Felietony - Cykle
CZARNA MAGIA W SŁUŻBIE WILKÓW – podsumowujemy Splat!FilmFest4
Czarna Magia w Służbie Wilków to wyjątkowy festiwal Splat!FilmFest 4, który łączy klasykę z nowościami i niezapomnianymi gośćmi.
Splat!FilmFest 4 odbył się w dniach 26 listopada – 2 grudnia w Centrum Kultury w Lublinie, a następnie w Kinotece w Warszawie w dniach 5-9 grudnia 2018 roku. Dziękujemy organizatorom za zaproszenie oraz wszelką udzieloną pomoc podczas imprezy.
Tegoroczny Splat!FilmFest rozbił bank nie tylko bogatym programem, w którym obok całkowitych nowości, filmów już głośnych oraz tych całkowicie nieznanych, znalazło się miejsce dla kilku klasyków w nowych odsłonach. Zremasterowana w 4K Suspiria Daria Argenta, oryginalny Halloween Johna Carpentera z lektorem na żywo, Maciejem Gudowskim, czy też pokaz Wilczycy z udziałem reżysera, Marka Piestraka – każdy z tych seansów mógłby być osobnym, specjalnym wydarzeniem.
Ale w takim razie w jakich kategoriach odbierać przyjazd Lloyda Kaufmana, założyciela słynnej wytwórni Troma, oraz mały przegląd ich najsłynniejszych filmów? Na polskiej mapie festiwalowej, nieważne, czy dotyczącej kina grozy czy innego, była to wizyta bezprecedensowa, zwłaszcza że Kaufman uczestniczył w stołecznej edycji Splata od początku do samego jej końca. No właśnie, już nie tylko Lublin, ale również Warszawa. Czwarty rok stworzonego przez Monikę Stolat festiwalu można uznać za przełomowy – dwie edycje w dwóch miastach, z międzynarodowymi gośćmi, wśród których był legendarny już twórca Toksycznego mściciela i ponad setki innych filmów, oraz programem wymarzonym dla każdego miłośnika horrorów i kina gatunkowego.
Trudno ogarnąć całe to dobro w jednym tekście, ale podobnie jak w zeszłym roku moje podsumowanie dotyczyć będzie jedynie nowych tytułów z programu, który podzielony był na kilka sekcji. Najważniejsza z nich, „Strach i terror”, prezentowała przykłady światowego horroru, starające się przerazić widza na różne sposoby, „Strasznie śmiesznie”, jak sama nazwa wskazuje, koncentrowała się na grozie podbitej komedią, a „WTF” proponowała dziwne, oryginalne i często kompletnie absurdalne podejście filmowych twórców do opowiadanych historii.
STRACH I TERROR
Festiwal otworzył Wiatr, film grozy w oprawie westernowej, w reżyserii debiutantki, Emmy Tammi. Pozycja naprawdę udana, wyraźnie inspirowana dramatem Wicher z 1928 roku (w oryginale oba filmy noszą tytuł The Wind) z Lillian Gish, gdzie młoda kobieta osiedla się na prerii, lecz pod wpływem panujących tam warunków oraz pozornej wrogości ze strony innych ludzi popada w szaleństwo. U Tammi mamy dwie kobiety – nauczoną życia na pustkowiu i w samotności Lizzy, a także nowo przybyłą z miasta Emmę.
Film otwiera śmierć jednej z nich, po czym naprzemiennie cofamy się i wracamy, aby poznać, w jaki sposób doszło do tragedii, ale również dostrzec symptomy choroby psychicznej u drugiej z kobiet. A może to tytułowy wiatr, niosący przerażającego demona, który straszy nocami i potrafi przyjąć postać każdego człowieka? Elementy horroru są tu eksponowane nader rzadko, ale gdy już się pojawią, są podane w na tyle dosadny sposób, że łatwo uwierzyć w działanie sił nadprzyrodzonych. Jednocześnie grająca główną rolę Caitlin Gerard ma silną ekranową prezencję, dzięki czemu szczerze mamy nadzieję, że nieszczęścia rzeczywiście są sprawką demona, a nie oszalałych kobiet.
