search
REKLAMA
Nowości kinowe

MANIFESTO. Pięćdziesiąt twarzy Cate Blanchett

Mikołaj Lewalski

20 listopada 2017

REKLAMA

Manifesto to w rzeczywistości zbiór trzynastu kilkuminutowych segmentów, które pierwotnie wyświetlane były jednocześnie na trzynastu ekranach umieszczonych w jednej sali. Instalacja artystyczna Juliana Rosefeldta to wymagające doświadczenie, jako że wymaga ono niemożliwej do osiągnięcia podzielności uwagi. W efekcie niezbędne staje się “przeskakiwanie” od segmentu do segmentu, próbując wyłapać słowa oraz znaczenie przedstawianych manifestów. W interesujący sposób ilustruje to mnogość idei dotyczących definicji sztuki, jej roli w dawnym i współczesnym świecie oraz odmiennej percepcji rozwoju człowieka – zarówno jako jednostki, jak i ogółu. Zapewne niejeden odbiorca zapragnął w pewnym momencie krzyknąć “stop” i uciszyć ponad tuzin głosów narzucających mu swoją wizję rzeczywistości. Jednakże to, co odniosło sukces w galeriach sztuki, zupełnie nie wypaliło w kinie. 

Podstawowym problemem jest oczywista konieczność narzucenia kolejności filmowym segmentom. Jeden z najbardziej istotnych elementów instalacji artystycznej – rozdarcie między wieloma obrazami i dźwiękami – tutaj po prostu nie istnieje. Trzynaście elementów filmu następuje praktycznie jeden po drugim, z kilkoma drobnymi wariacjami. To sprawia, że na każdym z nich skupiamy sto procent swojej uwagi i zdecydowanie nie wychodzi im to na dobre. Manifesto przyciągnęło moją uwagę nie swoją tematyką czy genezą, a ekranową dominacją Cate Blanchett, która jest główną bohaterką każdego segmentu. Ponad tuzin charakterystycznych i odmiennych od siebie ról w jednym dziele – czyż to nie brzmi jak obietnica fascynującego spektaklu wielkiego aktorstwa? Trudno jest więc nie czuć się zbitym z tropu, kiedy pierwsza postać sportretowana przez Cate Blanchett to groteskowy bezdomny mężczyzna. Kompletnie nieprzekonująca charakteryzacja i koszmarna karykaturalność tej roli momentalnie każą się zastanawiać, czy reżyser sobie z nas nie żartuje.

O wyjątkowości talentu Blanchett nikogo przekonywać raczej nie trzeba. Jednakże tym razem, przez zdecydowaną większość czasu towarzyszyła mi myśl “O, ona tutaj gra”. Stopień przerysowania gestów, mimiki i manieryzmów chwilami bywał wręcz nie do zniesienia, niezależnie od sympatii do aktorki. Przeszarżowanie tych niezwykle charakterystycznych postaci było uzasadnione, kiedy każda z nich agresywnie walczyła o uwagę odbiorcy rozdartego między trzynastoma ekranami. Tutaj jedyny osiągnięty efekt to śmieszność i wzbudzenie irytacji widza, któremu zaserwowano prostą satyrę w nietypowej formie.

Przedmiotem tej satyry są zaś wszystkie przywołane próby zdefiniowania rzeczywistości, zrozumienia istoty sztuki i określenia jej praw. Czegóż tu nie ma! Dadaizm, surrealizm, konstruktywizm, sytuacjonizm i więcej – każdy nurt myślowy zostaje tu sprowadzony do wyrwanego z kontekstu fragmentu manifestu, który teatralnie prezentuje nam Cate Blanchett w kuriozalnym wydaniu. Rosefeldt sili się na ironiczne zestawienia owocujące miejscami łopatologią (dzieci powtarzające za nauczycielką słowa o zaniku oryginalności, a następnie uczące się założeń Dogmy 95 Larsa von Triera) i zdaje się, że próbuje zakpić z domniemanej arogancji autorów tych manifestów (a przynajmniej ich wyznawców). Problem w tym, że poprzestaje on na ukazaniu ich idei jako pozbawionego większego sensu bełkotu, który towarzyszy ludziom (a raczej ich karykaturom) w życiu codziennym. Brak w tym jakiejkolwiek polemiki czy dyskusji, pozostaje wyłącznie niepoparta żadnym argumentem kpina. Po pewnym czasie można także odnieść wrażenie, że poziom zróżnicowania postaci i miejsc, w których się pojawiają, jest przede wszystkim pretekstem do pokazania misternej scenografii i niezwykle efektownych zdjęć. Strona techniczna Manifesto imponuje, zachwyca i – podobnie jak cała reszta – z pewnością wywołuje jeszcze większe wrażenie w swojej pierwotnej formie. Nie jest ona jednak w stanie zatrzeć niesmaku wywołanego pretensjonalnym tonem całości, która jak na próbę obnażenia intelektualnej megalomanii sama wypada pusto i arogancko.

korekta: Kornelia Farynowska

Avatar

Mikołaj Lewalski

REKLAMA