Publicystyka filmowa
XAVIER DOLAN. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy
XAVIER DOLAN to reżyser, który z każdym filmem przenosi nas w emocjonalną podróż. Odkryj jego twórczość i glej w świat niezwykłego kina.
Xavier Dolan jest dziś artystą światowego formatu – premiery jego filmów odbywają się podczas największych międzynarodowych festiwali filmowych. Karierę reżyserską rozpoczął w 2009 roku, realizując swój fabularny debiut (Zabiłem moją matkę) w wieku niespełna dwudziestu lat. Od tamtej pory nakręcił osiem filmów pełnometrażowych oraz dwa teledyski (dla Adele i Indiochine).
Na ekrany polskich kin już w tym miesiącu trafi jego najnowsze dzieło – Matthias i Maxime. Warto z tej okazji nieco bliżej przyjrzeć się dotychczasowemu dorobkowi twórcy Wyśnionych miłości.
Filmy oceniają:
Jan Brzozowski: Uznaje Xaviera Dolana za jednego z najbardziej utalentowanych współczesnych reżyserów, a Mamę, którą widział do tej pory trzy razy, za jeden z najpiękniejszych filmów XXI wieku. Pierwszy raz „zderzył się” z kinem młodego Kanadyjczyka, oglądając w 2016 roku To tylko koniec świata. Paradoksalnie więc film z „końcem” w tytule okazał się początkiem wspaniałej przygody.
Przemysław Mudlaff: Gdyby poznał Xaviera Dolana osobiście, po kilkunastu minutach pewnie zdzieliłby go w twarz za przesadną egzaltację, zbyt dużą pewność siebie i ciągłe wywracanie oczami. Na szczęście ani jemu, ani Dolanowi najpewniej takie spotkanie nie grozi. Pozostaje mu więc obcowanie z kanadyjskim reżyserem za sprawą kina. W tej sferze miejsce rękoczynów zajmuje zazwyczaj podziw, uznanie, ale też burzliwa przyjaźń, która trwa już ponad dekadę.
***
Zabiłem moją matkę
J’ai tué ma mère (2009)
Przemysław Mudlaff: „Fenomen!”, „Wunderkind!”, „Mozart kina!” – krzyczeli o Dolanie po seansie Zabiłem moją matkę oczarowani widzowie, bijąc przy tym na stojąco brawo przez kilka minut. Trzy Złote Palmy na Festiwalu Filmowym w Cannes w 2009 roku zdawały się potwierdzać entuzjastyczne opinie dotyczące debiutu reżyserskiego Xaviera Dolana. Czy cały szum wokół filmu młodego Kanadyjczyka nie był jednak z perspektywy czasu przesadą? I tak, i nie.
Nie sposób w kontekście Zabiłem moją matkę odmówić bowiem Dolanowi talentu do pisania dialogów, odwagi do mówienia przecież o sobie i relacji ze swoją rodzicielką, mądrości przejawiającej się w niepopadanie w daleko idące dygresje (np. homoseksualny związek Huberta i Antonina), które mogłyby przeszkodzić głównemu tematowi obrazu. Wszystko to składa się na niemożliwą do uchwycenia dla wszystkich starszych od wówczas niespełna 20-letniego Dolana reżyserów, do bólu prawdziwą, szczerą i posiadającą burzliwą moc cyklonu wzajemną miłość matki i zbuntowanego syna u progu dorosłości.
Gdzie zatem doszukuję się przesady w kontekście wręcz ekstatycznego odbioru debiutu Kanadyjczyka? Xavier Dolan w Zabiłem moją matkę zdecydowanie wie, co chce powiedzieć, jednak jego zuchwałość spowodowała, że za pomocą kilku scen próbował także równać się ze swoimi mistrzami – Godardem, Almodóvarem, Wong Kar-Waiem i Truffautem. Nie zauważyłem bowiem, aby większość estetycznych wygibasów widocznych w debiutanckim obrazie Dolana stanowiły projekcję zainteresowań lub emocji jego głównych bohaterów. Są więc raczej popisem lub przechwałką, które na szczęście wraz z kolejnymi filmami reżysera przemienią się w coś znaczącego.
➅
Jan Brzozowski: Pracę nad Zabiłem moją matkę Dolan rozpoczął w wieku zaledwie siedemnastu lat. Za kanwę scenariusza posłużył Xavierowi schemat znany z nieśmiertelnych 400 batów Truffauta – niesamowicie skomplikowana relacja matki i syna doprowadza do tego, że chłopiec wmawia nauczycielowi w szkole śmierć rodzicielki. Zabija ją werbalnie. Oczywiście w żadnym wypadku nie ma tutaj mowy o plagiacie. Przyszły twórca Mamy, w myśl pamiętnych słów przypisywanych Jeanowi-Lucowi Godardowi: „Nieważne skąd czerpiesz pomysły, ważne dokąd cię one zaprowadzą”, zapożyczył jedynie schemat z nowofalowego arcydzieła, wplatając do swojego filmu całe mnóstwo własnych motywów (chociażby homoseksualizm protagonisty) oraz autorskich rozwiązań formalnych (slow motion oraz teledyskowe „wstawki”). Efekt? Nad wyraz dojrzały debiut, słusznie zauważony i doceniony na prestiżowym festiwalu w Cannes.
⑦
Wyśnione miłości
Les amours imaginaires (2010)
Jan Brzozowski: Jeżeli Zabiłem moją matkę potraktować jako dalekie echo 400 batów, to Wyśnione miłości należy nazwać prawnukiem Julesa i Jima oraz Amatorskiego gangu. Fabuła drugiego pełnometrażowego obrazu Dolana skoncentrowana jest wokół wybitnie specyficznego trójkąta miłosnego, w którego skład wchodzą homoseksualny Francis (w tej roli sam reżyser), heteroseksualna Marie (stylizowana na świętej pamięci Annę Karinę Monia Chokri) oraz biseksualny Nicolas (Niels Schneider). Podekscytowany sukcesem debiutu, w Wyśnionych miłościach Kanadyjczyk pozwolił sobie na znacznie więcej eksperymentów formalnych, przywodzących na myśl ekstrawaganckie filmy Jeana-Luca Godarda. Jeszcze więcej slow motion i teledyskowego montażu, jeszcze więcej stylizacji kadrów oraz dialogów. To właśnie tutaj Dolan objawił się w pełni jako, żeby jeszcze raz przywołać francuską Nową Falę, autor-reżyser, który „pisze kamerą tak, jak pisarz pisze piórem”.
Zdania były podzielone – jedni Wyśnione miłości pokochali, inni zarzucali twórcy Zabiłem moją matkę formalizm i pretensjonalność. Mało kto potrafił jednak przejść obok drugiego filmu Dolana obojętnie.
⑧
Przemysław Mudlaff: To, co wielu reżyserskim świeżakom zajęłoby kilka lub kilkanaście lat, Xavier Dolan zdaje się opanowywać w mig. Wystarczył mu bowiem tylko jeden rok, aby przemienić wady sensacyjnego debiutu w zalety drugiego obrazu. Wyśnione miłości wciąż pozostawiają widza w świecie młodych, egzaltowanych i narcystycznych ludzi, a głównym tematem Kanadyjczyka pozostaje miłość. No, przynajmniej tak się nam wszystkim z początku wydaje, bo koniec końców wcale nie o miłość tu chodzi, lecz o zakochanie. Stan zakochania gwarantuje rollercoaster emocji, jego narkotyczne właściwości prowadzą do niezdrowego fetyszyzowania tej drugiej osoby, jest ponadto źródłem naszych upokorzeń.
Któż więc mógłby opowiedzieć o tym potwornym doświadczeniu lepiej aniżeli przeżywający je przed chwilą i obdarzony niezwykłą wrażliwością 21-latek Dolan? Wyśnione miłości to urzekające, bystre, utrzymane w duchu francuskiej nowej fali kino, w którym można się łatwo (nomen omen) zakochać, bo choć przypomina o uczuciu, które skarciło praktycznie nas wszystkich, to wiąże się przecież z na zawsze utraconą młodością. Opowiadając o biseksualnym trójkącie Francisa, Marie i Nicolasa, kanadyjski twórca wspaniale korzysta ze swojej młodzieńczej witalności, zarówno jako reżyser, jak i aktor oraz scenarzysta.