Wiatr wybornie oddaje pustkę i beznadzieję życia na bezdusznej pustyni, gdzie łatwo wmówić sobie największe głupstwo, następnie pielęgnować w sobie chore myśli i czekać na krwawy efekt końcowy. Być może jednak to wiatr jest wszystkiemu winien.

Wilkołak
Wilkołak Adriana Panka, jedyna polska pozycja konkursowa, zdobył na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni laury za reżyserię oraz muzykę dla Antoniego Łazarkiewicza.
Zwłaszcza ta pierwsza nagroda wydaje mi się całkowicie zasłużona, gdyż dzieło Panka (który pojawił się na Splacie wraz z operatorem, Dominikiem Danilczykiem) wspaniale sprawdza się na kilku poziomach, zarówno jako trzymający w napięciu (i to jak!) dreszczowiec o zamkniętych w wielkim domu dzieciach, które bronią się przed stadem wygłodniałych wilczurów, jak i obraz zdziczenia człowieka po koszmarze II wojny światowej. Z jednej strony jest realistycznym i brutalnym filmem grozy, z drugiej tę grozę utożsamia z metaforycznym zwierzęciem zamkniętym w nas samych. Już dawno nie zdarzyło mi się nienawidzić ekranowego bohatera tak bardzo, jak w Wilkołaku – o ile łatwo mi zrozumieć krwiożercze, wytresowane na bestie psy, o tyle widok dziecka, które knuje, zdradza i pozostawia na śmierć swoich kolegów, jest dla mnie niepojęty.
Być może dlatego humanistyczny wydźwięk finału trochę mnie rozczarował. Po filmie, który przez cały czas nie pozostawia mi złudzeń wobec bezlitosnej natury człowieka, spodziewałem się zakończenia rodem z Nędznych psów, idąc psią analogią. Mimo to thriller Panka jest przykładem kina, które sprawdza się w swoim gatunku, a dodatkowo przekracza go.
Innym wilczym tytułem w sekcji „Terror i Strach” był Wilczy dom, poklatkowa animacja z Chile i Niemiec. Uciekinierka z sekty znajduje schronienie w domu w lesie, zamieszkiwanym jedynie przez dwie świnie. Kobiecie udaje się zamienić zwierzęta w dzieci, lecz zamiast szczęścia spotyka ją tylko strach oraz paranoja. Niełatwy to film, inspirowany prawdziwą historią niemieckiej sekty w Chile, ukazujący niemożliwość ucieczki przed przeżytym koszmarem niewoli, który sprawia, że cała rzeczywistość jawi się jako niestała i krucha. Dodatkowo już na początku dowiadujemy się, że historia ta jest zaprezentowana przez lidera kultu jako ostrzeżenie dla jej członków, naprawdę zaś służyć ma indoktrynacji.
Tym samym seans filmu Cristóbala Leóna i Joaquina Cociñy uderza jawnym i ukrytym przekazem, a przy tym działa na widza otępiająco. Kino trudne, straszące obrazami oraz nieprzyjemną atmosferą, ale ważne jako świadectwo niekończącego się horroru tych, którzy jedynie fizycznie wyrwali się ze szponów sekty.

Tygrysy się nie boją
Meksykańskie Tygrysy się nie boją łączy brutalny realizm wojen narkotykowych, gdzie ofiarami są również ci, którzy przeżyli – pozbawione swoich rodzin dzieci – z elementami fantasy i baśni. Reżysera i scenarzystkę, Issę López, interesuje perspektywa najmłodszych, pozostawionych samych sobie, niezdolnych do przeciwstawienia się grozie dnia powszedniego bez typowo dziecięcego myślenia.
