Publicystyka filmowa
SZYBKA PIĄTKA #104. Najlepsze filmy superbohaterskie
Odkryj SZYBKĄ PIĄTKĘ #104, gdzie omawiamy najlepsze filmy superbohaterskie – od Marvela po DC, bez ograniczeń! Wciągająca podróż do świata herosów!
Dzisiejszy odcinek poświęcimy filmom superbohaterskim. Tym, które uważamy za najlepsze – bez podziału na Marvela, DC i inne komiksowe stajnie. Koniecznie dajcie znać, które filmy o herosach wy uważacie za najlepsze!
Maciej Niedźwiedzki
1. Mroczny rycerz – niedoskonałość filmu Nolana zamknę w jednym zdaniu: jest nią nieszczęsna sekwencja na barkach. Pełna fatalnych frazesów, denerwująca naiwnym demokratycznym głosowaniem i dramaturgiczną sztucznością. Tak, o momentach i scenach wybitnych naprawdę mógłbym pisać bez końca. Kozacka sekwencja w budynku Prewitta, gdy Batman wreszcie dopada Jokera. Bez wdawania się w szczegóły – to montażowa, muzyczna, choreograficzna i operatorska perełka. Dostajemy też wciskające w fotel i zaskakujące otwarcie, wzorowo wprowadzające głównego antagonistę.
Mamy wybitnego, magnetycznego Heatha Ledgera w zjawiskowej, zapadającej w pamięć charakteryzacji. Każda scena z nim to prawdziwa filmowa uczta: aktorska, scenopisarska, reżyserska liga światowa. Mamy mięsiste, momentami wręcz literackie monologi (puenta Jokera, finał z uciekającym przed policją Batmanem) i intrygujące rozmowy (przesłuchanie, pierwsze spotkanie Jokera z gangsterami), często urozmaicone odważnymi wypowiedziami, dającymi możliwość odczytania ich w zupełnie innym kontekście. Szczególnie interesujące jest jedno zdanie, które pada z ust Harveya Denta: „Włókno węglowe, kaliber .28, wyprodukowane w Chinach. Jeśli chce pan zabić sługę narodu, polecam kupno amerykańskiego”.
2. Batman – jeden z tych filmów, od których moja fascynacja kinem się zaczęła. Nostalgia nostalgią, wspomnienia wspomnieniami, sentyment sentymentem. Przy ocenie jakości Batmana nie mają one żadnego znaczenia. Film Tima Burtona to prawdziwie wirtuozerska robota. Monumentalna scenografia, przytłaczająca ścieżka dźwiękowa, opary wydobywające się z miejskiej kanalizacji, plastyczność i wymowność kostiumów i wnętrz, wspaniałe operowanie cieniem. To wszystko tworzy nieprawdopodobny klimat. Oczywiście samo to nie wystarczy do osiągnięcia statusu filmu legendarnego.
Na ten poziom Batman wskakuje dzięki świetnie napisanym postaciom, bogatym w chwytliwe motta dialogom i nieunikającym brawurowej szarży aktorom. Jack Nicholson, Michael Keaton, Kim Basinger – castingowe strzały w dziesiątkę.
3. Maska Batmana – w Masce Batmana znajdziemy pewnie najbardziej przekonujące origin story. Śmierć rodziców jest jednym z elementów budujących tożsamość Bruce’a Wayne’a. Równie ważną składową jest miłosny zawód, który finalnie popycha Bruce’a do podjęcia decyzji o założeniu maski. W Masce Batmana zawsze przekonuje mnie jej melancholijny klimat i powaga. To kompletne studium psychologiczne, niepozbawione dekadenckiego tonu, dającego wrażenie konfrontacji ostatecznej. Pierwszoligowa animacja, pierwszoligowe kino superbohaterskie, pierwszoligowe kino dramatyczne.
