Recenzje

THE HIGHWAYMEN. Kevin Costner na tropie Bonnie i Clyde’a

Kolejny udany western w dorobku Kevina Costnera, z tą małą różnicą, że tym razem przesiadł się z konia do samochodu.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Strażnicy Teksasu

Jaki kraj, takie legendy. Znamienne jest, że historia Stanów Zjednoczonych w dużej mierze napisana została krwią ofiar kryminalistów. Dziś Jesse James czy Billy Kid wspominani są przez popkulturę niczym bohaterowie, a przecież to, czym zasłynęli, dalekie jest od stanowienia wzoru do naśladowania. Nie inaczej jest ze słynną parą Bonnie i Clyde – zakochanych tak w sobie, jak i w chęci rabowania i zabijania przestępców.

W 1967 powstał już jeden film opowiadający o podbojach tej kryminalnej pary. Słynny obraz Arthura Penna z Warrenem Beattym i Faye Dunaway w rolach głównych idealnie wpasował się w buntowniczy charakter doby kontrkultury. Bonnie i Clyde bawią się przemocą, gloryfikując tych, którzy nie boją się jej stosować, nawet za cenę wyjęcia spod prawa. Mocny finał tej historii nie pozostawiał jednak widzowi większych złudzeń. Przez większość czasu usypia się czujność oglądającego czy to humoreską, czy to romansem, by w końcu zakończyć historię bohaterów tak, jak sobie na to zasłużyli.

Bohaterowie mają tylko jeden cel – odnaleźć i zabić Bonnie i Clyde’a

Każdy, kto zna film z 1967, potrafi spostrzec, że postacie stróżów prawa niemal w nim nie istnieją. Cała akcja kręci się wokół tytułowej pary rabusiów, czym dodana została cegiełka do tworzącego się kultu tych przestępców. John Lee Hancock postanowił pójść zgoła inną ścieżką. W jego najnowszym filmie pod tytułem The Highwaymen oglądamy co prawda te same wydarzenia, ale obieramy przy tym zgoła inną perspektywę. Głównymi bohaterami są tutaj dwaj emerytowani policjanci, Frank Hamer i Maney Gault, którzy postanawiają zgasić na moment swoją fajkę i zejść z bujaka ustawionego na ganku, by wrócić raz jeszcze do służby w obronie prawa i porządku. Mają tylko jeden cel – odnaleźć i zabić Bonnie i Clyde’a. Ci bowiem za sprawą licznych morderstw, jakich się dopuścili, przeciągnęli strunę tak mocno, że trzeba było powziąć nadzwyczajne środki.

W jednej ze scen wcielająca się w panią gubernator Kathy Bates mówi z przekąsem, że może dobrym pomysłem byłoby wykopanie z grobu samego Wyatta Earpa, by ten mógł dopaść złoczyńców. W ten sposób chce ona oczywiście zadrwić, że do akcji powoływani są ludzie, którzy pamiętają jeszcze czasy, gdy za przestępcami uganiano się końmi. Ale jest to także, jak mniemam, zamierzone przez scenarzystę mrugnięcie okiem do widza, mającego pamiętać, że jeden z aktorów The Highwaymen wcielał się niegdyś w legendarnego szeryfa. Mowa oczywiście o Kevinie Costnerze, który w nowym filmie Hancocka wcielił się w głównego bohatera. Szczerze powiedziawszy, zdziwiłbym się, gdyby Costner odrzucił tę rolę. Biorąc pod uwagę, że fabuła The Highwaymen mocno przypomina western (ulubiony gatunek aktora), w niemal każdej scenie widać, że aktor czuje się w filmie jak ryba w wodzie.

Mam kilku aktorów, których jakości poszczególnych występów nie potrafię ocenić obiektywnie. Jednym z nich jest właśnie Kevin Costner, którego – co tu dużo mówić – po prostu uwielbiam. Na szczęście w przypadku The Highwaymen nie muszę udawać, że aktorsko zaprezentował się przyzwoicie, bo w istocie tak właśnie jest. Jego Frank Hamer to postać, którą dobrze znamy – typowy Costnerowski kowboj, oszczędny w słowach, bezkompromisowy w działaniu twardziel o smutnym wyrazie twarzy. Cieszy natomiast fakt, że w żaden sposób nie odstaje od niego Woody Harrelson, który gra policjanta nieco bardziej wyluzowanego, lubiącego zajrzeć do kieliszka, ale też niebojącego się stawiać do pionu, gdy jest to potrzebne, swego starszego kolegi. Choć to Costner znajduje się w centrum uwagi, to jednak dzięki takim scenom jak ta przy kartach, w której bohater Harrelsona ze wzruszeniem wspomina dawne akcje, aktor w żaden sposób nie ustępuje swemu starszemu koledze.

Kiedy oglądałem najnowszą produkcję Netfliksa, obudziło się we mnie skojarzenie, jakoby film nie został nakręcony w dzisiejszych czasach. Jest w nim coś oldschoolowego. Ujmuje mnie przede wszystkim sposób prowadzenia narracji, taki nieśpieszny, uzupełniony piękną muzyką, umilającą zazwyczaj te momenty, w których bohaterowie przecinają otwartą drogę, licząc, że już na kolejnym przystanku dane im będzie znaleźć jakiś trop. Nostalgię wzbudzają także profile głównych bohaterów, twardych facetów, znających pojęcie honoru, trzymających się kurczowo litery prawa, a co najważniejsze, zdolnych do wyjścia ze strefy komfortu po to, by raz jeszcze oddać się słusznej sprawie. Mam wrażenie, że takich opowieści, z takimi bohaterami, jest już w kinie coraz mniej.

Podoba mi się zatem metoda, jaką John Lee Hancock obrał do opowiedzenia tej, jak by nie patrzeć, dobrze znanej wszystkim historii. Zmiana punktu widzenia w żaden sposób nie zaburzyła jednak jej szokującego wydźwięku. Zamiast utrwalać wątpliwej jakości legendy, Hancock postanowił w końcu odmitologizować postacie Bonnie i Clyde’a, stawiając naprzeciw nich bohaterów z krwi i kości, których bardziej od medialnego szumu rozgrywającego się wokół pary kryminalistów interesuje fakt, kogo i jak zabili. „Jak ci nie wstyd” – tym stwierdzeniem Gault kwituje umizgi dziennikarza chcącego przeprowadzić wywiad z Hamerem po udanej akcji. Pochód śmierci został zatrzymany, ale żądna sensacji gawiedź i tak będzie tęsknić za swoimi idolami.

Ostatnio dodane