Dlatego potężniejszą od pistoletu bronią stają się w rękach małej Estrelli trzy magiczne życzenia. Kiedy jednak wykorzystuje pierwsze z nich, aby przywrócić do życia swoją matkę, ta objawia się pod postacią straszącej zjawy. Spełnienie kolejnych życzeń będzie miało jeszcze tragiczniejsze skutki. Najciekawsze w filmie López nie jest jednak nałożenie płaszczyzny fantastycznej na rzeczywistość, które ma przynieść jakąś pociechę dla dziewczynki, lecz obraz dzieci zmuszonych żyć niczym bezdomni i czerpać przyjemność z najbanalniejszych nawet rzeczy. Ich śmierć jest zawsze niesprawiedliwa i okrutna, nie bardziej jednak niż świadomość tego, że nikt z dorosłych nawet nie zechce im pomóc.
Echa Labiryntu fauna są tu wyraźne, nieprzypadkowo zatem Guillermo del Toro uznał Tygrysy się nie boją za jeden z najlepszych filmów 2017 roku. Jest to również jeden z najlepszych tytułów tegorocznego Splata.
Niedawno zrecenzowane przez Tomka Bota Lato ’84 jest niepozbawioną nostalgii stylizacją na tamtą dekadę, najbliższą klimatowi Stranger Things, ale zamieniającą potwory z innego wymiaru i tajne eksperymenty na seryjnego mordercę dzieci. Tym samym jest nieco mroczniej, lecz gdy z głośników słyszymy muzykę wygrywaną na syntezatorach, a na ekranie nastolatkowie paradują na rowerach, beznadziejnie zakochani w swoich sąsiadkach, trudno nie brać tego wszystkiego w cudzysłów.
Reżyserskie trio – François Simard, Anouk Whissell, Yoann-Karl Whissell – odpowiedzialne wcześniej za bardzo udanego Turbo Kida, zmienia jednak optykę tego obrazka w finale, odrzucając znajomy kostium na rzecz okrutnej prawdy, że w starciu z dorosłymi dzieciaki nie mają szans. Ich film zaczyna się jak młodzieżowa wersja Na przedmieściach (z paroma scenami żywcem wyjętymi z kultowej komedii Joe Dantego), kończy zaś koszmarnym przebudzeniem się z młodzieżowego snu. Nadaje to niespodziewanej wagi całości. Bardzo dobra rzecz.
Syntezatory pojawiły się również w zaskakującym francuskim thrillerze Nóż + serce w reżyserii Yanna Gonzaleza. Znów przenosimy się do przeszłości (tym razem do 1979 roku) i ponownie obserwujemy działania seryjnego mordercy. Zamaskowany, uzbrojony w czarne dildo z wysuwanym ostrzem, atakuje występujących w gejowskim porno aktorów. Policja niespecjalnie jest zainteresowana rozwiązaniem sprawy, dlatego inicjatywę przejmuje reżyserska tychże filmów, topiąca swe smutki w alkoholu i wciąż mająca nadzieję na zejście się ze swoją byłą dziewczyną, również montażystką jej obrazów.
Główną rolą gra rewelacyjna Vanessa Paradis, w stylizacji na atomic blonde – wspaniała i niejednoznaczna postać. Początkowo wykorzystuje śmierć aktorów, tworząc na jej podstawie fabułę nowego filmu, ale zależność między prawdą a fikcją ujawnia w dalszej części tragiczne konsekwencje. Morał tej historii jest taki, że nie można kraść z rzeczywistości, bo w końcu ktoś się o tę prawdę upomni. Wyświetlany w tym roku na festiwalu w Cannes film sam w sobie przypomina twór z innej epoki, zahaczając o neobarokowe szaleństwo wizualne i estetykę giallo, lecz swą poetyką i tempem odwołując się przede wszystkim do twórczości Georgesa Franju (Oczy bez twarzy, Judex albo zbrodnia ukarana). Szkoda, że ta medytacja na temat kina seksu i przemocy jest zwyczajnie za długa i przegadana. Mimo to dla fanów Paradis oraz szukających w filmach komentarza na ich temat – koniecznie!

Nóż + serce
Inną stylizację na minione kino obserwujemy w niemieckim Luz. O filmie napisałem osobny tekst, dlatego tutaj jedynie powtórzę, że debiut Tilmana Singera uważam za natchniony popis unikatowego stylu, przejawiającego się przede wszystkim w nietypowym prowadzeniu narracji, której podporządkowana jest oprawa audiowizualna.
