Wywiad
„Nie da się wyjść z tego z twarzą” – Michał Sikorski o kulisach LOL: Kto się śmieje ostatni
Michał Sikorski w rozmowie z Martyną Janasik opowiada o kulisach udziału w czwartym sezonie LOL: Kto się śmieje ostatni.
Czy aktor naprawdę powinien być gotowy na kompromitację? Michał Sikorski przekonuje, że właśnie ona bywa największym sprawdzianem odwagi. W rozmowie z Martyną Janasik opowiada o kulisach udziału w czwartym sezonie LOL: Kto się śmieje ostatni, zdradza, czego program nauczył go o sobie samym, dlaczego przestał bać się zaszufladkowania i czemu dziś bardziej niż na sukces stawia na wdzięczność oraz pokorę.
Michał Sikorski nie ukrywa, że udział w czwartym sezonie programu LOL: Kto się śmieje ostatni był jedną z największych przygód w jego życiu. Jednak rozmowa, którą przeprowadziła z nim Martyna Janasik, szybko przestaje być wyłącznie opowieścią o komediowym formacie Prime Video. Staje się refleksją o aktorstwie, odwadze, pokorze i gotowości na porażkę. Rozmawiamy o tym, dlaczego śmiech jest czymś znacznie więcej niż reakcją na żart, jak wygląda moment, w którym człowiek przestaje kontrolować własny wizerunek, oraz dlaczego – jak sam mówi – czasem warto po prostu cieszyć się tym, że jest się tu i teraz.

Jest też moment, który zaskakuje samego bohatera rozmowy. To właśnie wtedy po raz pierwszy dowiaduje się, że Cezary Pazura nazwał go nadzieją polskiej komedii. Jego odpowiedź mówi o nim chyba więcej niż niejeden długi wywód: Nigdy nie będę Cezarym Pazurą. Chciałbym być pierwszym Michałem Sikorskim.
Martyna Janasik: Spotykamy się z okazji czwartego sezonu programu LOL: Kto się śmieje ostatni, więc zacznijmy od śmiechu. Pamiętasz, kiedy ostatni raz śmiałeś się tak mocno, że nie mogłeś złapać oddechu?
Michał Sikorski: Tak. To było dosłownie kilka dni temu na planie serialu, który właśnie kręcę. Niestety, na razie nie mogę powiedzieć, o jaki tytuł chodzi.
Martyna Janasik: A kiedy ostatnio śmiech był dla ciebie bardziej mechanizmem obronnym niż oznaką rozbawienia?
Michał Sikorski: Bardzo często jest mechanizmem obronnym. To coś, co zrozumiałem właśnie podczas przygotowań do LOLa. Uświadomiłem sobie, że zarówno śmiech, jak i uśmiech są narzędziami komunikacji. Dodają znaczenia słowom, które wypowiadamy.
Często reagujemy śmiechem, żeby rozładować napięcie, albo uśmiechem pokazujemy, że nie mamy złych intencji. Nieraz wystarczy sam uśmiech jako wyraz zwykłej serdeczności. Zacząłem zwracać na to dużą uwagę jeszcze przed udziałem w programie i doszedłem do wniosku, że ogromnej części komunikacji nie da się przekazać bez mimiki. Kiedy jej brakuje, druga osoba nie zawsze wie, jak odczytać nasze słowa.
Dlatego w LOLu jest tak trudno. To trochę tak, jakby odebrać człowiekowi jeden ze zmysłów. Nawet kiedy ktoś nas rozśmiesza, naturalnie chcemy pokazać, że rozumiemy żart, że go przyjmujemy, że jesteśmy z nim w kontakcie. Tam nie możemy tego zrobić. Mam wrażenie, że właśnie dlatego po godzinie wszyscy mają już totalną sieczkę w głowie.
Martyna Janasik: Czyli w codziennym życiu też używasz śmiechu jako sposobu komunikowania emocji?

Michał Sikorski: Tak. Śmiech i uśmiech pomagają mi pokazać, jak się czuję i z jakim nastawieniem podchodzę do drugiej osoby. To coś, na co naprawdę zacząłem świadomie zwracać uwagę dopiero przed udziałem w LOLu.
Martyna Janasik: Humor zawsze pomaga radzić sobie z trudnymi sytuacjami czy czasem potrafi je jeszcze bardziej skomplikować?
Michał Sikorski: Wydaje mi się, że humor bardzo często jest lekarstwem na rzeczywistość. Świat bywa trudny, czasem nas zawodzi albo wystawia na ciężkie próby, a poczucie humoru pozwala przechodzić przez to wszystko z dużo większym komfortem.
Martyna Janasik: Jaka była twoja pierwsza reakcja, kiedy dowiedziałeś się, że jesteś brany pod uwagę do LOLa? Pytam, bo moja była dość prosta: Kurczę, Michał ma tak charakterystyczną mimikę, że wygląda, jakby się uśmiechał nawet wtedy, kiedy się nie uśmiecha. To będzie dla niego wyjątkowo trudne.
Michał Sikorski: (śmiech) Dokładnie tak to odbierałem. Wiedziałem, że to będzie dla mnie ogromny sprawdzian, bo w LOLu nawet minimalny uśmiech może oznaczać żółtą albo czerwoną kartkę. Przez cały program musiałem właściwie nosić na twarzy maskę całkowitego braku emocji. To było bardzo męczące, bo cały czas kontrolowałem mięśnie twarzy, żeby niczego nie zdradziły.
Ale szczerze mówiąc, nie miałem najtrudniej. Osobą, której kompletnie nie potrafiłem sobie wyobrazić bez uśmiechu, była Vanessa Aleksander. Kiedy ją zobaczyłem, chyba nawet szepnąłem jej: Kto wpadł na pomysł, żebyś tu przyszła? Przecież ty cały czas się uśmiechasz!. Byłem pod ogromnym wrażeniem tego, jak sobie poradziła.
Martyna Janasik: Mam wrażenie, że im bardziej ktoś kojarzy się z komedią i wywoływaniem uśmiechu, tym bardziej widzowie chcą zobaczyć go właśnie w LOLu.
Michał Sikorski: Coś w tym jest. Najfajniejsze jest jednak to, że do samego wejścia na plan nie wiemy, kto bierze udział w programie. Produkcja naprawdę pilnuje, żeby uczestnicy nie spotkali się wcześniej. Przyznam, że przed nagraniami trochę w to nie wierzyłem, ale rzeczywiście pierwszy raz zobaczyliśmy się dopiero na planie.

I byłem zachwycony tym składem. Spotkali się tam aktorzy, twórcy internetowi, stand-uperzy – ludzie, których twórczość bardzo cenię i których zawsze chciałem poznać. Samo spędzenie z nimi tylu godzin było ogromną przyjemnością.
Martyna Janasik: Wchodząc do programu bardziej bałeś się, że sam wybuchniesz śmiechem, czy że nie uda ci się rozśmieszyć pozostałych?
Michał Sikorski: Zdecydowanie bardziej bałem się, że sam się zaśmieję. Myślę, że większość uczestników ma podobnie. Najłatwiej przecież roześmiać się z własnych żartów.
Dopiero kiedy zobaczyłem skład, teoretycznie powinienem zacząć się martwić, czy dam radę rozśmieszyć pozostałych. Ale zamiast tego pomyślałem: Super, właśnie z tymi ludźmi chcę spędzić ten dzień. To była absolutna czołówka osób, które od dawna chciałem poznać. Zamknięcie się z nimi na wiele godzin okazało się naprawdę wyjątkową przygodą.
Martyna Janasik: Jednym z najbardziej zapamiętanych przeze mnie momentów był twój… bardzo intensywny kontakt fizyczny z Mariuszem Kałamagą. (śmiech) To skłoniło mnie do pytania: czy podczas nagrań odkryłeś w sobie jakiś rodzaj humoru, o którego istnieniu wcześniej nie miałeś pojęcia? I czy przekroczyłeś granice, których wydawało ci się, że nigdy nie przekroczysz?
Michał Sikorski: Zdecydowanie przekroczyłem swoje granice. Byłem przekonany, że istnieje poziom żenady, którego nie jestem w stanie przekroczyć. Okazało się, że bardzo szybko zostawiłem go daleko za sobą.
Przypomniały mi się wtedy słowa mojego profesora ze szkoły teatralnej, Romana Gancarczyka. Powtarzał, że największa walka w aktorstwie polega na tym, żeby nie bać się kompromitacji. W pewnym momencie pojawia się naturalny odruch obronny – chęć ucieczki przed ośmieszeniem. Tymczasem aktor powinien być gotowy na to, że ta kompromitacja może się wydarzyć.

