Publicystyka filmowa
ŚWIĘCI Z BOSTONU. Boscy posłańcy oczyszczają miasto
W filmie ŚWIĘCI Z BOSTONU boscy posłańcy walczą z przestępczością w mieście, łącząc humor i akcję w kultowym stylu lat 90.
Dawno, dawno temu, gdy jeszcze funkcjonowały wypożyczalnie VHS i już funkcjonowały wypożyczalnie DVD (najczęściej były to te same miejsca), prawie dorosły już Ja plądrowałem zasoby osiedlowej filmoteki wraz z serdecznym przyjacielem. Podówczas łykaliśmy filmy jak szaleni – Chłopaki nie płaczą na VCD (2 płyty!), Przynęta Antoine’a Fuquy czy Krąg Gore’a Verbinskiego to jedne z bardziej pamiętnych seansów tamtej epoki. Ale jeśli miałbym wskazać tytuł, przez który prawie zapłaciliśmy karę w wypożyczalni, to byli to Święci z Bostonu.
A za co płaciło się karę w wypożyczalni VHS/DVD? Najczęściej za zbyt długie przetrzymanie nośnika. Z reguły wypożyczało się go na 24 lub 48 godzin, ale mnie i memu druhowi tak bardzo przypadli do gustu Święci…, że obejrzeliśmy kultowe dzieło Troya Duffy’ego trzy razy z rzędu! I bynajmniej nie wynikało to z potrzeby wyciśnięcia wyższego “value for money” – Święci z Bostonu to było po prostu coś, co na umysły dojrzewających mężczyzn zadziałało wyjątkowo mocno.
Oto dwaj bracia MacManus (Sean Patrick Flanery i Norman Reedus), Irlandczycy z Bostonu i gorliwi katolicy, postanawiają w imię Boga oczyścić swój rewir z najgorszych szumowin. Tropi ich oczywiście szalony detektyw (Willem Dafoe), ale to nie jemu – przedstawicielowi prawa – kibicujemy najmocniej, lecz właśnie tym samozwańczym boskim posłańcom, antybohaterom, którzy bez skrupułów pozbawiają życia kolejnych gangsterów, zabójców i gwałcicieli, wmawiając sobie, iż to sam Bóg nominował ich do tego zadania. Czyż to nie brzmi niesamowicie?!? Sam nie wiem, co najbardziej przypadło mi do gustu: chemia pomiędzy braćmi, znakomita obsada na drugim planie (David Della Rocco jako… Rocco kradnie
Święci z Bostonu mają w sobie wszystko, co potrzebne, by stać się filmem kultowym – wyrazistych bohaterów, kiczowate dialogi, pełne przemocy sceny i tę kroplę szaleństwa, która charakteryzuje twórców odważnych i bezczelnych. Troy Duffy to filmowiec, który nie nakręcił żadnego filmu poza historią braci MacManus i jej powstałym 10 lat później sequelem.
A jednak dzięki
Święci z Bostonu, mimo 21 lat na karku, to wciąż film z pazurem, z jednej strony pełen przemocy i mrocznych scen, z drugiej naszpikowany humorem i – jak mawia dzisiejsza młodzież – potencjałem memicznym. Można jedynie obawiać się, że w czasach, gdy coraz więcej na świecie jest ekstremizmu, film Troya Duffy’ego może być odczytywany jako zachęta to wymierzania sprawiedliwości na własną rękę – a pewnie nie każdy pojmuje ją tak samo jak bracia MacManus…