Surowość całości działa na widza obezwładniająco, choć film wymaga skupienia i zaufania reżyserowi. Na pewno najoryginalniejsza pozycja tegorocznego Splata, a dla niżej podpisanego też jedna z najlepszych.
Skoro już przy naszych sąsiadach zza zachodniej granicy jesteśmy – akcja Hagazussy Lukasa Feigelfelda dzieje się w XV wieku, w austriackich Alpach i prezentuje historię kobiety, od jej dzieciństwa po zostanie matką, która jest wciąż oskarżana przez lokalną społeczność o bycie czarownicą. Narracja nacechowana jest wyrozumiałością, a nawet współczuciem dla bohaterki (gra ją Polka, rewelacyjna Aleksandra Cwen, widoczna na głównym zdjęciu artykułu), zamkniętej przed światem, pogrążonej we własnej samotności.
Reżyser umieszcza nas nie tylko w odległym czasowo miejscu, ale przede wszystkim jak najbliżej kobiety, której czyny z daleka mogą wydać się działaniami kogoś, kto rzeczywiście ma konszachty z diabłem. My jednak widzimy, kim jest w rzeczywistości, i jaki jest powód jej decyzji, nawet tych najbardziej przerażających. Hagazussa ma cechy poematu, kontemplacji na temat życia w zgodzie z własną naturą, choć finał wyraźnie daje do zrozumienia, że cena za to może być wysoka. Jest dziełem wizualnie pięknym i momentami poruszającym, lecz skłamałbym, gdybym napisał, że debiut Feigelfelda mnie zachwycił.
Pomimo niewątpliwych walorów filmu refleksyjny tok opowieści działał na mnie wręcz usypiająco, a groza niektórych fragmentów wcale nie przełożyła się na strach bądź chociaż niepokój. Trudno nie docenić starań i ambicji twórców, ale ostatecznie Hagazussa wydaje się być stworzona tylko dla koneserów.
Tunezyjskie kino to rzadkość (co dopiero horror), dlatego seans Dachry był tym bardziej interesującym doświadczeniem. A przynajmniej powinien był być. Amatorskie śledztwo trójki studentów dziennikarstwa zabiera ich do ukrytej w lesie społeczności, która para się czarną magią i zjada duże ilości mięsa nieznanego pochodzenia. Klimat filmu jest ciężki, temat czarów i kanibalizmu mroczny, a ludowy aspekt historii działa ożywczo na schemat znany chociażby z Teksaskiej masakry piłą łańcuchową.
Ale debiut Abdelhamida Bouchnaka wyraźnie ciągnie w dół scenariusz (autorstwa samego reżysera), który ma problem z zawiązaniem akcji – główni bohaterowie lądują w lesie dopiero po prawie godzinie seansu. Tam dzieje się dużo, ale na prawdziwy horror trzeba trochę poczekać, a gdy ten się pojawia, obraz szybko się kończy. Rozczarowanie może wynikać z przyzwyczajenia do wzorców klasycznych pozycji grozy, lecz akurat w tym przypadku narracja jest wyraźnie zapożyczona z kina zachodniego. Ostatecznie Dachra sprawia wrażenie zwyczajnie niedokończonej. Niedosyt.

Pyewacket
Dziwnie zatytułowany Pyewacket ponownie odsyła nas do okultyzmu i czarnej magii, ale zaskakuje realistycznymi postaciami i racjonalnym podejściem do tematu. Kiedy matka nastoletniej Leah decyduje się na niemal natychmiastową przeprowadzkę, aby zagłuszyć w sobie ból po stracie męża, dziewczyna buntuje się przeciwko niej.
Po ostrej kłótni, w przypływie gniewu, Leah odprawia rytuał, który ma doprowadzić do śmierci matki, ale bardzo szybko dziewczyna zaczyna żałować swojej decyzji. Podobał mi się ten kanadyjski horror Adama MacDonalda z kilku powodów. Po pierwsze, uwierzyłem w postaci, w ich niełatwe relacje, motywacje, w końcu w to, że nie ma tutaj prawdziwie negatywnych bohaterów – to złe emocje prowadzą do nierozważnych wyborów, nie czynią jednak z Leah złej osoby. Jej przyjaciele, zafascynowani okultyzmem goci, dziwią się czynem dziewczyny („Kto chciałbym zabić własną matkę?”), co dodatkowo umacnia historię w realistycznym świecie.
Trudno jednak nie lubić głównej bohaterki, bardzo dobrze zagranej przez Nicole Muñoz, która w dalszej części filmu chce odwołać demoniczną siłę, wezwaną na jej prośbę. I do samego końca nie wiemy, czy to, co oglądamy, jest faktycznym działaniem nadprzyrodzonego bytu, czy też projekcją nastolatki, przerażoną konsekwencjami swojej decyzji. Powolnie tocząca się akcja może co poniektórych zrazić, a i sam film lepiej sprawdza się jako dramat niż horror – groza przejawia się tu najlepiej w poczuciu winy Leah i strachu przed nieznanym.
O wierze we własny wizerunek mówią Władcy chaosu Jonasa Åkerlunda, opowieść o blackmetalowym zespole Mayhem, który budując swój image, zaczął palić kościoły i zabijać ludzi. Jest w tym spore uproszczenie, ale ta „prawdziwa historia” służy przede wszystkim jako ostrzeżenie przed fałszywymi idolami, ludźmi, którzy dużo mówią, lecz niekonieczne w to wierzą. Reżyser nie bez sympatii spogląda na lidera zespołu, Euronymousa i jego kolegów, równocześnie widząc ich głupotę i naiwność, które w połączeniu z chęcią dorównania swoim autorytetom prowadzą do tragedii. Więcej napisałem w recenzji, powtórzę jednak za nią – kino ku przestrodze.

Głowica
Duńska Głowica w sposób udany łączy cechy kina katastroficznego oraz dreszczowca, prezentując dramatyczną sytuację trójki uwięzionych bohaterów. Tytuł odnosi się do wielkiego wiertła, które drąży tunel przyszłej linii metra w Kopenhadze; jego budowę odwiedza odpowiedzialna za PR Rie – chce przepytać robotników i sprawdzić, jak idzie im praca.
Pech chce, że dochodzi do pożaru, który umieszcza kobietę oraz dwójkę techników – Chorwata Ivo i imigranta z Afryki Bharana – w komorze blisko tytułowej głowicy. Równie niebezpieczne, co zmiany ciśnienia, ubywanie tlenu i gorąca temperatura, stają się różnice między bohaterami, ich status, pogląd na życie, a w końcu chęć ocalenia, nawet za cenę śmierci pozostałych uwięzionych. Reżyser Rasmus Kloster Bro tworzy czytelną analogię między przedstawioną w filmie sytuacją a obecnym obrazem bogatej i oświeconej UE, która wykorzystuje biednych imigrantów, przekupując ich pieniędzmi i sloganami o wspólnym świecie (budowane metro ma być tego symbolem), ale w ekstremalnej sytuacji gotowa jest ich poświęcić, aby samej przetrwać. Jednocześnie Głowica spełnia wymogi kina gatunkowego, prowadząc historię być może w sposób przewidywalny, ale niepozbawiony emocji, zwłaszcza w wyjątkowo klaustrofobicznym finale.
Tytuł najgorszego filmu festiwalu przypadł w moim odczuciu Hex, horrorowi wyglądającemu na produkt końca zeszłego wieku (straight to video), w którym największą atrakcją są przepiękne widoki Kambodży i ładna dziewczyna. Czasem to wystarczy, ale nie tym razem. Po części dlatego, że fabuła z miejsca przypomina dużo lepszy Spring Justina Bensona i Aarona Moorheada, gdzie głównym bohaterem jest również Amerykanin, który niedawno pochował swojego rodzica, a obecnie wypoczywa w egzotycznej scenerii, nawiązując romans ze skrywającą mroczny sekret pięknością.
