nowości kinowe

Skyfall

...nadaje brytyjskiemu agentowi niespotykanej dotąd ekranowej głębi...

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Jako Bond i nie-Bond

Ale te zera szybko lecą… Ani się Bond obejrzał, a już do 50-tki dobił. I choć gentlemani woleliby zapewne użyć określenia piękny 23-ci, to nie zmienia to faktu, że sir James niemal bez przerw czaruje już piątą dekadę na dużym ekranie. Trzeba przyznać, że piękna to rocznica, a przy tym jakże wartościowsza od życzeniowej „setki”. Przy jej osiągnięciu człowiek z reguły już niedowidzi, słabo słyszy i ledwie zipie, podczas gdy „połówka” uważana jest nadal za siłę wieku. Wtedy jeszcze i popić sobie można, i sił starcza na obicie ryła komu/kiedy trzeba, a przy tym wciąż staje (się) w odpowiednim momencie.

No właśnie, czy najnowszy 007 stanął na wysokości zadania, jakim jest celebracja okrągłej rocznicy, czy też raczej przynosi ujmę Jej Królewskiej Mości?

Zacznijmy od tego, że Skyfall jest niesamowicie plastycznym filmem. To bez cienia przesady najpiękniejszy film o angielskim szpionie, jaki moje gałki oczne miały przyjemność zarejestrować (a widziały wszystkie dotychczasowe). I bynajmniej nie chodzi mi tu tylko i wyłącznie o fenomenalne zdjęcia mistrza Deakinsa, ale o wszystko to, co pojawia się na ekranie i można podpiąć pod ogólne pojęcie „kompozycja kadru” – scenografia, kostiumy, światło… Pod tym względem najnowszy Bond zwyczajnie powala i już tylko z tej racji warto wybrać się do kina – obiecuję, iż nie będziecie zawiedzeni (a jeśli jakimś cudem będziecie, to już z Wami coś nie tak, nie z filmem ;).

Skyfall Shanghai

Niemniej produkcje spod znaku lwa, dwóch zer i siódemki, to nie tylko ładne obrazki, gustowne gadżety (ostatnio występujące okazjonalnie) i piękne kobiety w ponętnych kieckach (te wciąż w normie, czyt. jest się na co ślinić). Na szczęście także w pozostałych sprawach Bond trzyma się mocno, pomimo dojrzałego wieku. Ba! Mimo wielu ukrytych w fabule naleciałości poprzedników, jak (niemal dosłownym) trzymaniu na barkach całej swej genezy, agenta MI-6 ogląda się tu nad wyraz świeżo i emocjonująco.

Szykujcie się na mocno intymne podejście do tematu, nacisk na psychologię postaci, rozbudowane, skomplikowane stosunki pomiędzy bohaterami oraz na nutkę nostalgii i zadumy.

Rzecz jasna duża w tym zasługa komandora całej operacji, Sama Mendesa. Znany dotąd z przejmujących dzieł z gatunku „suburban drama” reżyser postanowił uczcić dostojnego solenizanta robiąc coś, czego jedynie kilku przed nim próbowało – wynieść go na wyższy poziom, jednocześnie pozostając wiernym głęboko zakorzenionej już tradycji. I pod tym względem także przyćmiewa on swych poprzedników. O ile bowiem niesławne W tajnej służbie... lekko nakreśliło jedynie człowieczeństwo Bonda, a Licencja na zabijanie i Casino Royale poszły w jako taki realizm, dosadnie usidlając 007 w konkretnym świecie i czyniąc go przy tym niezwykłym, ale jednak śmiertelnikiem, o tyle Skyfall nadaje brytyjskiemu agentowi niespotykanej dotąd ekranowej głębi, opartej tyleż o targające nim wątpliwości natury moralnej, co właśnie problemy wieku średniego (a także zdradę, zemstę, takie tam…). Tak, Mendes zdecydowanie celuje tu w ogólnopojęte kino wyższe, by nie powiedzieć artystyczne, doskonale łącząc je przy tym z typową dla Bonda rozwałką, wywołaną przez szalonego przeciwnika z egzotycznej lokacji i z masą bezimiennych popleczników.

Skyfall

Zatem jest to film kontrastów i Bond nietypowy, bo zarówno hołduje on swej historii, jak i rozlicza się z nią. Z jednej strony serwuje nam sporo elementów charakterystycznych dla klasycznych filmów serii, zagrywek dobrze znanych od czasów Dr No, ale i z powodzeniem kontynuuje gorzki ton nadany przez swoisty reboot w postaci Casino Royale.

To dwa w jednym: 100% Bonda w Bondzie, ale i mocno niebondowski film. Taki, w którym zarazem fani radosnej twórczości Connery’ego/Moore’a, jak i wyznawcy szorstkiego Craiga znajdą coś dla siebie; a jednocześnie i zwolennicy ‘nowej fali’ 007 i bondowscy puryści będą kręcić nosem na niektóre elementy i rozwiązania fabularne, gdyż całość naprawdę trudno jednoznacznie sklasyfikować i ocenić (ja tak mam np. z czołówką i finałem – oba świetne, ale również i dziwne, jakby nie do końca pasujące swą stylistyką do reszty). Szykujcie się więc na mocno intymne podejście do tematu, nacisk na psychologię postaci i rozbudowane, skomplikowane stosunki pomiędzy bohaterami oraz na nutkę nostalgii i zadumy. Ale bez obaw, Skyfall daleko do rozkmin Malicka na tle źdźbeł falującej trawy, bo film stoi też i typowym dla Jamesa, ciętym humorem, odpowiednio realistyczną, wciągającą akcją oraz wieloma podtekstami, smaczkami i puszczaniem oka (a nawet dwóch) do widza – zwłaszcza takiego, który już wie, jak to smakuje.

Skyfall, zdj. Roger Deakins

Być może nie jest to misz-masz do końca udany, być może nie wszystko przekonuje, a całość nie ma tego rozmachu, co wspomniane Casino… (jak wyścig po budowie czy rozwałka na lotnisku). Lecz Mendes nadrabia za to niesamowitym napięciem, świetnym wyczuciem i wielkimi emocjami. Pod tym względem choćby i akcja w Szanghaju zjada wg mnie film Campbella na śniadanie – coś pięknego.

Gdyby zresztą te filmy ze sobą porównać, to jeśli Casino Royale było odświeżonym spojrzeniem na postać Bonda, tak Skyfall stanowi ni mniej, ni więcej, jak jego narodziny. Bond-Początek? Niekoniecznie, ale z pewnością rezurekcja godna tegorocznych uroczystości – zwłaszcza, że prócz tych kilku estetycznych wątpliwości, trudno mi się tu do czegoś konkretnego przyczepić lub znaleźć coś, co by mi się wybitnie nie podobało (nawet muzyka, na którą wielu narzeka jest świetnie dobrana i idealnie dopełnia klimat). Co jednak ważniejsze, to fakt, iż choć nie do końca takiego filmu się spodziewałem, to nie tylko się nań nie zawiodłem, ale też im więcej myślę o Skyfall, tym bardziej mam ochotę doń powrócić. Oh, James…

Ostatnio dodane