4. Iniemamocni – Pixar o superbohaterach codzienności. Ściągających kotki z wyższych konarów drzew, schowanych pod krawatami przy ciasnych korporacyjnych biurkach, wychowujących dzieci, stojących godzinami w miejskich korkach, odkurzających mieszkania i odprowadzających swoje nadprzyrodzone dzieci do zwyczajnych szkół. Oczywiście Iniemamocni zapewniają również odpowiednią ilość komiksowego ekscesu, ale przecież to nie sceny akcji świadczą o wyjątkowości animacji Pixara.
5. Powrót Batmana – to lepkie, wyzywające i momentami obleśne kino, ale zrealizowane z trudną do zlekceważenia twórczą pasją. To Batman jedyny w swoim rodzaju. Niezwykłe jest to, jak autorskie DNA Tima Burtona współgra i uzupełnia się z mroczną, świąteczną baśnią z miasta Gotham. Żaden inny film o Człowieku-Nietoperzu nie uderza w równie depresyjne tony, z równym zaangażowaniem nie opowiada o samotności i nie wyraża smutku z podobną precyzją. Ciągle również uważam, że ścieżka dźwiękowa do Powrotu Batmana to absolutna czołówka w historii muzyki filmowej. Wielkie brawa dla Danny’ego Elfmana.
Filip Pęziński
1. Batman – od tego filmu wszystko się zaczęło. Kino się zaczęło i Batman się zaczął, i superbohaterowie się zaczęli. Nie pamiętam życia bez filmu Tima Burtona i jako człowiek urodzony w 1992 roku prawdopodobnie nigdy go nie miałem. Od pirackiego VHS, przez wymarzone DVD, aż do jakości full HD Batman jest przy mnie i od ponad ćwierćwiecza niezmiernie mnie cieszy. Teksty, cytaty i dialogi mogę recytować jak wyznanie wiary.
2. Powrót Batmana – sytuacja trochę podobna do tej związanej z pierwszym Batmanem Burtona, bo zresztą do niesławnego Batmana i Robina Joela Schumachera wszystkie cztery filmy o Batmanie definiowały w dużej części moje dzieciństwo, z tą jednak różnicą, że sequel pokochałem w pełni już jako nieco starszy odbiorca. Pewnie dlatego, że to film dużo dojrzalszy i uderzający w depresyjne wręcz tony – mimo całego swojego szaleństwa i humoru.
3. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – syndrom sztokholmski. Wizyta w kinie do udanych nie należała, co nie przeszkodziło mi w tym, by wrócić na salę jeszcze dwa razy, a następnie zaliczać kolejne seanse już w zaciszu domowym, gdzie miałem przyjemność raczyć się wersją rozszerzoną – zdecydowanie lepszą od tej kinowej. Oczywiście, świadomy jestem błędów i potknięć Zacka Snydera, ale jego wizja i pasja nie pozwalają mi o filmowym starciu Batmana i Supermana zapomnieć.
Dziś po prostu bardzo lubię ten film. Za klimat, aktorów, monumentalny rozmach i wspaniałą muzykę. Za Bena Afflecka i jego Batmana. Za Wonder Woman i uśmiech Gal Gadot.
4. Thor: Ragnarok – zwariowany, szalony, kolorowy, pędzący przed siebie Taika Waititi w tańcu z Kinowym Uniwersum Marvela, wyluzowanym Chrisem Hemsworthem, ze zjaranym Markiem Ruffalo i z pijaną Tessą Thompson. Rozrywka ostateczna. Czysta radość.
5. Avengers: Wojna bez granic – wszystko, co mogło się nie udać, udało się doskonale, a Wojna bez granic okazała się nie tylko najlepszym ubiegłorocznym blockbusterem, ale też w mojej ocenie najlepszym w historii filmem przenoszącym na ekran idee stojące za całym nurtem komiksu superbohaterskiego.
Łukasz Budnik
1. Avengers: Wojna bez granic – właściwie powinienem tu obok Wojny bez granic umieścić też Koniec gry, bo oba te filmy są dla mnie rozrywką ostateczną i wspaniałą definicją radości, jaką może dać kino superbohaterskie. Kapitalne wykorzystanie postaci, mnóstwo emocji, chemia między aktorami, świetny antagonista i cała plejada bohaterów, którym chce się kibicować. Jako osoba, która od początku śledziła kinowe uniwersum Marvela, jestem zachwycony tym swoistym podsumowaniem dotychczasowych odsłon serii.
2. Thor: Ragnarok – wspaniała przygoda, naszpikowana cudnym, absurdalnym humorem. To niesamowite, jak duże replay value ma dzieło Waititiego – jako dziecko często niemal codziennie oglądałem wybrany film i w tym przypadku mógłbym robić podobnie, ciesząc się każdą minutą seansu. Najchętniej wybierałbym produkcje z udziałem Jeffa Goldbluma. Fantastyczna chemia między członkami obsady – atmosfera na planie musiała być znakomita, bo widać, że każdy się po prostu świetnie bawi podczas pracy, a to udziela się widzowi.
3. Spider-Man Uniwersum – przyznam, że zwiastuny nie powaliły mnie na kolana. Produkcja Spider-Man Uniwersum zainteresowała mnie dopiero po pierwszych, dobrych recenzjach. Z ulgą stwierdzam, że były one trafne. To zdecydowanie mój ulubiony film ze Spider-Manem w roli głównej, fantastycznie wykorzystujący potencjał tkwiący w scenariuszu, pomysłowym i błyskotliwym. Bezbłędne są odniesienia do poprzednich filmów z serii, animacja zapiera dech w piersiach, a każdy z obecnych w filmie Spider-Manów wzbudza olbrzymią sympatię – kibicuje im się z przyjemnością.
4. Hulk – cóż, zawsze powtarzam ze śmiechem, że jestem jednym z dziesięciu fanów tego filmu na świecie. Hulka doceniam od momentu premiery (to już 16 lat!) za ciekawe, odmienne podejście do tematyki superbohaterskiej. Bardzo ryzykownym posunięciem było wzięcie na warsztat postaci kojarzącej się z gigantyczną rozwałką i uczynienie z niej bohatera dramatycznego, którego największym wrogiem jest on sam. Sądząc po ocenach w portalach filmowych oraz mało satysfakcjonujących przychodach, jakie przyniósł Hulk, to ryzyko nie do końca się opłaciło, ale we mnie film Lee zawsze będzie mieć fana.
5. Człowiek ze stali – wciąż najlepsza odsłona filmowego uniwersum DC. Człowiek ze stali jest momentami bardzo niezręczny (tornado!) i gubi tempo, ale jako widowisko sprawdza się wprost doskonale. Mało który blockbuster potrafi mnie tak zachwycić realizacją scen akcji – walki nadludzi są tu fenomenalne, czuć każde uderzenie i potężną moc, którą dysponują bohaterowie. Henry Cavill jest świetnym protagonistą, a emocji, które wywołuje Snyder, próżno szukać w innych filmach z tego gatunku.
Jacek Super-Lubiński
1. Niezniszczalny – chyba nie da się już bardziej realistycznie przedstawić tego tematu przy zachowaniu filmowej formy i odpowiedniej powagi oraz nieodzownej podniosłości. Oczywiście ma to wszystko drugie dno, niemniej nawet swoje podstawowe zadania film ten realizuje znakomicie.
2. X2 – obok Przeszłości, która nadejdzie to nadal najlepiej skonstruowany film zespołowy superbohaterów. Kolorowy, bogaty, emocjonujący, świetnie zrealizowany, niegłupi i doskonale wyważony – tak pod względem akcji, jak mnogości postaci.
3. Deadpool – superjaja i charyzma eks-Zielonej Latarni robią ten film, który za nic ma nasze przyzwyczajenia do facetów w trykotach. I o to chodzi!