Dzieło Rudolfa Buitendacha charakteryzuje się jednak realizacyjną bylejakością i scenariuszowym lenistwem – zachowanie postaci jest tu życzeniowe i często nonsensowne, ich romans sztampowy i nudny, a elementy horroru wciśnięte jakby na siłę. Wisienką na torcie jest nieporadny finałowy twist, nie tylko nieprzekonujący, ale po wcześniejszych męczących 80 minutach zwyczajnie pozbawiony znaczenia.
STRASZNIE ŚMIESZNIE
W sekcji „Strasznie Śmiesznie” najważniejszym tytułem byli z pewnością dwuczęściowi Najlepsi przyjaciele, czyli powrót „gwiazd” The Room, Tommy’ego Wiseau i Grega Sestero, według scenariusza tego drugiego. Czy jest to dzieło równie nieporadne, a zarazem mające zadatki na kultowe, jak jego niesławny poprzednik? W pierwszym przypadku – zdecydowanie nie. Wyreżyserowana przez Justina MacGregora dylogia jest sprawnie nakręcona, tania – lecz w żadnym wypadku nie kiczowata pod względem wizualnym – oraz zaskakująco wartka.
Historia Sestero o młodym rozbitku życiowym, który trafia pod skrzydła ekscentrycznego przedsiębiorcy pogrzebowego z jednej strony odbija relacje między dwoma aktorami, pełniąc podobną funkcję co biograficzny The Disaster Artist, z drugiej zaś kreśli oniryczny obraz Los Angeles jako miejsca spełnienia wielkich marzeń, nawet jeśli jest to możliwe dzięki kilogramom złota wyjętym z ust zmarłych. Porównania z Mulholland Drive Lyncha są oczywiście na wyrost, ale da się zauważyć zbieżną stylistykę i atmosferę.
Całość doprawiona jest absurdem, który wydaje się wyłącznie wynikiem zaangażowania Wiseau do jednej z dwóch głównych ról. Na Boga, człowiek ten nie potrafi grać, ale sposób, w jaki to robi (a raczej nie robi), jest porażający. Dodatkowo, Sestero i MacDonald wyraźnie sugerują, że grany przez Wiseau Harvey jest kimś na kształt zjawy, skoro jego wielką miłością była legendarna Czarna Dalia. Czy jednak Najlepsi przyjaciele mają szansę na kult? Po pierwszej części – rzetelnie zrealizowanej i mającej posmak dziwnego kina noir – powiedziałby, że nie. Ale kontynuacja jest już tak odrealniona, a przy okazji niedorzeczna, że być może salwy śmiechu na sali podczas seansu oznaczają nowy obiekt uwielbienia dla fanów The Room. Czas pokaże.

Najlepsi przyjaciele
Pytanie natury egzystencjalnej leży u podstaw hiszpańskiej czarnej komedii Zabójczy bóg, w której przyjęcie sylwestrowe czteroosobowej rodziny jest najpierw przerwane przez podejrzenie męża o zdradzie żony, a później wizytę tytułowego bóstwa – niskiego brodacza o wyglądzie kloszarda i zatrważających manierach.
Tłumaczy on zebranym, że o wschodzie słońca dojdzie do końca ludzkości, ale w nowym świecie jest miejsce dla dwóch osób. Rodzina musi teraz wybrać szczęśliwą parę, ale ciągłe kłótnie i kłamstwa sprawiają, że nie wychodzi im ta współpraca, nawet w obliczu nadciągającego armageddonu. Pierwszy pełnometrażowy film duetu Caye Casas i Albert Pintó przynosi absurd typowy dla kina ich słynnego rodaka, Álexa de la Iglesii, podbity pytaniem o wartość danego życia. Szkoda, że twórców bardziej interesuje to, czy rzekomy bóg rzeczywiście nim jest – gdy wychodzi na jaw, że mężczyzna krwawi, rodzina zaczyna zadawać sobie pytanie o możliwość zabicia go.
Tymczasem to, co najbardziej interesujące w Zabójczym bogu, to relacje między czwórką zwyczajnych ludzi, próba znalezienia porozumienia u jednych lub chęć wymierzenia kary u innych. Nie potrzebowałem karłowatego „boga”, aby dobrze bawić się na tym filmie. Również finał jest zbyt dosłowny i jednoznaczny, aby podjęty egzystencjalizm wybrzmiał pełną mocą.