Odczuwalna w debiucie młodzieńcza brawura przekształca się w Wyśnionych miłościach w świadomie wykorzystywane nawiązania (Jules i Jim Truffauta). Trochę za dużo tu umiłowanego przez Dolana zwolnionego tempa i ryzykownego balansu na granicy kiczu, ale nie zmienia to faktu, że drugi film Kanadyjczyka satysfakcjonująco i prawdziwie uderza (Bang Bang) w emocje.
⑦
Na zawsze Laurence
Laurence Anyways (2012)
Przemysław Mudlaff: Po wątkach homoseksualnych i biseksualnych występujących w dwóch pierwszych filmach Xaviera Dolana w obrazie Na zawsze Laurence kanadyjski twórca skupił się na problemach osób transseksualnych. Nie oznacza to bynajmniej, że w swoim trzecim pełnometrażowym dziele omawiany reżyser zajął się wyłącznie kwestią ostracyzmu społecznego, z jakim się spotykają. Chociaż Dolan akcentuje atmosferę wrogości otaczającą ludzi należących do mniejszości seksualnych, jego kino nigdy nie miało wyraźnych ambicji do walki z homofobią.
Największą zaletą kina Kanadyjczyka jest przecież możliwość kolorowej ucieczki od podziałów i niesprawiedliwości świata, a także skłanianie do refleksji nad pojęciem konwenansu, normalności. Dotyczy to zresztą nie tylko mniejszości seksualnych, ale również osób żyjących niejako w klatce nieszczęśliwego małżeństwa (u Dolana głównie kobiety). Historia Laurence’a uwięzionego przez 30 lat w ciele mężczyzny jest więc przede wszystkim filmem – a jakże – o miłości. W Na zawsze Laurence reżyser zastanawia się nad wpływem transpłciowości na związek kobiety i mężczyzny. Czy kochamy drugiego człowieka ze względu na to, że jest kobietą lub mężczyzną, czy może za osobowość? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna i zajmuje Dolanowi prawie trzy godziny.
Na zawsze Laurence nie musiał powstawać już bowiem w warunkach notorycznego braku funduszy i walki z czasem. Chociaż według wielu krytyków metraż Na zawsze… jest niepotrzebnie przeciągnięty, to gdyby reżyser skrócił jego czas, nie zdołalibyśmy raczej uwierzyć w liczący prawie dekadę taniec przyciągania i odpychania pary wiecznych kochanków. W każdym razie Dolan pozwolił sobie na popowy fresk kinematograficzny, który płynnie zmienia głównych bohaterów. Raz jest nim/nią Laurence (Melvil Poupaud), a następnie Fred (Suzanne Clément). Przy okazji trzeciego filmu Kanadyjczyka potwierdziło się w pełni, jak teledyskowym jest autorem.
Wszystkie utwory pop, które wykorzystuje w historii Laurence’a, doskonale rymują się z obrazem. Ba! Sceny tutaj czasami podporządkowane są muzyce. Na uwagę zasługuje również wyjątkowa gra aktorów (przede wszystkim Suzanne Clément), których pewną ręką prowadzi Dolan. Na zawsze Laurence stanowi dla mnie w filmografii Kanadyjczyka rodzaj matury, którą oceniam na piątkę (ósemkę).
⑧
Jan Brzozowski: Scenariusz Na zawsze Laurence był gotowy jeszcze przed rozpoczęciem pracy nad Wyśnionymi miłościami (napisanymi ponoć w dwa tygodnie). Film o transseksualnym nauczycielu miał być drugim dziełem w dorobku Dolana, ale dobrze, że tak się nie stało. Scenariusz odleżał swoje (można było nań nanieść konieczne poprawki), a reżyser zaprawił się w boju i dojrzał do tego, aby podjąć tak delikatny temat jak zmiana płci. Po raz pierwszy Dolan nie obsadził samego siebie w jednej z głównych ról (aczkolwiek nie odmówił sobie, wzorem Alfreda Hitchcocka, kilkusekundowego cameo), pokładając wiarę w odpowiednio wyselekcjonowanej obsadzie (wielkie role Melvila Poupada i Suzanne Clément), co przyniosło znakomite rezultaty artystyczne. Obok Mamy to zdecydowanie najlepszy film, jaki wyszedł spod ręki autora Wyśnionych miłości.
