym humorem, odpowiednio realistyczną, wciągającą akcją oraz wieloma podtekstami, smaczkami i puszczaniem oka (a nawet dwóch) do widza – zwłaszcza takiego, który już wie, jak to smakuje.

Być może nie jest to misz-masz do końca udany, być może nie wszystko przekonuje, a całość nie ma tego rozmachu, co wspomniane „Casino…” (jak wyścig po budowie czy rozwałka na lotnisku). Lecz Mendes nadrabia za to niesamowitym napięciem, świetnym wyczuciem i wielkimi emocjami. Pod tym względem choćby i akcja w Szanghaju zjada wg mnie film Campbella na śniadanie – coś pięknego.

Gdyby zresztą te filmy ze sobą porównać, to jeśli „Casino…” było odświeżonym spojrzeniem na postać Bonda, tak „Skyfall” stanowi ni mniej, ni więcej, jak jego narodziny. Bond-Początek? Niekoniecznie, ale z pewnością rezurekcja godna tegorocznych uroczystości – zwłaszcza, że prócz tych kilku estetycznych wątpliwości, trudno mi się tu do czegoś konkretnego przyczepić lub znaleźć coś, co by mi się wybitnie nie podobało (nawet muzyka, na którą wielu narzeka jest świetnie dobrana i idealnie dopełnia klimat). Co jednak ważniejsze, to fakt, iż choć nie do końca takiego filmu się spodziewałem, to nie tylko się nań nie zawiodłem, ale też im więcej myślę o „Skyfall”, tym bardziej mam ochotę doń powrócić. Oh, James…

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński






  • salive

    No i co, fajna, rzeczowa recenzja. Wszystko ok, ale po jaką cholerę to stwierdzenie: „obiecuję, iż nie będziecie zawiedzeni (a jeśli jakimś cudem będziecie, to już z Wami coś nie tak, nie z filmem).”?! Po co, ja się pytam. Jakaś taka niepotrzebna bezczelność, obrażająca wszystkich, którzy mogą mieć odmienne zdanie. Nie widziałem filmu, prawdopodobnie autor ma rację, że jest ładnie nakręcony, ale stwierdzenie, że jeśli ktoś myśli inaczej to jest z nim coś nie tak, jest po prostu bezczelne i zupełnie niepotrzebne.

    • Mefisto

      Oryginalnie na końcu tego zdania była buźka (nie wiem, czemu zniknęła) – także spokojnie i nie traktować tego z pełną powagą, nikt tu nikogo nie obraża; po prostu wątpię, żeby komukolwiek strona wizualna mogła się w tym wypadku nie spodobać :)

  • Janek

    Drogi KMFie. Smutno mi, że nastały czasy, gdy recenzje na tym portalu piszą osoby pokroju Mefisto (wulgarne wypowiedzi na forum, ignorancja, rynsztokowe upodobania),czy Juliusz Żebrowski (se swoją „recenzją” Juno – aż szkoda komentarza). To już chyba ostateczny upadek jakiejkolwiek nadziei, że do głosu na tej stronie wrócą osoby, które autentycznie są miłośnikami filmu, zamiast masy miłośników blockbusterów dających wyraz swoim prostackim upodobaniom. Kiedyś, gdy czytało się prace filmowe albo ocenaria, to czuć było, że strona trzyma poziom. W ostatnim miesiącu już nawet ocenarium nie było – to efekt ostatnich zmian na stronie?

    • Mefisto

      Nie wiem kim jesteś Janku, ale najwyraźniej urwałeś się z księżyca, biorąc pod uwagę, iż piszę na stronę od lat (choć może kiedyś nie mogłeś się wyżalić, gdyż nie było miejsca na komentarze pod tekstami – swoją drogą piękne to były czasy, kiedy byle gówniarz z Pcimia Dolnego nie mógł cię publicznie obrazić, a na maile dostawało się autentycznie wartościowe komentarze…). Niemniej skoro tak Cię boli recenzja Skyfall albo moja osoba, to albo zapraszam na priv albo też czekam na przykłady tej mojej ignorancji, chamskich wypowiedzi (aczkolwiek co ma do tego forum, nie wiem) i, przede wszystkim, rynsztokowych upodobań. Niezmiernie jestem ciekaw co tam wymyślisz na poczekaniu…