I dokładnie taki jest LOL. Nie da się wyjść z tego programu z nieskazitelnym wizerunkiem. Można jedynie być fair wobec siebie, wobec innych uczestników i wobec widzów. Mam wrażenie, że większość z nas skompromitowała się już w pierwszej godzinie – i właśnie to było w tym fantastyczne.
To jedna z największych przygód w moim życiu. Po pewnym czasie kończą się wszystkie przygotowane pomysły, cała bystrość, inteligencja i strategie. Dopiero wtedy naprawdę zaczynasz poznawać samego siebie. A jeśli przeżywasz to z tak fantastycznymi ludźmi, trudno nie uznać tego za przygodę życia.
Martyna Janasik: Powiedziałeś wcześniej coś bardzo ciekawego o gotowości na kompromitację. Od razu przypomniała mi się rozmowa z innym aktorem, który powiedział mi kiedyś, że wchodząc na scenę czy przed kamerę, zawiera z widzem pewnego rodzaju niepisany kontrakt. W dramacie godzi się na łzy, w komedii na śmieszność.
Z drugiej strony wspomniałeś słowa swojego mistrza, Romana Gancarczyka, o gotowości na kompromitację. Tymczasem Tomasz Karolak wielokrotnie mówił, że aktor składa się z własnych deficytów. Pomyślałam, że te dwie myśli świetnie się ze sobą łączą.
Michał Sikorski: Myślę, że po obejrzeniu tej edycji LOLa każdy przyzna Tomkowi rację. (śmiech) W tym programie prezentujemy właściwie wyłącznie swoje deficyty. Ja na pewno pokazałem ich całkiem sporo.
Martyna Janasik: Czyli wchodząc do programu, w którym nie wiesz, co za chwilę się wydarzy, musisz jednocześnie pogodzić się z tym, że prędzej czy później wszystko, co próbujesz ukryć, i tak wyjdzie na jaw?
Michał Sikorski: Dokładnie. Nie da się ukryć, że czasami myślisz schematycznie, że nie zawsze jesteś błyskotliwy, że dwie szare komórki akurat nie chcą się połączyć. Nie ukryjesz też bardzo prostego, momentami wręcz rynsztokowego poczucia humoru, które chyba każdy z nas w sobie ma.
To było zresztą fantastyczne. Spotkałem tam ludzi, których bardzo cenię, a po kilku godzinach wszyscy bawiliśmy się humorem na poziomie czteroletnich dzieci. I właśnie to było piękne.

Oczywiście to program rozrywkowy. Nie tworzymy dzieła sztuki. Widzowie mogą natomiast obserwować coś w rodzaju treningu aktorskiego – sprawdzian tego, jak długo jesteś w stanie wymyślać nowe rzeczy, jak szybko reagujesz i czy potrafisz pogodzić się z kompromitacją.
W tym programie maski spadają bardzo szybko. Każdy może się ośmieszyć i każdy się z tym liczy. Ja świadomie się na to zgodziłem. Myślę, że wszyscy uczestnicy mieli tego świadomość i właśnie dlatego ten format działa.
Martyna Janasik: I chyba dlatego jest tak zabawny. Choć ja uważam, że rozśmieszanie ludzi też jest pewnego rodzaju sztuką. Zwłaszcza kiedy każdy ma zupełnie inne poczucie humoru, a po kilku godzinach nagrań człowiek ma już kompletnie wyprany mózg.
Michał Sikorski: (śmiech) Mam wrażenie, że mózg jest wyprany znacznie wcześniej. Po godzinie właściwie już nic tam nie zostaje. I właśnie wtedy zaczyna się największa zabawa. Wszystkie przygotowane pomysły się kończą, inteligencja gdzieś wyparowuje i dopiero wtedy robi się naprawdę ciekawie.
Martyna Janasik: Kto najbardziej cię zaskoczył podczas nagrań?
Michał Sikorski: Vanessa Aleksander. Byłem przekonany, że nie wytrzyma nawet kwadransa, bo naprawdę nie znałem jej twarzy bez uśmiechu.
A potem zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Było jej bardzo trudno, ale sposób, w jaki zachowała koncentrację, jakie rzeczy proponowała i jak długo potrafiła nie okazywać emocji, tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że jest jedną z najlepszych aktorek mojego pokolenia.
Bardzo zaskoczyła mnie też Klaudia Halejcio. Imponowała mi tym, ile pomysłów potrafiła wygenerować, jak szybko porzucała jeden i przechodziła do następnego. Miała niesamowitą energię twórczą i była motorem wielu sytuacji w programie.

