Powrót do Garden State - recenzja | FILM.ORG.PL

Powrót do Garden State

Idealny portret zagubionego dwudziestokilkulatka, który nie potrafi przystosować się do otaczającej go rzeczywistości.




Tęsknota do nieistniejącego miejsca




Szymon Pajdak
28.09.2013


Zawsze, kiedy kończy się lato, wieczory stają się coraz dłuższe, a za oknem robi się żółto i czerwono, odczuwam dziwne przygnębienie. Powinno mi być wszystko jedno, bowiem czasy szkolne, kiedy to cały lipiec i sierpień spędzałem od rana do wieczora poza domem, minęły bezpowrotnie, a sezon letni stanowi dla mnie okres wytężonej pracy. Powinienem się cieszyć, kiedy się kończy, bowiem wreszcie będę miał chwilę dla siebie, a jednak gdzieś w głębi duszy jest mi tego żal. Może tak już jestem zaprogramowany, a może cierpię na syndrom Piotrusia Pana? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, wiem jednak, że chętniej sięgam wtedy po kino budzące we mnie nostalgię, historie opowiadające o poszukiwaniu czegoś, co dawno minęło. Tym razem padło na „Powrót do Garden State”.

Większość z was może kojarzyć Zacha Braffa głównie z roli JD w serialu „Hoży doktorzy”, w którym występował przez 8 sezonów (w 9. gościnnie). Mało kto wie, że aktor jest także producentem, scenarzystą i reżyserem. Pisząc scenariusz do swojego fabularnego debiutu, pewnie nawet się nie spodziewał, że zostanie on nominowany do głównej nagrody jury na festiwalu w Sundance, a także stanie się swoistym głosem pokolenia, zaskarbiając sobie przychylność widzów i krytyków. Jednak zanim to nastąpiło, musiał znaleźć wytwórnię, która sfinansuje projekt. Tutaj z pomocą przyszedł Danny DeVito, współwłaściciel Jersey Films, który postanowił wyciągnąć do młodego twórcy rękę.

„Powrót do Garden State” opowiada historię Andrew, 26-latka żyjącego w Los Angeles, który po 10 latach wraca do rodzinnej miejscowości na pogrzeb matki. Ojciec chłopaka, psychiatra, od lat przepisywał mu środki antydepresyjne, przez co chłopak tkwi w stanie delikatnej apatii. Postanawia jednak zrobić eksperyment i podczas pobytu odstawić leki.

Dlaczego ten film tak bardzo mnie poruszył? Ponieważ Braff idealnie portretuje zagubionego dwudziestokilkulatka. Osobę, która zdaje sobie sprawę z upływu czasu, a jednocześnie postawiona przed oczekiwaniami nie potrafi znaleźć własnej drogi. Egzystuje pomiędzy pracą a życiem towarzyskim, odczuwając rozczarowanie dorosłością, która w dzieciństwie jawiła mu się jako kraina ogromnych możliwości, gdzie każdy może być, kim tylko zechce. Niestety – okazała się jałowa i nieciekawa, a żeby zapomnieć o wszechobecnym marazmie, rzucasz się w wir tanich rozrywek.

Andrew spotykając starych znajomych dostrzega, że ich życie to wieczne oczekiwanie na coś, co nigdy nie nastąpi. Oczekiwanie wypełnione kradzieżami, imprezami, alkoholem i ćpaniem, które odciągają myśli od codzienności. Nie chcą iść dalej, pracować nad sobą, próbować coś osiągnąć. Spoczywają na laurach, zadowalając się tym, co zostało im dane, obojętnie, czy jest to fucha grabarza, policjanta, pracownika fast foodu czy chwilowy przebłysk geniuszu, który zapewnił dostatnie życie.

Główny bohater, w którego wcielił się sam Zach, to postać nieco oderwana od rzeczywistości. Nieustannie otumaniona lekami, mierzy się w rodzinnych stronach z wyrzutami sumienia, które prześladują go od dawna. Wszystko odbiera z dystansem. Dopiero kiedy poznaje Sam, dziewczynę z sąsiedztwa, zaczyna budzić się w nim coś, czego dawno nie czuł – chęć życia. Chora na padaczkę kobieta jest przeciwieństwem Andrew. Żywiołowa, ciągle uśmiechnięta, korzysta z życia jak najlepiej umie. Razem idealnie się uzupełniają i jak nietrudno się domyślić, zaczyna się między nimi rodzić uczucie. Słówko o Natalie Portman, wcielającej się w Sam. To jedna z najlepszych, najbardziej naturalnych i przyciągających do ekranu ról, jakie widziałem w życiu. Sprawia, że po seansie chcemy kogoś takiego poznać. Kogoś tak prawdziwego i szczerego, promieniującego empatią i radosnym nastawieniem już z daleka.

Film iskrzy się świetnymi, bardzo życiowymi dialogami, które w ustach bohaterów brzmią niesamowicie prawdziwie. Nie usłyszymy tu banałów czy górnolotnych monologów, raczej proste zdania, których dosłowność momentami potrafi zaboleć. Świetna jest także muzyka, którą Braff wybierał podczas pisania scenariusza, a która została nominowana do nagrody Grammy. Całość sprawia, że „Powrót do Garden State” to obraz niezwykły. Manifest pokolenia zagubionych dwudziestokilkulatków, którzy nie do końca potrafią odnaleźć się w dorosłości. Tłamszeni przez przeszłość, nie mogą ruszyć do przodu, grzęznąc w marazmie. Film, który w idealny sposób miesza dramat z komedią, robiąc to jednocześnie niesamowicie subtelnie, z odpowiednią dozą nostalgii. Fantastyczny debiut zwiastujący niebanalnego twórcę, który idealnie trafił w mój gust.

Arahan

Pracownik, student i podróżnik. W świat filmu ucieka od otaczającej go rzeczywistości. Uwielbia Spielberga, Nolana, Leone, Tarantino, del Toro i Scorsese. Na ekranie lubi oglądać DiCaprio, McGregora, Pacino, Daniela Day-Lewisa i Oldmana. Kino ma przede wszystkim wzbudzać emocje, niezależnie od tego jakie one będą. Ma wzruszać, zaskakiwać, dawać radość i skłaniać do refleksji - wszystko zależne od nastroju. Pierwszą recenzję do redakcji wysłał w 2009 roku, a od listopada 2011 pisze w miarę regularnie, raz lepiej, a raz gorzej, ale chyba nie tak źle skoro zaproszono go do zacnego KMF-owego grona.

Arahan - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Marek Lindel

    Po przeczytaniu ledwo 2-3 akapitów postanowiłem wpierw zobaczyć film – a potem dokończyć tekst. Jak się okazało było to świetnie spędzone prawie 2h ! A recenzja – na duży plus !

  • monoik

    Podpisuje się wszystkimi kończynami. Film magiczny, prosty (nie prostacki) i prawdziwy w bardzo niewymuszony sposób. Wypełniony świetnymi postaciami, z których wiele znamy z własnego doświadczenia. Świetnie zagrany i napisany.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

"Jack Strong" - pierwszy zwiastun filmu Pasikowskiego

Następny tekst

KMF NA 6. FESTIWALU MUZYKI FILMOWEJ



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE