Recenzje

10. FKA: ANIELSKA TWARZ. Marion Cotillard i smutne oblicze dziecka

Portret dziecka zmagającego się z niedojrzałością matki unika tanich chwytów, oferując subtelny wgląd w przeżycia obydwu bohaterek.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Zbyt często bywa tak, że największymi ofiarami ludzkiej głupoty stają się osoby najmniej winne – dzieci. Zbyt często także, dyskutując o takich sprawach jak seksualność, przyrost naturalny czy antykoncepcja, zapominamy o odpowiedzialności, jaką decyzje w tych kwestiach mogą za sobą nieść w odniesieniu właśnie do tych, niemających głosu w debacie osób. Choć temat wydaje się pozornie idealny dla kina – bazującego przecież na emocjach i wyrazistych portretach, jest to pole dość podchwytliwe, zwłaszcza dla początkujących filmowców. Łatwo bowiem, opowiadając dramatyczną historię zmagań dziecka, popełnić grzech nadużycia, wymuszenia emocji czy sztampowego uproszczenia. Grzechów tych wystrzega się Vanessa Filho w swoim debiucie, Anielskiej twarzy.

Tytułowym „aniołkiem” w filmie Filho jest ośmioletnia Elli, nazywana w ten sposób przez wychowującą ją samotnie Marlène. Anielską twarz otwiera szczere, ale zawierające w sobie posmak ambiwalencji wyznanie miłosne dziecka do matki wracającej późną nocą do domu. Bardzo szybko staje się jasne, że sytuacja dziewczynki daleka jest od anielskiej błogości. Elli dźwiga bowiem brzemię nieodpowiedzialności jedynej bliskiej osoby, jaką posiada, na której opiekę jest skazana i, co więcej, do której jest z dziecięcą ufnością przywiązana. Choć nie zostaje to powiedziane wprost, dziewczynka jest najprawdopodobniej typową „wpadką” niefrasobliwej i niespecjalnie błyskotliwej Marlène, nadużywającej alkoholu imprezowiczki, już na początku filmu z pijackim wdziękiem psującej kolejny dający szansę na stabilizację i zabezpieczenie losu córki związek. Film debiutującej francuskiej reżyserki rozwija ten właśnie punkt wyjścia, rysując sugestywnie portret osamotnionego przez rodzica dziecka, a także trajektorię jego stopniowego dystansowania do przyrodzonych uczuć do matki.

Choć Elli autentycznie kocha Marlène, coraz wyraźniej dociera do niej, że zachowanie matki wpływa niszczycielsko na jej życie. Jest to konstatacja zdecydowanie zbyt trudna dla kilkuletniego dziecka, które w jej następstwie zamyka się w sobie, podejmując rozpaczliwie nieporadne próby poradzenia sobie z przedwczesnym przecięciem pępowiny. Nic jej po tym, że Marlène toczy nierówną walkę z samą sobą i być może chciałaby być lepszą matką – niestety, nie jest w stanie zapanować nad własną chucią i zamiłowaniem do płytkich ekscesów. W tak utworzonym polu psychologicznym Anielska twarz staje się wysublimowanym, rozpisanym na dwie tragiczne role dramatem o nieradzeniu sobie z rodzicielstwem z jednej, a zmaganiem z niezawinioną przez siebie ułomnością życiową z drugiej strony.

Wcielająca się w matkę Marion Cotillard, jak zwykle bezbłędna w tego typu rolach, ma tu godną partnerkę w postaci małej Ayline Aksoy-Etaix, znakomicie grającej przeżywającą po cichu swój dramat Elli. A właściwie na odwrót – to świetna Aksoy-Etaix ma mocne wsparcie w osobie Cotillard, bowiem to Elli wysuwa się na pierwszy plan filmu i to dla niej wsparciem jest słynna aktorka. Jak by na to nie spojrzeć, duet ten jest znakomicie obsadzony i poprowadzony przez Vanessę Filho, a wyrafinowane kreacje dopełniają nienachalnego i angażującego scenariusza. Pomimo dramatycznego wydźwięku nie jest on sztampowym „wyciskaczem łez”. Reżyserka przekazuje emocje niejako na marginesie zarysowanej dyskretnie intrygi, nie pozwalając, by uczucia przytłoczyły historię. Autorka skupia się na postaci Elli i jej doznaniach, nie traci jednak z horyzontu rozterek i bólu jej matki, tworząc zniuansowany portret podwójny.

Choć Francuzka porusza w Anielskiej twarzy tematy dla kina nienowe, szeroko już rozpoznane, to czyni to z na tyle dużym wyczuciem, że unika wtórności czy powielania wcześniejszych głosów. Historia budowana jest za pomocą subtelnie zmysłowych kadrów, wytwarzających poczucie intymnego przebywania z bohaterkami filmu, a wykorzystywane umiejętnie zbliżenia pomagają uchwycić trudne do zdefiniowania niuanse ich relacji. Oddechu dodaje też narracji przełamywanie konwencji surowego społecznego dramatu momentami impresji, a także zdynamizowanie zdarzeń w drugim akcie, przywodzące na myśl bardziej swobodne warianty coming of age, takie jak Ava. Łączenie różnych porządków i motywów przychodzi jednak Filho całkiem naturalnie i ostateczny efekt jest przede wszystkim spójny stylistycznie.

W Anielskiej twarzy ogólna gorycz miesza się z okazjonalnym ciepłem, co dodaje obrazowi życiowej wielobarwności. Puenta jest jednak zdecydowanie cierpka, a tonacja przejmująca. To kameralny film na istotny temat, niezawierający jednak w sobie pouczającej nuty społecznikostwa, a w zamian oferujący oparte na empatii spojrzenie na dwie splecione ze sobą w problematycznej relacji jednostki. W tym kontekście tytuł wybrzmiewa z melancholijnym smutkiem, z każdą minutą bowiem coraz mocniej zdajemy sobie sprawę, że mały „aniołek”, wystawiony na przedwczesną utratę dziecięcej ufności, skazany jest prędzej czy później na upadek. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie to upadek mniej niż bardziej bolesny. A to, że myślimy w ten sposób o Elli, dowodzi filmowego kunsztu Vanessy Filho, umiejącej wywołać w nas współczucie bez uciekania się do melodramatycznego szantażu.

Ostatnio dodane