  • ABC

    To zdecydowanie najsłabszy Bond jakiego widziałem. Rozczarowuje mimo wspaniałego i zachęcajcego soundtracku Adele.. Nawiasem umiejscowiony jest w miejscu nie związanym logicznie i…ginie. Scenariusz to chyba najsłabszy element filmu. Mimo niezłej gry aktorskiej i kilku obiecujących postaci po raz pierwszy miałem ochotę opuścić seans.Film jest po prostu nudny długi nie trzymający w napięciu i niczym nie wyróżniający się niczym spośród wielu filmów akcji..Czytając wspaniałe recenzje zastanawiam się czy oglądałem ten sam film. Wracając do scenariusza zakończenie budzi uśmiech zupełnie nie przekonujące Szef Wywiadu ,007 uzbrojeni w dubeltówkę i kilka lasek dynamitu oczekują na przeciwnika na farmie:-D Widać chyba kłopoty MGM ze scenarzystami..Reżysersko brak proporcji powstał dramat psychologiczny słaby, słaby,słaby. Piszę z żalem. Cała reszta to marketing nic więcej.W Służbie Jej Królewskiej Mości..prezentuje się lepiej. Odradzam szkoda .

    • Wezyr

      Zatrudnienie Mendesa z pewnością miało na to duży wpływ. Film będę widzieć dzisiaj, ale podejrzewam, że może mu brakować impetu – już sam trailer był po prostu dobry, ale nie tak dobry, jak w przypadku dwóch ostatnich części.

  • Julek

    Nie zamierzałem się do nikogo odnosić w komentarzach, ale nie rozumiem o co Ci chodzi, drogi Janku, i dlaczego masz do mnie takie pretensje. Swoją ostatnią recenzją zadebiutowałem na KMF, ale dlaczego wywnioskowałeś, że skoro nie podobał mi się film „Juno” (a jestem ogromnym fanem Reitmana!), to muszę być „miłośnikiem blockbusterów dających wyraz swoim prostackim upodobaniom”? Co ma jedno do drugiego? Jeżeli jestem koneserem kina, to musiał mi się ten film podobać? Nie miałem zamiaru pisać żadnej pracy filmowej, jak Ty to ująłeś, po prostu ubrałem własne przemyślenia w taką, a nie inną formę tekstu. Żałosne są stwierdzenia, że jeśli nie podobał Ci się film, który uchodzi za ambitny, och i ach, to jesteś od razu traktowany jako przeciętny pożeracz popcornu, miłośnik Transformersów i innych. Jeżeli chcesz zakochiwać się w każdym filmie, proszę bardzo, ale nie bardzo rozumiem co w tej materii, w Twoim rozumowaniu oznacza w takim razie stwierdzenie „autentyczny miłośnik filmu”. Jeszcze bardziej żałosne są uwagi w stosunku do recenzenta „Skyfall”, bo nie widzę tutaj niczego „nie na miejscu”. Niewielkie wtrącenia, drobne uwagi są właśnie ożywiające i według mnie uwiarygodniają tę recenzję, ale nie tylko tę, po prostu teksty jako takie.

  • HaryKeogh

    Nie jestem szczególnym miłośnikiem Bondów, nie oglądałem wszystkich poprzednich filmów, ale „przywiązałem się” do wizji Bonda jako „luźnego gentelmana” z flegmą radzącego sobie z wrogami narodu, jednocześnie poruszającego się świetnymi samochodami, w klubach trochę „high life” i w otoczeniu pięknych kobiet. Te cechy odróżniały Bonda od innych (często lepszych) filmów sensacyjnych i można było wybaczyć dziury logiczne, zawiesić niewiarę na kołku i oddać się obrazowi. Tutaj niestety tych cech zabrakło – o gustach się nie dyskutuje, ale kobiet porywających nie było, w ogóle było ich mało, samochody nijakie i słabo wyeksponowane, a „high life” od czasu Casino Royale niestety Bond nie doświadczał. Za to kilka dziur, prostych do uniknięcia, a niestety rozwalających seans. Kilka najbardziej niekonsekwentnych momentów: 1. grupa kikunastu uzbrojonych bandziorów wpada do domu strzelając do kogo popadnie, potem helikopter jakimś vulcanem co wyrzuca kilka tys. pocisków na minutę ostrzeliwuje ten sam budynek, potem główny zły wrzuca do środka naręcza granatów, by na koniec stwierdzić – „tylko zostawcie dla mnie M – chcę ją zabić osobiście”. 2. Siły bezpieczeństwa zupełnie nie przejmują się cywilami w Londynie itp – wiem że to problem wszystkich chyba filmów sensacyjnych z pościgami itp, ale mogli trochę to złagodzić. 3. przejście od spotkania w kasynie do seksu pod przysznicem wygląda jakby producenci wycięli kilka minut filmu – ja rozumiem że Bond to ma łatwo, ale tutaj już chyba przesadzili. 4. główny zły nie przjawiał myśli samobójczych przez cały czas trwania filmu, nagle w ostatniej scenie się ten wątek pojawił. 5. Służby bezpieczeństwa szukają chyba najgroźniejszego bandziora z jakim mają do czynienia (patrząc pod kątem zagrożenia dla siebie i dotychczasowych ofiar) przy pomocy agenta z licencją na zabijanie, i zamiast go ubić od razu, to oczywiście muszą zaaresztować. Najgorsze na koniec – jeden z sześciu najlepszych hakerów na świecie dostaje laptopa drugiego z tej szóstki (co sam przyznał pośrednio) i rozkosznie podpina go do swojej sieci – no błagam … Potem super-hiper skomplikowany kod i szyfr rozgryza (co jest niezbędne do popchnięcia akcji) stojący nieopodal agent starszej daty przypadkowo składając z kilku kolumn cyfr i liter nazwę stacji metra – ja rozumiem że kod miał być z założenia łatwy i taki był plan złego, ale co innego proste zabezpieczenie, a co innego kosmiczny przypadek jak zaprezentowany w filmie. Takich elementów jest niestety jeszcze sporo.
    Podsumowując – słabo. Wizualnie faktycznie jest dobrze (scenografia i lokacje!!), ale cały film mało Bondowski i mam wrażenie „aspirujący” do klasycznego kina sensacyjnego – i niestety przez braki i luki logiczne wypadający w tej roli zaledwie przeciętnie.

