Connect with us

Felietony - Cykle

STRACEŃCY. 40 lat od premiery

STRACEŃCY. 40 lat od premiery to film Waltera Hilla, który wnikliwie ukazuje legendarny gang Jamesów i Youngerów, łącząc historię z klasycznym westernem.

Published

on

STRACEŃCY. 40 lat od premiery

Choć Walter Hill urodził się zbyt późno, by zabłysnąć jako przedstawiciel najznamienitszych generacji klasycznego westernu, obok takich nazwisk jak John Ford, Howard Hawks czy John Sturges, to jego serce bez wątpienia pompowało tę samą miłość do gatunku, która cechowała największych klasyków. Rozpoczynający w latach 70. reżyser ma na swoim koncie co najmniej kilka filmów, które można uznać za kontynuatorów (lub, jak kto woli, pogrobowców) złotej ery westernu, w pełnej świetności budującego mitologię Dzikiego Zachodu wokół odwiecznego konfliktu dobra ze złem pośród nieprzyjaznych, okrutnych realiów.

Advertisement

Jednym z najważniejszych – o ile nie najważniejszym – przedstawicieli tego nurtu w filmografii Hilla są Straceńcy z 1980 roku, w których późniejszy reżyser Ostatniego sprawiedliwego przygląda się jednej z najbardziej legendarnych grup przestępczych amerykańskiego Zachodu – gangowi Jamesów i Youngerów.

Tytułowi Straceńcy (w wersji oryginalnej nieco bardziej melancholijni Long Riders) to oczywiście rewolwerowcy-rabusie, sławni jak długa i szeroka linia kolejowa. Choć historia i popkultura najlepiej zapamiętała jednego z jej hersztów, Jesse’ego Jamesa, Hill od początku stara się budować bardziej kolektywny portret bandy niż portrety poszczególnych jej członków. Wszystkich poznajemy podczas jednego z licznych napadów, w czasie którego jednemu z napastników – Edowi Millerowi – puszczają nerwy, co po wszystkim prowadzi do spięcia wewnątrz grupy.

Advertisement

W tak zwartym prologu Hill szkicuje szorstkie relacje łączące Jamesów, Youngerów i ich wspólników, od razu dystansując się wobec romantycznej otoczki legend Dzikiego Zachodu. Bohaterowie są gwałtowni, brutalnie pragmatyczni, a przynależność do znanej bandy potrafi znaczyć więcej niż więzy krwi czy przyjaźni. W istocie tym, o czym opowiada cały film, jest niemal tragiczny los wyjętych spod prawa, żyjących w nieustannej groźbie upadku mężczyzn. Kwestią czasu jest, gdy dosięgnie ich jedna z kul, nieszczędzących przy okazji postronnych pechowców.

Kolejne epizody tej zbiorowej historii układają się w dość pesymistyczny obraz Dzikiego Zachodu. A jednak Hill ze sprawnością westernowego pasjonata wydobywa z losów straceńczej bandy ten nieuchwytny, romantyczny urok niepokornych, ale kierujących się określonymi zasadami wyrzutków społecznych, z jakim western w znacznej mierze się kojarzy. Straceńcy, choć nie mitologizują więc Jamesów, Youngerów ani Dzikiego Zachodu, pokazują ich świat jako swoisty raj utracony wszelkiej maści awanturników, twardzieli i cwaniaków. Tragizm miesza się tu więc z sentymentem, a film Hilla w odniesieniu do niewątpliwej popkulturowej legendy bandy pod egidą James–Younger staje się rodzajem gorzkiej romantyzacji.

Advertisement

Taka charakterystyka Straceńców przekłada się na gęstą atmosferę, momentami przywodzącą na myśl nihilistyczne tony westernów Sama Peckinpaha, zręcznym łączeniem pesymizmu z przygodową atrakcją zwiastując z kolei w wielu aspektach Młode strzelby.

Jedną z najciekawszych cech wyróżniających Straceńców jest z pewnością oryginalnie skomponowana obsada, w rolach braci obsadzająca rzeczywiste rodzeństwo. I tak Youngerów grają tu bracia Carradine (z najsłynniejszym, Billem Davidem na czele), Jamesów James i Stacy Keach (podpisani również pod scenariuszem – to z ich koncepcji wspólnego wcielenia się w Jesse’ego i Franka zrodził się zresztą filmowy projekt), Millerów Randy i Denis Quaidowie, a niesławnych braci Ford – Christopher i Nicholas Guestowie. Ta sztuczka-ciekawostka nadaje Straceńcom ciekawej naturalności, zacierając do pewnego stopnia nawias wcielania się aktorów w role. Niby nic, a jednak cieszy.

Advertisement

Co poniekąd naturalne przy wspomnianej wyżej obsadzie, scenariusz Straceńców bazuje w dużej mierze na dynamice relacji między poszczególnymi postaciami oraz napięciach pojawiającymi się wewnątrz tytułowej grupy. Jak przystało na rasową opowieść o legendach Dzikiego Zachodu, znajduje się tu miejsce na całą gamę wątków, zręcznie złączonych w niewiele ponad półtoragodzinnej formule. Bodaj najciekawszym doświadczeniem podczas seansów jest śledzenie kolejnych zwrotów interpersonalnych relacji, poddawanych nieustannej presji z zewnątrz. Można powiedzieć, że strzelaniny i napady to tylko dekoracja głównego dania, jakie oferują nam Hill i spółka – stawki są tu dużo większe niż zawartość kas i daje się to odczuć nawet w bardziej awanturniczych sekwencjach, tak jak w świetnej, zapadającej w pamięć scence, w której słyszymy dialog: „Czy to banda Jamesów? – Jamesów i Youngerów!”.

Nawet jeśli Straceńcy nie zasługują na miano najlepszego filmu o Jessem Jamesie i jego świcie (tutaj za skończone arcydzieło uznaję Zabójstwo Jesse Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda), brakuje mu też brutalnego impetu filmów Peckinpaha czy Eastwooda, to nad wyraz solidna pozycja w katalogu hołdujących tradycyjnym kanonom westernów. Zapadający w pamięć ze względu na obsadę (zarówno jej dobór, jak i wykonaną przed kamerą robotę aktorską) oraz koniec końców udane balansowanie na granicy mitologizacji Dzikiego Zachodu i brutalnego/tragicznego realizmu film stanowi jeden z najmocniejszych punktów filmografii Waltera Hilla, szczególnie na polu westernu. Przy tym to film stosunkowo słabo nadgryziony przez czas, dzięki czemu tym lepiej wraca się do niego po latach.

Advertisement

Antropolog, krytyk, praktyk kultury filmowej. Entuzjasta kina społecznego, czarnego humoru i horrorów. W wolnych chwilach namawia znajomych do oglądania siedmiogodzinnych filmów o węgierskiej wsi.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *