Recenzje

BEREK. Uganiając się za przyjaźnią

Przewrotnie żongluje filmowymi konwencjami, a pod grubą warstwą slapsticku i absurdu przemyca uniwersalne prawdy dotyczące przyjaźni

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Gdzieś w Ameryce żyje grupka zaprzyjaźnionych panów w średnim wieku. Mężczyźni znają się od dzieciństwa i choć każdy z nich ma już swoje życie, pracę i rodzinę – czasem w zupełnie innym stanie – to w żaden sposób nie zaszkodziło to ich przyjaźni. To niestety dość rzadkie zjawisko i zarazem coś, do czego warto aspirować. Opisywani panowie chyba zdawali sobie z tego sprawę i znaleźli sobie niecodzienne hobby, które utrzymuje ich grupę w całości. Raz w roku poświęcają oni cały miesiąc na zabawę w berka. Oznacza to, że przez ponad cztery tygodnie polują na siebie nawzajem, nierzadko uciekając się do kompletnie absurdalnych podstępów i sztuczek. Ich szczere zaangażowanie w pozornie błahą i dziecinną grę wzbudziło zainteresowanie „The Wall Street Journal”, którego artykuł rozsławił historię tej wesołej grupki na tyle, że dziś możemy obejrzeć przezabawną komedię inspirowaną całą sprawą.

Bohaterów Berka da się polubić już od pierwszych minut filmu, w których to Hogan (Ed Helms) zatrudnia się jako woźny w firmie swojego przyjaciela tylko po to, by dorwać go podczas wywiadu z dziennikarką. Wydawałoby się, że dbający o swój wizerunek człowiek sukcesu, jakim jest Bob (Jon Hamm), nie będzie uczestniczyć w grze w środku takiego spotkania, ale szybko się okazuje, że w sezonie nie ma nic ważniejszego niż berek. Bob próbuje rozbić przeszkloną ściankę krzesłem, ale ponosi klęskę, co przenosi nas do kolejnego polowania i następnej postaci. Randy (Jake Johnson) to stereotypowy życiowy przegryw, który nie wstaje z łóżka przed blantem, ale kiedy w grę wchodzi berek, zmienia się w atletę. Po wyczerpującej i obfitej w slapstickowe absurdy gonitwie grupka mężczyzn powiększa się o znerwicowanego Kevina (Hannibal Buress), a na horyzoncie pojawia się ambitny cel – złapanie jedynego kompana, który nigdy nie dał się nikomu złapać. Jerry (Jeremy Renner) jest niekwestionowanym mistrzem berka i najpewniej także superbohaterem (przynajmniej wiemy, czym zajmował się Hawkeye podczas nowych Avengers). Jakiekolwiek próby zorganizowania zasadzki czy zaskoczenia go w najmniej spodziewanym momencie zawsze kończyły się fiaskiem, ale tym razem istnieje realna szansa na sukces. Jerry żeni się tuż przed końcem miesiąca, a jako że tego typu sprawy są dość zajmujące dla każdego, według naszych bohaterów to będzie właśnie najlepsza szansa na złapanie kompana.

Nie da się ukryć, że to kompletnie niepoważny punkt wyjściowy fabuły, ale taka jest też specyfika tytułowej gry, a film bezbłędnie wykorzystuje potencjał komediowy dorosłej wersji tej zabawy. Pomysłowość i determinacja bohaterów zdają się nie mieć granic, a kolejne pościgi i walki są zaskakujące i przezabawne.

Twórcy świadomie i z przymrużeniem oka wykorzystują w tych sekwencjach motywy, które znamy z innych filmów.

Nocne skradanie się po domu Jerry’ego przywodzi na myśl jakiegoś slashera, a leśna gonitwa szybko traci swoją początkową niewinność (zmienia się nawet oświetlenie) i zaczyna przypominać sceny z Predatora (buduje przy tym napięcie lepiej niż Shane Black w najnowszym sequelu). Jakby tego było mało, każdy kto oglądał Sherlocka Holmesa w wykonaniu Guya Ritchiego, momentalnie rozpozna w starciach z Jerrym parodię scen walk z tamtych filmów. Pobrzmiewają tu także echa serii filmów o Bournie, co jak najbardziej ma sens, biorąc pod uwagę to, że Jeremy Renner miał okazję wystąpić w jednym z nich.

Choć to wspomniana zabawa konwencją niesie największy ładunek humorystyczny, całkiem nieźle wypadają także gagi wynikające z utarczek między bohaterami (np. rywalizacja o dziewczynę) oraz staroszkolny slapstick, z którego ilością na szczęście nie przesadzono. Zachwycony powinien być każdy fan Hamma i Rennera, ponieważ obaj panowie fantastycznie bawią się tu swoimi dotychczasowymi rolami. Reszta ekipy nie jest tak zaskakująca, ale i bez tego zgrabnie tworzy barwną mieszankę osobowości. Prawdopodobnie można było jednak wyciąć kilka scen z udziałem postaci pobocznych albo lepiej je napisać – Rashida Jones i Isla Fisher to dobre aktorki, które powinny mieć nieco więcej do roboty, niż dano im w tym filmie. Ta ostatnia ma zresztą bardzo barwną rolę, która wzbudzała moje mieszane uczucia i powiedziałbym, że na jeden udany gag z jej udziałem przypadał jeden niewypał. Podobny brak zgrabności twórców w kilku momentach skutkuje też dziwną zmianą tonacji całości, która nabiera trochę więcej ciężaru, niż powinna.

To ostatnie miejscami uderza jednak we właściwe struny, szczególnie w rozczulającym finale. Przesłanie filmu jest bowiem uniwersalne i ujmujące, choć pewnie można było zostawić je bardziej niedopowiedzianym. Wieloletnia przyjaźń to coś, o co warto walczyć, starać się i zabiegać. Trudno o bardziej wartościowe i autentyczne relacje międzyludzkie, a w chaosie życiowych zmian dobrze jest mieć coś pewnego i stabilnego. I jasne, nie można oczekiwać, że z biegiem lat i wydarzeń wciąż będzie nas łączyć z naszymi przyjaciółmi tak wiele, jak w przeszłości, dlatego właśnie warto znaleźć coś, co utrzyma grupę w całości – choćby dziecinną grę w berka.

Ostatnio dodane