    • Mefisto

      Cóż, Skyfall może nie jest idealne, ale bez przesady :) To wciąż zresztą Bond (podobnie jak Casino Royale) i pewne rzeczy trzeba brać z przymrużeniem oka i zawieszeniem niewiary (jak np motyw z hakowaniem – zresztą w każdym filmie, nie tylko spod znaku 007 motywy komputerowe są traktowane po macoszemu i tak, by każdy zrozumiał o co chodzi; zresztą nie oszukujmy się: hakowanie w świecie rzeczywistym jest mało filmowe). Co do Twoich argumentów, to większość można jednak obalić.
      0. high-life się w filmie pojawia, nie ma go dużo, bo Bond musi działać tu więcej i szybciej, niż w innych swoich filmach, ale element został zachowany (już w Quantum było go zresztą mniej).
      1. nie pamiętam dokładnie, ale chyba nie mówił tego na samym końcu, a nawet i chyba przed wrzucaniem granatów – zresztą wiedział, że M jest dobrze schowana, bo o nią się w tym filmie rozchodzi.
      2. co dokładnie masz na myśli? metro? moim zdaniem nie było miejsca w filmie, by pokazywać jeszcze dodatkowo ewakuację cywili i podobne rzeczy, choć gdzieniegdzie w tle da się zaobserwować działanie służb porządkowych w tej sprawie – choćby, gdy Bond wybiega z metra i biegnie po zatłoczonej ulicy.
      3. tu akurat prawda, możliwe, że coś zostało wycięte, ale też i wystarczą tu domysły, nie trzeba wszystkiego pokazywać punkt po punkcie
      4. głównemu złemu chodziło o zemstę – tylko dla niej żył, więc czemu miałby wcześniej usiłować się zabić (pomijając iż opowiada o tym doświadczeniu)? Chce to zrobić dopiero wtedy, gdy cel zostaje osiągnięty.
      5. Przed aresztowaniem nie wiedzieli kto to – gdy Bond do niego płynął był jedynie tajemniczym „złym”, nie znano planów jego działań i w ogóle nie wiedziano z kim mają do czynienia.
      :)

      • HaryKeogh

        W momencie gdy Bond wybiera się na wyspę wiedzą już, że człowiek ten jest wystarczająco groźny by zaatakować siedzibę MI6, że ma dostęp do tajnych danych włącznie z rozkładem zajęć M, włamywaniem się na ich komputery itp. Słuszne może się wydawać, że MI6 może zakładać zdradę wewnątrz szeregów mu to umożliwiającą. Stąd dość beztroskie jest sprowadzanie człowieka tak niebezpiecznego do miejsca potencjalnie przez niego zinflirtowanego – tym bardziej że mają doświadczenia ze zdradami z poprzedniej cześci – czyli zdrada ochroniarza M (oczywiście jak zakładamy ciągłosc akcji między częściami, co zapewne nie jest prawdą ..). Zresztą szansa zabicia Silvy była już po całej rozmowie i przyznaniu, że jest on zbuntowanym agentem – czyli potencjalnie bardzo groźnym, bo znającym instytucję od wewnątrz.

        Silva przedstawiany jest jako szaleniec owładnięty chęcią zemsty, ale dlaczego do zemsty potrzebne mu samobójstwo na koniec? czemu po prostu nie zabije M? Nie ma wcześniej w filmie śladu jego skłonności samobójczych – odwrotnie, sprawia wrażenie osoby która ma raczej duża chęć przetrwania – może to tylko moja interpretacja, ale ostatnia scena z przykładaniem sobie pistoletu do głowy była totalnym zaskoczeniem, nie znajdującym podparcia we wcześniejszych scenach.