4. Cień – lubię plastyczność tego filmu, w którym poza będącym w formie Alekiem Baldwinem zagrał też przyszły Magneto. Lubię atmosferę i stylistykę retro tej historii. A także wspaniałą oprawę audiowizualną i panujący wszędzie mrok rodem z Batmana – ta postać zresztą twórców Cienia zainspirowała.
5. Avengers – pierwsi i wciąż najlepsi, najbardziej lotni, najbardziej angażujący i satysfakcjonujący w kontekście budowanego wcześniej świata, rozdziału, którego są perfekcyjnym podsumowaniem.
Honorowa wzmianka: Maska – za niesamowite efekty, humor i roztapiającą nawet wosk Cam D.
Dawid Myśliwiec
1. Thor: Ragnarok – matulu, jaki ten film jest pocieszny! A jaki zabawny! To jest kino superbohaterskie, które chcę oglądać – pełne energii, zrobione z dystansem, ale też podchodzące z atencją do postaci i skutecznie rozszerzające komiksowe uniwersum. Ragnarok to esencjonalna superbohaterska komedia z doskonałym drugim planem (Jeff Goldblum!, Cate Blanchett!, Rachel House!) i akcją, której nie powstydziłyby się najlepsze space opery. Ci, którzy uważali serię o Thorze za najsłabszą odnogę Marvel Cinematic Universe, po Ragnaroku musieli uderzyć się w pierś.
2. Spider-Man Uniwersum – w moim rankingu bardzo blisko produkcji Thor: Ragnarok. Z kina wyszedłem oszołomiony – po raz pierwszy w życiu obejrzałem nie tyle zekranizowany komiks, ile KOMIKS NA EKRANIE! Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś, co stanowiłoby kinową wersję komiksu – sposób, w jaki Spider-Man i wszystkie jego inkarnacje są zanimowane, zapiera dech w piersiach. Od kilku dobrych lat nie jestem na bieżąco z komiksami, więc wątek pajęczego uniwersum znałem dość pobieżnie, ale film Spider-Man Uniwersum nakłonił mnie do przyswojenia sobie tej – jakże istotnej dla całego świata Marvela – historii.
3. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów – najlepsza część serii o Avengers niebędąca częścią serii Avengers. Zawsze uwielbiałem crossovery – egzemplarz Mega Marvel z X-Cutioner’s Song (fani TM-Semic wiedzą, o co chodzi!) zajmuje szczególne miejsce w moim komiksozbiorze, dlatego ekranizacja sagi Civil War zrobiła na mnie duże wrażenie. Bardzo dobrze rozłożone zostały tu akcenty dotyczące wątpliwości moralnych i odpowiedzialności, a finałowy pojedynek to z pewnością jedna z lepszych scen filmowego uniwersum Marvela.
4. Batman – „Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem w bladym świetle księżyca?” – Jack Nicholson ma szczęście do chwytliwych cytatów (vide Ludzie honoru), ale to poetyckie zdanie z Batmana Tima Burtona pięknie podsumowuje mroczno-magiczny klimat tego kultowego dzieła o Nietoperzu z Gotham. Do tego filmu o Batmanie wracam najczęściej i tylko po części ze względu na Kim Basinger.
5. Aquaman – film do oglądania na dobrym kwasie, ale tak kozacko zrealizowany, tak mocno dystansujący się od wszystkich wcześniejszych wpadek DCEU, że aż trudno mu nie kibicować. Na seansie ubawiłem się po pachy, jeszcze bardziej polubiłem Jasona Momoę, a Amber Heard… no cóż, nie mogła spodobać mi się bardziej niż do tej pory, więc po prostu ją podziwiałem. Szkoda, że odegrała tak instrumentalną rolę, bo miałem nadzieję, że będzie superkobitką na miarę bohaterek Czarnej Pantery.
