Publicystyka filmowa
ELECTRIC DREAMS: ta seria SCI-FI to nie kopia BLACK MIRROR, dokładnie na odwrót
Philip K. Dick’s Electric Dreams nie było próbą skopiowania pomysłu Black Mirror. Przeciwnie – jego korzenie sięgają kilkadziesiąt lat wcześniej.
W czasach, gdy Black Mirror stało się serialowym punktem odniesienia dla wszystkich science fiction opowiadających o wpływie technologii na człowieka, łatwo było przeoczyć produkcję, która poruszała bardzo podobne tematy, ale miała znacznie starsze źródło. Philip K. Dick’s Electric Dreams nie było próbą skopiowania pomysłu Charliego Brookera. Przeciwnie – jego korzenie sięgają kilkadziesiąt lat wstecz, kiedy w swojej twórczości Dick przewidywał świat, w którym technologia miesza się z ludzką tożsamością, pamięcią i postrzeganiem rzeczywistości, z którego Black Mirror sam czerpał.
Electric Dreams zadebiutowało na brytyjskim Channel 4 w 2017 roku, w Polsce długo obecny był na Prime Video, ale jakiś czas temu z niewiadomych powodów zniknął ze streamingu. Pierwszy i jedyny sezon liczył dziesięć antologicznych odcinków. Za jej rozwój i produkcję odpowiadali przede wszystkim Michael Dinner i Ronald D. Moore, a jednym z producentów wykonawczych był znany z Breaking Bad Bryan Cranston, który wystąpił również w jednym z odcinków. W obsadzie poza Cranstonem znalazły się prawdziwe gwiazdy: Steve Buscemi, Greg Kinnear, Anna Paquin, Richard Madden, Vera Farmiga i Juno Temple.

Pomysł był ambitny: zamiast ekranizować jedną książkę, twórcy postanowili sięgnąć do ogromnego dorobku Dicka i potraktować każdy odcinek jak osobną historię sci-fi. Każda przedstawia inny świat – od odległej przyszłości po rzeczywistości niewiele różniące się od naszej. Ich wspólnym mianownikiem pozostają pytania charakterystyczne dla twórczości pisarza: czym właściwie jest człowieczeństwo, czy możemy ufać własnym wspomnieniom, gdzie przebiega granica między rzeczywistością a iluzją i co dzieje się z jednostką, kiedy technologia zaczyna kontrolować jej życie.
Właśnie dlatego porównania z Black Mirror były nieuniknione. Oba seriale są antologiami, każdy odcinek opowiada odrębną historię, a technologia jako źródło niepokoju jest poniekąd głównym bohaterem. W obu przypadkach pojawiają się sztuczna inteligencja, urządzenia kontrolujące ludzkie zachowanie, alternatywne rzeczywistości, społeczeństwa podporządkowane systemom oraz pytania o to, czy postęp technologiczny rzeczywiście czyni nas bardziej ludzkimi.

Różnica jest jednak zasadnicza. Black Mirror jest przede wszystkim komentarzem do współczesności i technologii, podczas gdy Electric Dreams adaptuje teksty napisane przez Dicka wiele dekad wcześniej. Co więcej, serial nie jest tak konsekwentnie ponury jak produkcja Charliego Brookera. Niektóre odcinki są mroczne i pesymistyczne, inne bardziej melancholijne, a jeszcze inne potrafią zaoferować zaskakująco optymistyczne spojrzenie na przyszłość. Krytycy zwracali uwagę, że właśnie ten bardziej humanistyczny ton odróżnia Electric Dreams od Black Mirror.
Serial spotkał się z dość dobrym przyjęciem, choć nie zachwycił wszystkich. Na Rotten Tomatoes ma on obecnie 72 proc. pozytywnych recenzji krytyków oraz 75 proc. pozytywnych ocen widzów. Krytycy chwalili przede wszystkim ambicję projektu, świetną obsadę i wizualną stronę poszczególnych historii. Problemem okazała się nierówność. Dziesięć odcinków oznaczało dziesięć różnych pomysłów, tonów i poziomów wykonania. Nie wszystkie adaptacje miały tę samą siłę, a niektóre były uznawane za zbyt przewidywalne.

My słowami Damiana Halika pisaliśmy o nim tak: Godnym pochwały zdaje się więc fakt, że twórcy Elektrycznych snów postawili na tytuły mniej oczywiste, często wręcz nieznane nie tylko szerszej publiczności, a nawet miłośnikom pisarza. To sugeruje, że serial, choć ostatecznie zdaniem widzów poległ w starciu z Czarnym lustrem, wcale nie zamierzał stawać z nim w szranki.[…] Obejrzyjcie więc Philip K. Dick’s Electric Dreams (jeszcze lepiej przeczytajcie wykorzystane opowiadania!) i cieszcie się chwilą – wariat czy nie, Philip K. Dick w dużej mierze trafnie potrafił przewidzieć to, dokąd my, ludzie, zmierzamy.
Początkowo planowano kontynuację. Materiału zdecydowanie nie brakowało – Dick napisał ponad sto opowiadań, a Michael Dinner mówił nawet o tym, że z ogromnej biblioteki tekstów można było wybrać historie na kolejne sezony. Twórcy mieli już przygotowywać następny zestaw. Ostatecznie jednak drugi sezon nie powstał. Nie ogłoszono jednej przyczyny anulowania produkcji. W przypadku takiej antologii potencjalny problem stanowiły wysokie koszty produkcji – każdy odcinek wymagał właściwie stworzenia osobnego świata, obsady, scenografii, etc.

Warto dziś o Electric Dreams pamiętać, nie jako o konkurencji dla Black Mirror, ale jako o przypomnieniu, skąd wzięła się znaczna część współczesnego science fiction. Dick przewidział wiele lęków związanych z technologią, sztuczną rzeczywistością, konsumpcjonizmem i rozpadem granicy między człowiekiem a maszyną. Serial pozwolił zobaczyć te idee w nowoczesnej formie, wykorzystując przy tym aktorów i twórców najwyższej klasy.
Electric Dreams nie jest produkcją równą i z pewnością nie każdy z dziesięciu odcinków zasługuje na równie wysokie oceny, jako całość pozostaje jednak wartościowym eksperymentem – antologią, która udowadnia, że najlepsze science fiction nie musi przewidywać konkretnych wynalazków, wystarczy, że trafnie przewidzi nasze lęki. A pod tym względem Philip K. Dick pozostaje niedościgniony.