        Kwestia 2 – chodzi mi o powszechny brak poszanowania dla życia postronnych w filmach akcji przez stróżów prawa, którym beztrosko narasta liczba ofiar spowodowana ich działaniami – wiem że bez tego byłoby mało widowskowo, ale realizm siada totalnie.

        Ech, może po prostu odzywa się moje zmęczenie skrótami logicznymi i generalnie konwencją filmów akcji, bo są one wszędzie. Kilka książek ostatnio przeczytałem (nie sensacji, głównie sf i fantasy) gdzie takie akcje mają umocowanie w fabule, są „przewidziane” nawet jak nie wprost, to cofając się można stwierdzić – faktycznie te kilkadziesiąc stron wcześniej było zdanie/akapit/dialog usprawiedliwiające daną reakcję. I mimo że to książki fantasy, to prawdopodobieństwo psychologiczne, realizm reakcji postaci itp. są znacznie większe. W filmie (prostym kinie akcji) widać brakuje na to miejsca. Czas chyba przerzucić się na książki .:(

        • Mefisto

          Sądzę, że to był po prostu jego sposób na zakończenie wszystkiego. Nie ma zemsty, to i nie ma po co dalej żyć. A może to tylko kaprys danej chwili był. A może po prostu wiedział, że skoro i tak już po wszystkim, M jest martwa, to potem i tak go dopadną, więc lepiej samemu to zrobić za jednym zamachem. Kwestia domysłów.
          Jasne, po części masz rację (może poza tymi postronnymi ofiarami, których jakoś w Skyfall nie zauważyłem) i pewnie niektóre z tych kwestii dałoby się jeszcze rozwinąć. Ale film i tak był przecież dość długi – w przeciwieństwie do książek, które nie mają żadnych ograniczeń.

        • kazzet

          Chciałbym się jedynie odnieść do tego co pisałeś o skłonnościach samobójczych Silvy. Otóż jak wiemy samobójstwo próbował popełnić już wcześniej. Fakt w zupełnie innych okolicznościach, ale jednak. To, że tamtą próbę przeżył sam uzasadnił tylko tym, że musi dokonać zemsty na M. W takim przypadku jedynym celem jego życia był właśnie ten odwet. Po co miałby żyć dalej skoro zrobił już to czego pragnął? Jest to dość popularny motyw człowieka bez przyszłości, żyjącego jedynie dla zemsty, dla którego dalsza egzystencja przestaje mieć sens po zrealizowaniu celu.

  • Wezyr

    Film dobry, ale nie zatrudniłbym już Mendesa na stołku reżyserskim. Całość brakuje impetu, ciekawe lokacje są szczątkowe, a finał a’la Home Alone po prostu rozczarowuje. Choć to nadal wysoki poziom, to jednak z trzech filmów z Craigiem ten jest po prostu najsłabszy. Akcja w Turcji była świetna, ale później podobnego stylu zabrakło. Nawet sekwencja animowana z napisami jest taka jakaś niedorobiona, choć początek ma naprawdę ładny.

  • Dimitri

    Moim zdaniem recenzja jak najbardziej rzeczowa. Zgodzę się, że czołówka średnio wpasowała się do sceny ją poprzedzającej (całkowicie zniknęło napięcie). Zgodzę się że zarówno zdjęcia jak i scenografia są doskonałe. Spora ilość kadrów po prostu wgryza się w mózg (doskonały Szanghaj i Szkocja!). Nie oglądałem Quantum of Solace ale nowy bond doskonale kontunuje to co rozpoczęło Casino Royale. Będę bronił nowego bonda pomimo, że bliżej mu teraz do Bourne’a niż Dr. No. Craig ma klase, smoking doskonale na nim leży a kobiety w okół niego są piękne. Kiedy Bond wsiada do Astona DB5 a Mendes wrzuca klasyczny Main theme, to chyba każdy ortodoksyjny fan się zarumieni. To tyle z mojej strony :)

  • Daniel M

    Najnowszy Bond jest straszny,w takim razie chyba ze mna cos jest nie tak,film od pierwszych scen nadaje sie jak zaden inny pod „50 prawd”.Nie wiem o co chodzi z tymi cwiczeniami ,podciaganiem ,bieganiem,pompkami,cos co przypomina mi „mrocznego rycerza” czyli odarcie bohatera z tajemniczosci ,zero ciemnej mrocznej strony,wszystko wywalone na tacy.Jak dla mnie kolejny film szmata ktorego nie warto ogladac.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Bitwa pod Wiedniem

Następny tekst

Juno



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE