Autor: REDAKCJA
opublikowano

XAVIER DOLAN. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

Xavier Dolan jest dziś artystą światowego formatu – premiery jego filmów odbywają się podczas największych międzynarodowych festiwali filmowych. Karierę reżyserską rozpoczął w 2009 roku, realizując swój fabularny debiut (Zabiłem moją matkę) w wieku niespełna dwudziestu lat. Od tamtej pory nakręcił osiem filmów pełnometrażowych oraz dwa teledyski (dla Adele i Indiochine). Na ekrany polskich kin już w tym miesiącu trafi jego najnowsze dzieło – Matthias i Maxime. Warto z tej okazji nieco bliżej przyjrzeć się dotychczasowemu dorobkowi twórcy Wyśnionych miłości.

Filmy oceniają:

Jan Brzozowski: Uznaje Xaviera Dolana za jednego z najbardziej utalentowanych współczesnych reżyserów, a Mamę, którą widział do tej pory trzy razy, za jeden z najpiękniejszych filmów XXI wieku. Pierwszy raz „zderzył się” z kinem młodego Kanadyjczyka, oglądając w 2016 roku To tylko koniec świata. Paradoksalnie więc film z „końcem” w tytule okazał się początkiem wspaniałej przygody.

Przemysław Mudlaff: Gdyby poznał Xaviera Dolana osobiście, po kilkunastu minutach pewnie zdzieliłby go w twarz za przesadną egzaltację, zbyt dużą pewność siebie i ciągłe wywracanie oczami. Na szczęście ani jemu, ani Dolanowi najpewniej takie spotkanie nie grozi. Pozostaje mu więc obcowanie z kanadyjskim reżyserem za sprawą kina. W tej sferze miejsce rękoczynów zajmuje zazwyczaj podziw, uznanie, ale też burzliwa przyjaźń, która trwa już ponad dekadę.

***

Zabiłem moją matkę

J’ai tué ma mère (2009)

Przemysław Mudlaff: „Fenomen!”, „Wunderkind!”, „Mozart kina!” – krzyczeli o Dolanie po seansie Zabiłem moją matkę oczarowani widzowie, bijąc przy tym na stojąco brawo przez kilka minut. Trzy Złote Palmy na Festiwalu Filmowym w Cannes w 2009 roku zdawały się potwierdzać entuzjastyczne opinie dotyczące debiutu reżyserskiego Xaviera Dolana. Czy cały szum wokół filmu młodego Kanadyjczyka nie był jednak z perspektywy czasu przesadą? I tak, i nie. Nie sposób w kontekście Zabiłem moją matkę odmówić bowiem Dolanowi talentu do pisania dialogów, odwagi do mówienia przecież o sobie i relacji ze swoją rodzicielką, mądrości przejawiającej się w niepopadanie w daleko idące dygresje (np. homoseksualny związek Huberta i Antonina), które mogłyby przeszkodzić głównemu tematowi obrazu. Wszystko to składa się na niemożliwą do uchwycenia dla wszystkich starszych od wówczas niespełna 20-letniego Dolana reżyserów, do bólu prawdziwą, szczerą i posiadającą burzliwą moc cyklonu wzajemną miłość matki i zbuntowanego syna u progu dorosłości. Gdzie zatem doszukuję się przesady w kontekście wręcz ekstatycznego odbioru debiutu Kanadyjczyka? Xavier Dolan w Zabiłem moją matkę zdecydowanie wie, co chce powiedzieć, jednak jego zuchwałość spowodowała, że za pomocą kilku scen próbował także równać się ze swoimi mistrzami – Godardem, Almodóvarem, Wong Kar-Waiem i Truffautem. Nie zauważyłem bowiem, aby większość estetycznych wygibasów widocznych w debiutanckim obrazie Dolana stanowiły projekcję zainteresowań lub emocji jego głównych bohaterów. Są więc raczej popisem lub przechwałką, które na szczęście wraz z kolejnymi filmami reżysera przemienią się w coś znaczącego.

Jan Brzozowski: Pracę nad Zabiłem moją matkę Dolan rozpoczął w wieku zaledwie siedemnastu lat. Za kanwę scenariusza posłużył Xavierowi schemat znany z nieśmiertelnych 400 batów Truffauta – niesamowicie skomplikowana relacja matki i syna doprowadza do tego, że chłopiec wmawia nauczycielowi w szkole śmierć rodzicielki. Zabija ją werbalnie. Oczywiście w żadnym wypadku nie ma tutaj mowy o plagiacie. Przyszły twórca Mamy, w myśl pamiętnych słów przypisywanych Jeanowi-Lucowi Godardowi: „Nieważne skąd czerpiesz pomysły, ważne dokąd cię one zaprowadzą”, zapożyczył jedynie schemat z nowofalowego arcydzieła, wplatając do swojego filmu całe mnóstwo własnych motywów (chociażby homoseksualizm protagonisty) oraz autorskich rozwiązań formalnych (slow motion oraz teledyskowe „wstawki”). Efekt? Nad wyraz dojrzały debiut, słusznie zauważony i doceniony na prestiżowym festiwalu w Cannes.

Wyśnione miłości

Les amours imaginaires (2010)

Jan Brzozowski: Jeżeli Zabiłem moją matkę potraktować jako dalekie echo 400 batów, to Wyśnione miłości należy nazwać prawnukiem Julesa i Jima oraz Amatorskiego gangu. Fabuła drugiego pełnometrażowego obrazu Dolana skoncentrowana jest wokół wybitnie specyficznego trójkąta miłosnego, w którego skład wchodzą homoseksualny Francis (w tej roli sam reżyser), heteroseksualna Marie (stylizowana na świętej pamięci Annę Karinę Monia Chokri) oraz biseksualny Nicolas (Niels Schneider). Podekscytowany sukcesem debiutu, w Wyśnionych miłościach Kanadyjczyk pozwolił sobie na znacznie więcej eksperymentów formalnych, przywodzących na myśl ekstrawaganckie filmy Jeana-Luca Godarda. Jeszcze więcej slow motion i teledyskowego montażu, jeszcze więcej stylizacji kadrów oraz dialogów. To właśnie tutaj Dolan objawił się w pełni jako, żeby jeszcze raz przywołać francuską Nową Falę, autor-reżyser, który „pisze kamerą tak, jak pisarz pisze piórem”. Zdania były podzielone – jedni Wyśnione miłości pokochali, inni zarzucali twórcy Zabiłem moją matkę formalizm i pretensjonalność. Mało kto potrafił jednak przejść obok drugiego filmu Dolana obojętnie.

Przemysław Mudlaff: To, co wielu reżyserskim świeżakom zajęłoby kilka lub kilkanaście lat, Xavier Dolan zdaje się opanowywać w mig. Wystarczył mu bowiem tylko jeden rok, aby przemienić wady sensacyjnego debiutu w zalety drugiego obrazu. Wyśnione miłości wciąż pozostawiają widza w świecie młodych, egzaltowanych i narcystycznych ludzi, a głównym tematem Kanadyjczyka pozostaje miłość. No, przynajmniej tak się nam wszystkim z początku wydaje, bo koniec końców wcale nie o miłość tu chodzi, lecz o zakochanie. Stan zakochania gwarantuje rollercoaster emocji, jego narkotyczne właściwości prowadzą do niezdrowego fetyszyzowania tej drugiej osoby, jest ponadto źródłem naszych upokorzeń. Któż więc mógłby opowiedzieć o tym potwornym doświadczeniu lepiej aniżeli przeżywający je przed chwilą i obdarzony niezwykłą wrażliwością 21-latek Dolan? Wyśnione miłości to urzekające, bystre, utrzymane w duchu francuskiej nowej fali kino, w którym można się łatwo (nomen omen) zakochać, bo choć przypomina o uczuciu, które skarciło praktycznie nas wszystkich, to wiąże się przecież z na zawsze utraconą młodością. Opowiadając o biseksualnym trójkącie Francisa, Marie i Nicolasa, kanadyjski twórca wspaniale korzysta ze swojej młodzieńczej witalności, zarówno jako reżyser, jak i aktor oraz scenarzysta. Odczuwalna w debiucie młodzieńcza brawura przekształca się w Wyśnionych miłościach w świadomie wykorzystywane nawiązania (Jules i Jim Truffauta). Trochę za dużo tu umiłowanego przez Dolana zwolnionego tempa i ryzykownego balansu na granicy kiczu, ale nie zmienia to faktu, że drugi film Kanadyjczyka satysfakcjonująco i prawdziwie uderza (Bang Bang) w emocje.

Na zawsze Laurence

Laurence Anyways (2012)

Przemysław Mudlaff: Po wątkach homoseksualnych i biseksualnych występujących w dwóch pierwszych filmach Xaviera Dolana w obrazie Na zawsze Laurence kanadyjski twórca skupił się na problemach osób transseksualnych. Nie oznacza to bynajmniej, że w swoim trzecim pełnometrażowym dziele omawiany reżyser zajął się wyłącznie kwestią ostracyzmu społecznego, z jakim się spotykają. Chociaż Dolan akcentuje atmosferę wrogości otaczającą ludzi należących do mniejszości seksualnych, jego kino nigdy nie miało wyraźnych ambicji do walki z homofobią. Największą zaletą kina Kanadyjczyka jest przecież możliwość kolorowej ucieczki od podziałów i niesprawiedliwości świata, a także skłanianie do refleksji nad pojęciem konwenansu, normalności. Dotyczy to zresztą nie tylko mniejszości seksualnych, ale również osób żyjących niejako w klatce nieszczęśliwego małżeństwa (u Dolana głównie kobiety). Historia Laurence’a uwięzionego przez 30 lat w ciele mężczyzny jest więc przede wszystkim filmem – a jakże – o miłości. W Na zawsze Laurence reżyser zastanawia się nad wpływem transpłciowości na związek kobiety i mężczyzny. Czy kochamy drugiego człowieka ze względu na to, że jest kobietą lub mężczyzną, czy może za osobowość? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna i zajmuje Dolanowi prawie trzy godziny. Na zawsze Laurence nie musiał powstawać już bowiem w warunkach notorycznego braku funduszy i walki z czasem. Chociaż według wielu krytyków metraż Na zawsze… jest niepotrzebnie przeciągnięty, to gdyby reżyser skrócił jego czas, nie zdołalibyśmy raczej uwierzyć w liczący prawie dekadę taniec przyciągania i odpychania pary wiecznych kochanków. W każdym razie Dolan pozwolił sobie na popowy fresk kinematograficzny, który płynnie zmienia głównych bohaterów. Raz jest nim/nią Laurence (Melvil Poupaud), a następnie Fred (Suzanne Clément). Przy okazji trzeciego filmu Kanadyjczyka potwierdziło się w pełni, jak teledyskowym jest autorem. Wszystkie utwory pop, które wykorzystuje w historii Laurence’a, doskonale rymują się z obrazem. Ba! Sceny tutaj czasami podporządkowane są muzyce. Na uwagę zasługuje również wyjątkowa gra aktorów (przede wszystkim Suzanne Clément), których pewną ręką prowadzi Dolan. Na zawsze Laurence stanowi dla mnie w filmografii Kanadyjczyka rodzaj matury, którą oceniam na piątkę (ósemkę).

Jan Brzozowski: Scenariusz Na zawsze Laurence był gotowy jeszcze przed rozpoczęciem pracy nad Wyśnionymi miłościami (napisanymi ponoć w dwa tygodnie). Film o transseksualnym nauczycielu miał być drugim dziełem w dorobku Dolana, ale dobrze, że tak się nie stało. Scenariusz odleżał swoje (można było nań nanieść konieczne poprawki), a reżyser zaprawił się w boju i dojrzał do tego, aby podjąć tak delikatny temat jak zmiana płci. Po raz pierwszy Dolan nie obsadził samego siebie w jednej z głównych ról (aczkolwiek nie odmówił sobie, wzorem Alfreda Hitchcocka, kilkusekundowego cameo), pokładając wiarę w odpowiednio wyselekcjonowanej obsadzie (wielkie role Melvila Poupada i Suzanne Clément), co przyniosło znakomite rezultaty artystyczne. Obok Mamy to zdecydowanie najlepszy film, jaki wyszedł spod ręki autora Wyśnionych miłości.

Tom

Tom à la Ferme (2013)

Jan Brzozowski: Czwarty film okazał się dla Dolana kolejną przygodą-eksperymentem. Tym razem Xavier pokusił się o adaptację sztuki teatralnej autorstwa Michela Marca Boucharda, w głównej roli obsadzając już po raz trzeci samego siebie. Wcielił się w tytułowego Toma – homoseksualistę, który po śmierci ukochanego odwiedza jego rodzinne strony. Tam poznaje wulgarnego, apodyktycznego brata nieboszczyka. Pomiędzy bohaterami rodzi się bardzo specyficzna relacja, podszyta z jednej strony erotyzmem, a z drugiej przemocą. Tom z całą pewnością nie jest dziełem w stu procentach spełnionym. Stanowi coś na kształt ćwiczenia warsztatowego – Dolan wkracza tutaj na zupełnie nowe dla siebie terytorium. Ostrożnie bada grząski, niebezpieczny grunt – próbuje zbudować suspens i powiązać konwencję thrillera z dramatem psychologicznym. Całkiem udanie, ale wyżyny swoich artystycznych możliwości Kanadyjczyk osiągnął dopiero w kolejnym filmie.

Przemysław Mudlaff: W 2013 roku Dolan zmienia strategię działania. Zamiast wymyślać kolejne miłosne historie odrzuconych przez społeczeństwo osób, sięga po sztukę Michela Marca Boucharda dotyczącą – ogólnie rzecz ujmując – związków sadomasochistycznych i adaptuje ją na swój język filmowy. Staje się jednak przy tym zdecydowanie bardziej świadomym filmowcem. Zwraca bowiem uwagę na technikę pracy. W rezultacie wygląda na to, że Kanadyjczyk przestał myśleć wyłącznie o tym, co mu się na daną chwilę podoba, i skupił się na jak najlepszym odbiorze dzieła przez widownię. Toma można więc uznać za punkt zwrotny w karierze Dolana. Jego kino od tego momentu uwalnia się od nadmiaru efektownych, choć często szczeniackich technicznych wygibasów na rzecz gry światłem, kadrowaniem i innych znacznie ambitniejszych środków wyrazu. Pisze się, że Tom to pierwszy gatunkowy film kanadyjskiego twórcy. Oczywiście jest to prawda, ale warto pamiętać, że wszystko, co robi Dolan, przefiltrowane jest przez jego niezwykłą wrażliwość i światopogląd. Tom jest zatem mrocznym, zagadkowym dreszczowcem w duchu Hitchcocka z echem kina Chabrola oraz Ozona, ale przede wszystkim widać w nim charakterystyczny Dolanowski styl. Chociaż zdążyłem przyzwyczaić się do melodramatycznych dzieł Dolana, Tom okazał się dla mnie dowodem na wszechstronność Kanadyjczyka, co jeszcze bardziej mnie do niego zbliżyło.

Ostatnio dodane