⑨
Tom
Tom à la Ferme (2013)
Jan Brzozowski: Czwarty film okazał się dla Dolana kolejną przygodą-eksperymentem. Tym razem Xavier pokusił się o adaptację sztuki teatralnej autorstwa Michela Marca Boucharda, w głównej roli obsadzając już po raz trzeci samego siebie. Wcielił się w tytułowego Toma – homoseksualistę, który po śmierci ukochanego odwiedza jego rodzinne strony. Tam poznaje wulgarnego, apodyktycznego brata nieboszczyka. Pomiędzy bohaterami rodzi się bardzo specyficzna relacja, podszyta z jednej strony erotyzmem, a z drugiej przemocą. Tom z całą pewnością nie jest dziełem w stu procentach spełnionym.
Stanowi coś na kształt ćwiczenia warsztatowego – Dolan wkracza tutaj na zupełnie nowe dla siebie terytorium. Ostrożnie bada grząski, niebezpieczny grunt – próbuje zbudować suspens i powiązać konwencję thrillera z dramatem psychologicznym. Całkiem udanie, ale wyżyny swoich artystycznych możliwości Kanadyjczyk osiągnął dopiero w kolejnym filmie.
⑦
Przemysław Mudlaff: W 2013 roku Dolan zmienia strategię działania. Zamiast wymyślać kolejne miłosne historie odrzuconych przez społeczeństwo osób, sięga po sztukę Michela Marca Boucharda dotyczącą – ogólnie rzecz ujmując – związków sadomasochistycznych i adaptuje ją na swój język filmowy. Staje się jednak przy tym zdecydowanie bardziej świadomym filmowcem. Zwraca bowiem uwagę na technikę pracy. W rezultacie wygląda na to, że Kanadyjczyk przestał myśleć wyłącznie o tym, co mu się na daną chwilę podoba, i skupił się na jak najlepszym odbiorze dzieła przez widownię.
Toma można więc uznać za punkt zwrotny w karierze Dolana. Jego kino od tego momentu uwalnia się od nadmiaru efektownych, choć często szczeniackich technicznych wygibasów na rzecz gry światłem, kadrowaniem i innych znacznie ambitniejszych środków wyrazu. Pisze się, że Tom to pierwszy gatunkowy film kanadyjskiego twórcy. Oczywiście jest to prawda, ale warto pamiętać, że wszystko, co robi Dolan, przefiltrowane jest przez jego niezwykłą wrażliwość i światopogląd. Tom jest zatem mrocznym, zagadkowym dreszczowcem w duchu Hitchcocka z echem kina Chabrola oraz Ozona, ale przede wszystkim widać w nim charakterystyczny Dolanowski styl. Chociaż zdążyłem przyzwyczaić się do melodramatycznych dzieł Dolana, Tom okazał się dla mnie dowodem na wszechstronność Kanadyjczyka, co jeszcze bardziej mnie do niego zbliżyło.
⑨
Mama
Mommy (2014)
Przemysław Mudlaff: Jak ognia w stosunku do twórczości Dolana unikam pojawiających się właściwie przy każdym jego filmie stwierdzeń, że reżyser ten jest jakoby nadzieją kina. Jeśli jeszcze jestem w stanie zrozumieć takie slogany opisujące Dolana w kontekście jego dwóch pierwszych filmów, to zastanawiam się, jak u licha odbierać te hasła w przypadku piątego filmu artysty. Dodam, że artysty już niezwykle świadomego swoich błędów, zalet, wad, maniery, warsztatu. Oczywiście winę za takie postrzeganie Kanadyjczyka ponosi jego młody wiek oraz fakt, że twórczość Xaviera poza krajem urodzenia, Francją i USA była raczej dość mało znana.
Niska rozpoznawalność kina Dolana zmieniła się za sprawą Mamy. Dla wielu krytyków i widzów było to pierwsze spotkanie z wciąż jeszcze młodym autorem, co zapewne spowodowało, że jawił im się jako wspomniana nadzieja kina. Tymczasem Mama nie odniosłaby przecież tak ogromnego sukcesu zarówno artystycznego, jak i komercyjnego, gdyby nie poprzednie doświadczenia reżysera. Jest tu bowiem wszystko, co było u Dolana najlepsze do tej pory: relacja matka – syn, niezwykła energia, rytmiczność obrazu i zsynchronizowanie go z muzyką, świetne aktorstwo, odważne kadrowanie, szczerość, naturalność, empatia, wrażliwość, kolory, smaki, zapachy.