Martyna Janasik: To w końcu humor ma granice czy nie?
Michał Sikorski: Gdybyś zapytała mnie o to przed udziałem w LOLu, pewnie odpowiedziałbym, że ma. Dzisiaj powiedziałbym raczej, że nie.
Jednocześnie uważam, że bardzo ważny jest szacunek do drugiego człowieka. Czasami ktoś powołuje się na hasło, że ze wszystkiego można żartować, a tak naprawdę przekracza granicę godności osoby, z której żartuje.
Dlatego wydaje mi się, że humor rzeczywiście może nie mieć granic, o ile nie odbiera drugiemu człowiekowi godności. Zwłaszcza jeśli śmiejemy się z samych siebie albo z ludzi, którzy potrafią wejść z nami w taki rodzaj gry.
Martyna Janasik: Skoro jesteśmy przy komedii… Jest jedna rzecz, o której chyba jeszcze nie wiesz. W programie Cezary Pazura przedstawia cię jako nadzieję polskiej komedii.
Michał Sikorski: Naprawdę? Nie wiedziałem. Jeszcze nie oglądałem programu.
Martyna Janasik: To teraz już wiesz.
Michał Sikorski: Ale mi zrobiłaś niespodziankę. (śmiech) Kilka dni temu rozmawiałem z Vanessą Aleksander i oboje mówiliśmy, że nie możemy się doczekać premiery. Przypominaliśmy sobie różne sytuacje z planu, ale wielu z nich już zwyczajnie nie pamiętamy, bo ten program był tak intensywny.

Dopiero niedawno przypomniał mi się na przykład mój kontakt z Mariuszem Kałamagą czy gościnny udział Urszuli Dudziak. Tam wydarzyło się naprawdę bardzo dużo.
A dzięki tobie właśnie dowiedziałem się, co powiedział o mnie Czarek Pazura. Bardzo sobie to biorę do serca.
Martyna Janasik: Tym bardziej cieszę się, że to była dla ciebie niespodzianka, bo odpowiedź jest całkowicie spontaniczna. Cezary Pazura jest przecież ikoną polskiej komedii. Kiedy słyszysz z jego ust takie słowa, czujesz bardziej dumę czy presję? I jak żyje się człowiekowi, którego coraz więcej osób zaczyna postrzegać jako jego następcę?
Michał Sikorski: Nigdy nie będę Cezarym Pazurą i nie mam takich ambicji. Chciałbym natomiast zostać pierwszym Michałem Sikorskim w polskiej komedii. Na to pracuję i na tym mi najbardziej zależy.
A sam fakt, że mogłem spotkać Czarka Pazurę, był dla mnie wystarczającym powodem, żeby zgodzić się na udział w tym programie.
Martyna Janasik: Mam wrażenie, że sukces bardzo często wiąże się z ryzykiem zaszufladkowania. Twój największy sukces kojarzy się przede wszystkim z komedią, teraz dochodzi jeszcze LOL. Masz poczucie, że ludzie coraz częściej widzą w tobie przede wszystkim komika, a nie po prostu aktora?
Michał Sikorski: Każdy sukces niesie ze sobą takie ryzyko. Oczywiście cieszę się z tego, co udało mi się osiągnąć, ale jednocześnie mam świadomość, że łatwo zostać przypisanym do jednego rodzaju ról.
Sama praca aktorska – także ta komediowa – daje mi jednak ogromną satysfakcję i uczy pokory wobec zawodu, który jest całkowicie nieprzewidywalny.

