Seriale TV

STREFA MROKU (2019). Co z kultowym serialem zrobił JORDAN PEELE? Pierwsze wrażenia!

Autor: Katarzyna Kebernik
opublikowano

Kiedy Jordan Peele zapowiedział start współtworzonego reboota The Twilight Zone na 1 kwietnia 2019 roku, trochę się bałam, że facet żartuje. Na całe szczęście nowa Strefa mroku to nie prank – chociaż budzi ogromne kontrowersje. Oceny krytyków i widzów są skrajnie podzielone. W amerykańskiej prasie jedni nazywają twórców geniuszami, którzy skroili taką Strefę mroku, jakiej potrzebują nasze czasy. Inni określają nową antologię paździerzem, chałturą, czymś niedorastającym do poziomu oryginalnej, kultowej serii. Użytkownicy portali ratingowych oceniają ją albo na jeden, albo na dziesięć. Po której stronie stoję ja? Po dwóch pierwszych odcinkach nie umiem jeszcze udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

strefa mroku

Zacznę może od tego, że nie wyobrażam sobie lepszej od Jordana Peele’a osoby, która mogłaby wziąć na warsztat Strefę mroku. The Twilight Zone to serial antologiczny z lat 50. i 60., który uważany jest powszechnie za jedno z najwybitniejszych dokonań w historii amerykańskiej telewizji. W Polsce pozostaje stosunkowo słabo znany (choć ma fanbojów, w tym wyżej podpisaną), a na Zachodzie to absolutna klasyka fantastyki, horroru, mistery i science fiction. Każdy ze 156 odcinków opowiadał inną, niesamowitą i z reguły bardzo mroczną historię. Pomysłodawcą i autorem większości epizodów był Rod Serling, a sama seria do dzisiaj uchodzi za wzór scenopisarstwa. Ale dosyć o starej Strefie mroku: zainteresowanych odsyłam do mojego tekstu na ten temat, który w momencie, kiedy to piszę, nie jest jeszcze opublikowany na stronie, ale powinien zostać puszczony na dniach. Jeśli już się ukazał, to powinniście bez problemu zaleźć go w zakładce „podobne wpisy” – tu, poniżej.

Na razie mogliśmy zobaczyć dwa premierowe odcinki nowej antologii. Pierwszy opowiedział historię kiepskiego komika, który zawiera swoisty pakt z diabłem i by odnieść sukces, korzysta z pewnej niebezpiecznej rady… Drugi epizod to współczesna reinterpretacja jednego z najsłynniejszych odcinków oryginalnej Strefy: Nightmare At 20,000 Feet z Williamem Shatnerem. Bohater, były korespondent wojenny, przeżywa bardzo nerwowy lot samolotem – audiobook, którego słucha, zdaje się przepowiadać przebieg podróży. Obie historie utrzymane są w klimacie mistery, horroru psychologicznego i surrealizmu.

strefa mroku jordan peele

Odcinek Nightmare At 20,000 Feet

Dużo tu wątków politycznych i społecznych, ale to plus: oryginalne The Twilight Zone też komentowało bieżącą sytuację. Strefa mroku A.D. 2019 została osadzona w nowoczesnych realiach i dodatkowo ubarwiona postmodernistyczną zgrywą Peele’a. Twórca Uciekaj! nie wyreżyserował co prawda żadnego z odcinków, ale jest producentem, scenarzystą i narratorem całości, a jego rękę można łatwo wyczuć. Połączenie ciężaru oryginału z charakterystycznym stylem Peele’a działa moim zdaniem świetnie. W nowej Strefie mroku podoba mi też się brak spiny, poczucie humoru i przymrużenie oka: twórcy nie rywalizują z Serlingiem, a składają mu hołd. Peele wielokrotnie podkreślał, jak wiele zawdzięcza oryginalnemu The Twilight Zone. Cały koncept jego najnowszego filmu, To my, został zainspirowany jednym z odcinków Strefy…, zatytułowanym Mirror Image. W nowej odsłonie serialu czuć… miłość. Na każdym kroku widać, że Peele naprawdę uważa The Twilight Zone za jedno z najważniejszych dzieł, jakie obejrzał – nawiązania do pierwowzoru wplatane są często, inteligentnie i z wyraźną czułością. Mnie samej zaszkliły się oczy, kiedy zobaczyłam charakterystyczną czołówkę z narracją pióra Serlinga wypowiedzianą przez Peele’a z offu.

Pierwsze dwa odcinki nowej Strefy mroku pokazują, że warto dać tej produkcji szansę.

Całość jest estetyczna, zaskakująca i zajmująca, ale jak na razie nie dorównuje poziomem oryginałowi. Nie mogłaby: pewnych gigantów nie da się przeskoczyć. To nie ten poziom storytellingu, no i nie zanosi się na to, by nowa seria okazała się równie przełomowa i wpływowa co pierwowzór. Głównym konkurentem Strefy mroku na bieżącej „scenie serialowej” jest oczywiście Black Mirror, jeden z wielu seriali, które nigdy by nie powstały, gdyby nie rewolucyjna antologia Roda Serlinga. Nowe The Twilight Zone z pewnością spodoba się widzom Czarnego lustra, chociaż w mniejszym stopniu skupia się na technologii, a w większym na ludzkiej psychice, niesamowitości, tajemnicy, nieokiełznanej wyobraźni. Bliższe jest fantastyce niż science fiction. W każdym razie zachęcam do śledzenia serialu wszystkich fanów Peela, oryginalnej Strefy, trzeciego sezonu Twin Peaks i wszelkiego rodzaju dziwności. Ja jestem zaciekawiona i czekam na więcej. Szkoda tylko, że polscy widzowie nie mogą na razie obejrzeć nowego The Twilight Zone na żadnej platformie.

Ostatnio dodane