Wszystko to, a pewnie i jeszcze więcej Kanadyjczyk okrasił jeszcze ciekawszymi i głębszymi postaciami, w porównaniu do tych, które występowały w jego pracach do tej pory. Wpisanie całej tej wspaniałości w wyimaginowany świat, gdzie niesforne dzieci oddaje się do zakładów i zrzeka się opieki nad nimi, stawia odbiorcom niezwykle ważne pytania dotyczące rodzicielstwa, młodości czy miłości. Dolan za pomocą Mamy przestał być nadzieją kina, bo hasło to miało chyba określać jego aspiracje do dołączenia do kanonu mistrzów X muzy. On przy pomocy tego filmu się nim po prostu stał.
⑩
Jan Brzozowski: Opus magnum Xaviera Dolana – bez dwóch zdań najlepszy film w jego dotychczasowym dorobku. Fabularnie Mama znajduje się niesamowicie blisko debiutu twórcy Toma. Błyskawicznie rozpoznajemy ulubione motywy Kanadyjczyka: trudna relacja matki i syna, wyalienowany protagonista, próba socjalizacji z góry skazana na porażkę. Potrzeba było jednak aż (a może raczej tylko) czterech filmów, aby Xavier Dolan ulepił ze swoich ukochanych elementów arcydzieło zachwycające przede wszystkim pod względem formalnym. Niesamowicie odważnym posunięciem ze strony młodego reżysera było zastosowanie formatu 4:4, świetnie korespondujące z emocjonalną duchotą relacji matka – syn (warto zaznaczyć, że wcześniej kwadratowe kadrowanie Kanadyjczyk zastosował z wielkim powodzeniem, realizując klip do piosenki College Boy zespołu Indiochine – taka forma nie była więc dla niego zupełnym novum).
Na osobne studium zasługują obłędne teledyskowe sekwencje – zwłaszcza dwie najsłynniejsze, w których ekran „rozszerza się”, sugerując w ten sposób emocjonalne uniesienia bohaterów (kruche momenty wolności, dające widzom nadzieję na upragniony happy end). Maestrii dopełnia niezwykła ścieżka dźwiękowa, wypełniona zapomnianymi szlagierami, wydobytymi przez Dolana z najgłębszych zakamarków muzycznego niebytu (Wonderwall Oasis, White Flag Dido, On ne change pas Céline Dion). Mama stanowi w filmografii Kanadyjczyka swego rodzaju punkt kulminacyjny – w 2014 roku Xavier stworzył coś absolutnie niesamowitego, stawiając sobie jednocześnie poprzeczkę na niebotycznej wysokości. Wysokości, której do tej pory, pomimo aż trzech prób, nie udało mu się przeskoczyć.
⑩
To tylko koniec świata
Juste la fin du monde (2016)
Jan Brzozowski: Mam do tego filmu szczególny sentyment – to tutaj po raz pierwszy zetknąłem się z kinem Xaviera Dolana. Wówczas To tylko koniec świata zrobiło na mnie naprawdę spore wrażenie. Wspaniałe muzyczne sekwencje (Dragostea din tei!), świetni aktorzy, intensywny, żywy montaż. Konfrontacja z pozostałą częścią dorobku Dolana wypada jednak dla To tylko koniec świata wyjątkowo niekorzystnie. Po obejrzeniu Wyśnionych miłości, Na zawsze Laurence oraz Mamy trudno nie kręcić nosem na przesadną, natrętną wręcz momentami teatralność (wynikającą, rzecz jasna, z tego, że film jest adaptacją sztuki Jeana-Luca Lagarce’a) oraz przestrzeloną, wyciągniętą jakby żywcem z tych słabszych momentów późnego Kieślowskiego symbolikę (miotający się po domu ptak).
Film w ryzach trzymają, jak to zwykle u Dolana bywa, teledyskowe sekwencje oraz solidne kreacje aktorskie (zwłaszcza Gasparda Ulliela i Vincenta Cassela), choć przyznać trzeba z pokorą, że Nathalie Baye nigdy nie zastąpi Anne Dorval, a Marion Cotillard Suzanne Clément.
⑦
Przemysław Mudlaff: To tylko koniec świata jest adaptacją sztuki teatralnej pod tym samym tytułem, której autorem był francuski dramaturg Jean-Luc Lagarce, zmarły w 1995 roku z powodu chorób związanych z AIDS. Sztuka i film opowiadają o młodym mężczyźnie – Louisie, który po dwunastu latach nieobecności, wraca do domu, aby poinformować rodzinę, że umiera. Spotkanie po latach odbywa się w atmosferze gniewu i histerii. Nikt nie potrafi tu ze sobą rozmawiać – Louis (Gaspard Ulliel) jest z natury małomówny, starszy brat przywdział maskę agresywnego gbura (Vincent Cassel jest rewelacyjny), młodsza siostra (Léa Seydoux) to jarająca trawę buntowniczka, a matka przesadza z makijażem i ciągle wspomina lepsze czasy (Nathalie Baye nie do poznania). Najbliższa Louisowi jest więc paradoksalnie osoba spoza rodziny, czyli żona brata – Catherine (Marion Cotillard), która od mówienia woli słuchanie, a kontakt wzrokowy między nią a głównym bohaterem zdaje się mówić więcej niż tysiące wykrzyczanych przez pozostałą trójkę słów.
Kanadyjski reżyser nie byłby sobą, gdyby na ścieżce dźwiękowej jego filmu nie znalazły się znane muzyczne hity, które wciąż potrafi tu idealnie zsynchronizować z obrazem. Dolan wykorzystuje więc utwory pop i zestawia je z teledyskowym sposobem filmowania (np. wspomnienia). W rezultacie zdaje się mówić językiem pop o tak istotnych kwestiach, jak rodzina i śmierć, a kameralne spotkanie rodzinne przemienia w efektowne i dynamiczne widowisko, które nie pozwala złapać tchu.
To tylko koniec świata jest kolejnym wielkim dziełem Kanadyjczyka pod względem realizacyjnym. Ponadto aktorzy (tym razem ci zdecydowanie bardziej rozpoznawalni) poprowadzeni zostali przez reżysera wzorowo. Zdają się obijać o ściany niczym ptaki w klaustrofobicznej klatce. Nie widzę – a jest to częsty zarzut – żeby scenariuszowi tego filmu czegokolwiek brakowało, ponieważ zauważam w nim pewną zagadkę, jakby specjalnie pozostawiono tu puste pola. Najważniejsze jest tu chyba to, czego nie powiedziano albo powiedziano gdzieś poza kamerą czy między słowami. Ważne są też gesty i grymasy twarzy. Dolan skupia się na detalach, wymaga od widza dużej uwagi, aby finałowa (może i trochę kiczowata, ale taki jest Dolan) scena wybrzmiała jak najgłośniej. Uwielbiam ten film! Dziewiątka i serduszko.
⑨
The Death and Life of John F. Donovan (2018)
Przemysław Mudlaff: Powiedzmy to sobie otwarcie: The Death and Life of John F. Donovan nie jest tak złym filmem, jak się o nim pisze. Chociaż rzeczywiście jest najsłabszym do tej pory obrazem Xaviera Dolana, to surowość ocen większości krytyków jest niesprawiedliwa i doprawdy zastanawiająca. Pierwsze anglojęzyczne dokonanie Kanadyjczyka najlepiej określa wyraz: chaos. Tenże chaos obecny był już na poziomie pracy nad scenariuszem, następnie podczas kręcenia i jeszcze później na etapie postprodukcji. Nie zrodziła się jednak z niego – jak chce wielu – wyłącznie pretensjonalna klęska cudownego dziecka kina.
Mimo że widoczny jest tu charakterystyczny styl Dolana, to reżyser rzeczywiście nie był w stanie przyćmić braku dramatycznej głębi opowiadanej historii. Wielkie nazwiska noszone przez pięknych aktorów nie pomogły i cało ze zderzenia z przekombinowanym scenariuszem wyszedł chyba tylko Kit Harrington (no i wycięta Jessica Chastain). Gdyby zresztą obejrzeć wyłącznie wątek dotyczący granej przez niego tytułowej postaci, to The Death and Life of John F. Donovan byłby całkiem niezłym tworem. Film zadaje ponadto interesujące pytania, świetnie wygląda i brzmi. Mimo swoich zalet jest jednak ostatecznie rysą na szkle filmografii Xaviera Dolana, a reżyser na szczęście zdaje sobie z tego sprawę.