Jeżeli okaże się, że niczego większego już nie zagram, to i tak będę miał poczucie, że było warto. Warto było zrobić ten serial i przeżyć wszystko, co się dzięki niemu wydarzyło.
W naszym zawodzie bardzo wiele zależy od innych ludzi. To oni muszą zobaczyć w tobie konkretną postać. Możesz tylko czekać i mieć nadzieję, że pojawią się kolejne szanse.
Ja mam w sobie dużo energii i czuję, że jeszcze wiele mogę odkryć. Zresztą LOL pokazał mi, że potrafię zaskoczyć nawet samego siebie. Ale jeśli życie potoczy się inaczej, nie chciałbym kiedyś myśleć, że coś mi się nie udało. Już teraz jestem bardzo wdzięczny za wszystko, co mnie spotkało. Nawet gdyby nic więcej się nie wydarzyło, to i tak było warto.
Martyna Janasik: Powiedziałeś przed chwilą, że pracujesz na to, żeby być pierwszym Michałem Sikorskim w polskiej komedii. To pewnie jeszcze bardziej naraża cię na zaszufladkowanie, które sam nazwałeś ciemną stroną tego zawodu.
Zastanawiam się jednak, czy z drugiej strony nie jest ono czasem także błogosławieństwem. Bo przecież bywa i tak, że właśnie dzięki temu ktoś o tobie pamięta i proponuje kolejną rolę. Może więc nie warto aż tak bardzo bać się tej łatki?
Michał Sikorski: Wydaje mi się, że mam w sobie dużo pokory wobec tego zawodu. Są wybitni aktorzy, którzy przez całe życie grają świetnie, a mimo to nie trafia im się jedna rola, z którą zostaną zapamiętani.
Dlatego w mojej sytuacji wszystko, co się wydarzyło, traktuję jako coś dobrego. Cieszę się z tego, co robię, i jestem otwarty na to, co jeszcze przyniesie życie.
Oczywiście zaszufladkowanie ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony może ograniczać, z drugiej daje pracę. A ja zawsze wybiorę pracę, bo po prostu kocham ten zawód. Kocham mieć przed sobą kolejne wyzwania – najlepiej takie, które są trudne i dają satysfakcję.

Martyna Janasik: Widzę, że podczas naszej rozmowy podjadasz paluszki. (śmiech)
Michał Sikorski: (śmiech) Tak, przepraszam. Leżały przede mną i nie mogłem się powstrzymać.
Martyna Janasik: Spokojnie, przypomniała mi się po prostu nasz ostatni wywiad, podczas którego zaskoczyłam cię, stawiając przed tobą paluszki na dobry początek rozmowy, wiedząc, jak bardzo je lubisz (śmiech).
Wracając do tematu – czyli nie boisz się tego, jak będą cię postrzegali inni?
Michał Sikorski: Nie. Robię swoje. A to, co inni o mnie myślą, jest ich prawem. W końcu pracuję właśnie dla nich.
Martyna Janasik: Czy jest coś, czego udział w LOLu nauczył cię o samym sobie? Nie tylko jako aktorze, ale po prostu jako człowieku.
Michał Sikorski: To bardzo dobre pytanie.
LOL był dla mnie tak intensywnym doświadczeniem i tak wspaniałą przygodą, że przede wszystkim przypomniał mi, jak ważne jest cieszenie się tym, co dzieje się tu i teraz. Wiem, że brzmi to trochę jak banał, ale naprawdę miałem tam kilka momentów, kiedy po prostu siedziałem, patrzyłem na to wszystko i czułem ogromną wdzięczność za to, że mogę tam być.

To właśnie tam uświadomiłem sobie, że istnieją chwile, w których FOMO naprawdę przestaje istnieć. Masz poczucie, że jesteś dokładnie w tym miejscu, w którym najbardziej chciałbyś być.
Dużo rozmawiamy o humorze, ale dla mnie równie ważne było coś innego. Cieszyłem się samą obecnością tych ludzi. Wszyscy byli autentycznie szczęśliwi i miałem wrażenie, że na chwilę staliśmy się dziećmi.
Na początku każdy próbuje jeszcze trzymać fason, kontrolować się i realizować jakiś plan na siebie. Ale po godzinie to wszystko znika. Nie jesteś w stanie jednocześnie grać, kontrolować emocji i jeszcze kreować własnego wizerunku.
To było bardzo dziecięce doświadczenie – w najlepszym możliwym znaczeniu. I chyba właśnie tego nauczyłem się najbardziej: że jako dorosły człowiek nadal można cieszyć się z czegoś tak szczerze jak dziecko.
Martyna Janasik: To jest niezwykle piękne, co powiedziałeś. Aż się wzruszyłam.
Mam poczucie, że to tylko potwierdza, jak terapeutyczny potrafi być śmiech. Po tym, co teraz powiedziałeś, można by wręcz dopisać podtytuł: LOL: Kto się śmieje ostatni to najlepsza terapia dla naszego wewnętrznego dziecka.
Michał Sikorski: Coś w tym jest. Kiedy zadałaś to pytanie, od razu wróciłem myślami do tamtych chwil. Oprócz tego, że było to doświadczenie skrajne i momentami szalone, było po prostu bardzo dobre.
Mam ogromną nadzieję, że oglądając ten program, widzowie poczują choć ułamek tej radości, którą my przeżywaliśmy podczas nagrań.

Martyna Janasik: Czyli właśnie to chciałbyś im zostawić po tym programie?
Michał Sikorski: Tak. Jeżeli można podzielić się z ludźmi choć odrobiną tego szczęścia i tej dziecięcej radości, której tam doświadczyliśmy, to bardzo bym chciał, żeby właśnie to zostało z nimi po obejrzeniu programu.
Martyna Janasik: Spotkaliście się tam w bardzo różnorodnym gronie – aktorzy, komicy, twórcy internetowi, osoby z różnym doświadczeniem i w różnym wieku. Mówiłeś wcześniej, że LOL był dla ciebie świetnym treningiem aktorskim. Czego nauczyłeś się od pozostałych uczestników?
Michał Sikorski: Dla mnie niezwykle ciekawe było obserwowanie wszystkich – i nie mówię tylko o starszych czy bardziej doświadczonych aktorach.
Patrzyłem na to, jak konstruują żarty, jak budują sytuacje, czy stawiają na krótką formę, czy próbują opowiadać historie, jak zmieniają strategie w trakcie programu.
Pod względem warsztatowym było to dla mnie ogromne pole do obserwacji. Bardzo uważnie przyglądałem się temu, jak pracują ich głowy, jak kojarzą fakty i jak łączą ze sobą pozornie niepasujące elementy. To było naprawdę fascynujące.
Martyna Janasik: To teraz odejdźmy na chwilę od LOLa.
Po sukcesach ostatnich lat zmieniło się coś w tym, jak patrzysz na samego siebie?

Michał Sikorski: Tak. Myślę, że mam dziś dużo większą pokorę wobec tego, co przynosi los, i dużo większą wdzięczność.
Coraz mocniej rozumiem, że w tym zawodzie – i w życiu w ogóle – ogromną rolę odgrywa szczęście. Można bardzo ciężko pracować, mieć talent, wkładać w coś całe serce, ale szczęście również jest potrzebne.
To chyba najbardziej zmieniło się we mnie w ostatnich latach. Dużo bardziej doceniam to, co już mam, i staram się z pokorą przyjmować to, co przynosi życie.
Nauczyłem się też nie uzależniać własnej wartości od tego, co wydarzy się w przyszłości. Nie chcę czekać na kolejne sukcesy tylko po to, żeby poczuć się wartościowym człowiekiem.
Cieszę się tym, co już dostałem, bo dostałem naprawdę bardzo dużo. Dlatego nie patrzę na swoją karierę przez pryzmat zaszufladkowania czy niespełnionych oczekiwań. To, co się wydarzyło, przyjmuję z wdzięcznością. A jeśli nic więcej się nie wydarzy, nie zamierzam spędzić reszty życia, żałując tego, czego nie było.
Martyna Janasik: A jeśli kiedyś rzeczywiście przyjdzie moment, w którym aktorstwo na chwilę się zatrzyma – masz plan B?
Michał Sikorski: Myślę, że trzeba zakładać, iż taki moment może kiedyś nadejść. Taki jest ten zawód i nikt nie daje gwarancji, że będzie trwał wiecznie.
Dlatego staram się przygotować na taką możliwość.