⑤
Jan Brzozowski: Anglojęzyczny debiut Dolana to pierwsza w jego karierze poważna wpadka. Tym, co zadecydowało o klęsce The Death and Life of John F. Donovan, były, dość paradoksalnie, artystyczne ambicje. Kanadyjczyk chciał wkroczyć w nową fazę swojej twórczości z przytupem, realizując gigantycznych rozmiarów wielowątkową opowieść, która pozwoliłaby mu nawiązać współpracę z kilkoma gwiazdami światowego formatu. Miejsca Gasparda Ulliela, Vincenta Cassela, Marion Cotillard i Lei Seydoux (obsada To tylko koniec świata) zastąpili Kit Harrington, Jacob Trembley, Natalie Portman i Jessica Chastain. Film pękał więc w szwach od głośnych nazwisk, a scenariusz pękał w szwach od nagromadzenia wątków, które pozwoliłyby każdej z tych osób zagwarantować odpowiedni czas ekranowy. Ostatecznie niezbędne okazały się brutalne cięcia. Ograniczono fabułę do trzech równoległych wątków, eliminując w ten sposób całkowicie postać odgrywaną przez Chastain. Następnie film wielokrotnie przemontowywano i poprawiono, próbując uratować na etapie postprodukcji beznadziejną sytuację.
W pewnym stopniu się udało – The Death and Life of John F. Donovan z pewnością nie jest dziełem spójnym i artystycznie zadowalającym, ale kilka fragmentów (rodzinne karaoke w łazience!) zrealizowanych jest na poziomie, do którego Dolan nas przyzwyczaił.
⑤
Matthias i Maxime
Matthias & Maxime (2019)
Jan Brzozowski: Po wstydliwej anglojęzycznej wpadce Dolan nie zaszył się w wieży z kości słoniowej i nie rozpaczał, ale rzucił w wir pracy, przygotowując niemalże z marszu kolejny film. Matthias i Maxime okazał się nie tylko powrotem do formy, ale również do korzeni. Kameralny dramat osnuty wokół dwójki młodych ludzi, mierzących się ze swoimi skomplikowanymi uczuciami. W jednej z głównych ról – sam Dolan, który od czasu Toma konsekwentnie unikał gry w reżyserowanych przez siebie filmach. Czuć w Matthiasie i Maximie tę samą energię, która towarzyszyła najwcześniejszym osiągnięciom Kanadyjczyk, tę samą pasję tworzenia.
W budowie tej wyjątkowej atmosfery (świeżości, witalności) ma swój udział przede wszystkim znakomita obsada – tym razem złożona nie z wielkich nazwisk, lecz młodych, utalentowanych aktorów, którym Dolan pozwalał na planie sporo improwizować. Jeżeli ryzykował, to zwróciło mu się to ryzyko z nawiązką. Powstał film szczery, energiczny, a także niesłychanie zabawny (fantastyczne dialogi!) – zdecydowanie najzabawniejszy w dotychczasowym dorobku kanadyjskiego twórcy.
⑦
Przemysław Mudlaff: Wypada mi się tylko zgodzić się z moim serdecznym przedmówcą, bo Matthias i Maxime to również dla mnie urzekające naturalnością i ciepłem kino nawiązujące do Dolanowskich początków. Kanadyjczyk szybko zapomniał o swojej wpadce sprzed dwóch lat i pierwszy raz ewidentnie postanowił widza rozbawić. Robi to zresztą z niebywałą lekkością i talentem do rozpisywania dialogów. Mimo ewidentnie komediowych aspiracji Dolan sprawnie analizuje postawy i zachowania milenialsów. W Matthiasie i Maximie Kanadyjczyk znów mówi o miłości, młodości i przyjaźni.
Czuć tu jednak chęć rozliczenia się z ostatnią dekadą twórczości, a także swoiste przypomnienie tego, co było i jest u Dolana najlepsze. Jak miło się ogląda, gdy znów z ekranu bije ta młodzieńcza energia i szczere piękno, którego tak wielu brakowało od czasów Mamy. Niech żyje Dolan!
⑦
Matthias i Maxime w kinach od 21 lutego.