Kiedyś mówiłem, że nie mam planu B i istnieje dla mnie tylko aktorstwo. Dzisiaj wiem, że można robić wiele innych rzeczy i nadal być szczęśliwym.
To chyba kolejna zmiana, jaka we mnie zaszła. Mam świadomość, że kiedyś może przyjść moment stop i nie chcę wtedy zostać z poczuciem, że wszystko się skończyło. Chciałbym umieć powiedzieć: Dobrze, spotkało mnie w życiu naprawdę dużo dobrego. Teraz czas odkryć coś nowego i realizować się w inny sposób.
Martyna Janasik: Czy na takie myślenie wpłynęło również ojcostwo?
Michał Sikorski: Trudno mi powiedzieć, bo mój syn ma już sześć lat. Ojcostwo jest dziś tak naturalną i integralną częścią mojego życia, że trudno mi oddzielić je od wszystkiego innego.
Martyna Janasik: I bardzo dobrze. W końcu bycie ojcem jest już po prostu częścią ciebie.
A powiedz, jaką cechę najbardziej cenisz w ludziach, kiedy gasną kamery?
Michał Sikorski: Przypomniała mi się pewna sytuacja i mam nadzieję, że kiedyś będę mógł ją pokazać. Po zakończeniu nagrań LOLa wszyscy byliśmy jeszcze pełni emocji i spotkaliśmy się na małym afterparty. Tańczyłem wtedy z Ewą Kasprzyk przy orkiestrze grającej na żywo, gdzieś na parkingu. Mam nadzieję, że kiedyś będzie można zobaczyć ten filmik.
Chyba właśnie to cenię najbardziej – kiedy ludzie nie zmieniają się w momencie, gdy przestają pracować kamery.
Martyna Janasik: To przepiękna odpowiedź. I muszę przyznać, że obraz tańczących na parkingu ciebie i Ewy Kasprzyk zostanie ze mną na długo.
Wczoraj skończyłam oglądać sezon i kiedy zestawiłam waszą relację w LOLu z tym, co właśnie opowiedziałeś, pomyślałam sobie, jakie to jest piękne.
Skoro Cezary Pazura zapowiedział już kolejny sezon, to mam pytanie: kogo najchętniej zobaczyłbyś w następnej edycji?
Michał Sikorski: Po moich ostatnich doświadczeniach na planie zdecydowanie Kingę Preis. Powiedziałem jej nawet: Ty po prostu powinnaś wziąć udział w tym programie.
Martyna Janasik: Ja też uważam, że byłaby kapitalna.
Michał Sikorski: Absolutnie. Kinga, zaklinam rzeczywistość. (śmiech)
Martyna Janasik: To ja też dorzucę swoje marzenie. Bardzo chciałabym zobaczyć tam Dobromira Dymeckiego.
Michał Sikorski: To była dokładnie moja myśl. Uważam, że Dobromir świetnie odnalazłby się w tym programie.
Martyna Janasik: Zgadzam się w stu procentach. To jedyna osoba, z którą podczas wywiadu tak bardzo popłakałam się ze śmiechu, że musieliśmy na chwilę przerwać nagranie.
Michał Sikorski: (śmiech) Tak, absolutnie.
Michał Sikorski: I uważam jeszcze, że w końcu powinien pojawić się tam Sebastian Stankiewicz.
Martyna Janasik: Niedługo się z nim być może zobaczę, więc mu to przekażę. Zresztą sama od dawna o tym mówię. Wystarczy usłyszeć jego śmiech, żeby samemu zacząć się śmiać.
Michał Sikorski: Dokładnie!
Martyna Janasik: W takim razie wspólnie apelujemy do Prime Video: Kinga Preis, Dobromir Dymecki i Sebastian Stankiewicz – czekamy na was w kolejnej edycji. (śmiech)
Na koniec chciałabym zadać pytanie, którym kończę właściwie każdy swój wywiad. Chyba pierwszy raz wracam z nim do tego samego rozmówcy.
Gdyby powstał film o tobie, kto powinien cię zagrać?
Michał Sikorski: Chyba po tej rozmowie jedyną właściwą odpowiedzią będzie: Cezary Pazura. (śmiech)
Martyna Janasik: A jaki tytuł nosiłby ten film?
Michał Sikorski: To już musiałbym ustalić z Czarkiem. (śmiech)
Martyna Janasik: Myślę, że na pewno miałby coś do powiedzenia.
Michał Sikorski: Jestem przekonany, że miałby.
Martyna Janasik: Michał, bardzo dziękuję ci za rozmowę.
Michał Sikorski: Dziękuję i zapraszam wszystkich do oglądania LOL: Kto się śmieje ostatni.
Martyna Janasik: A gdybyś miał opisać ten sezon trzema słowami?
Michał Sikorski: Kompromitacja. Śmiech. Radość.
Martyna Janasik: Pięknie. Bardzo dziękuję za rozmowę.