Inną zabawę proponuje Piercing w reżyserii Nicolasa Pesce, twórcy Oczu matki. Początkowo trudno nawet rozpoznać konwencję, gdyż pojawiające się tropy sugerują całkiem różne, choć bliskie grozie, kino – muzyka wzięta jest bezpośrednio z filmów giallo, cel głównego bohatera, który przygotowuje się do morderstwa z iście chirurgiczną precyzją, przywołuje na myśl holenderskie Zniknięcie, a nazwisko Ryû Murakamiego, autora literackiego pierwowzoru, bezpośrednio kojarzy się z ekranizacją innej jego powieści – Grą wstępną. Z tym ostatnim łączy Piercing psychoseksualne napięcie, lecz w obu również pobrzmiewa dziwnie autentyczna nuta miłosna. Ostatecznie film Pesce, opowiadający o spotkaniu prostytutki (Mia Wasikowska) z człowiekiem, który chce ją zabić (Christopher Abbott), jest czarną komedią romantyczną. Przyjemność i krzywda są tu synonimami, ale prawdziwe spełnienie nadejdzie w momencie poznania prawdy o nas przez drugą osobę oraz jej akceptacji. Krótki to film (80 minut), mający formę anegdoty i zbudowany wokół dwóch solidnych ról, który jednak lepiej by się sprawdził jako godzinna telewizyjna produkcja bądź spektakl teatralny.

Piercing
Uczucie déjà vu natomiast towarzyszyło mi podczas seansu Biurowej rebelii Lina Oedinga, czarnej komedii o pracownikach firmy zbrojeniowej, którzy po wypiciu trefnej partii napoju dla żołnierzy, zamieniają się w żądnych krwi szaleńców.
Zaledwie rok wcześniej, również na Splacie, można było zobaczyć traktujący o tym samym Mayhem (w tegorocznej dystrybucji kinowej przetłumaczony na Korpo), gdzie główni bohaterowie pokonywali kolejne piętra biurowca, a przy okazji swoich kolegów, z krwią na rękach, uśmiechem na ustach i dzikością w sercu. W obu filmach ostrze satyry uderza w korporacyjną politykę i klimat tamtejszej pracy, ale wcześniejszy tytuł jest zwyczajnie lepiej zrealizowany. Biurowa rebelia ma w obsadzie rozpoznawalne nazwiska (Brenton Thwaites, Jane Levy, Zachary Levi, Gregg Henry), nie skąpi na gore, jest całkiem zabawna, lecz jest też dziełem pośpiesznym i niedbale zrobionym, a równocześnie spóźnionym.
WTF
Sekcja „WTF” mogła się w tym roku pochwalić trzema tytułami, choć niestety nie udało mi się zobaczyć jednego z nich. Żałuję, gdyż portugalski Diamantino jawi się jako totalnie nieprzewidywalna i niedorzeczna parodia życia gwiazdy piłki nożnej, która szuka sensu swojego istnienia. Już sam zwiastun jest szalony, podejrzewam zatem, że film również.
Zdecydowanie najnudniejszym filmem festiwalu był za to Relaxer, rzecz o wyjątkowo nieporadnym człowieku, który chce dowieść własnej wartości poprzez dojście do 256. poziomu Pac-Mana. Przez 90 minut oglądamy jak główny bohater siedzi na kanapie, zagrywa się w grę (której niestety nie widzimy) i rozmawia z często przypadkowymi gośćmi, nierozumiejącymi, czemu jego postawa ma służyć. Podczas seansu miałem ten sam problem co i oni. Gdy w finale bohater został doceniony za swój trud, pogubiłem się jeszcze bardziej. I choć kilka żartów było całkiem udanych, film w reżyserii Joela Potrykusa rozpatruję w kategoriach całkowitej, męczącej porażki.

Mam cię na oku
Tymczasem Quentin Dupieux, twórca słynnej Morderczej opony, wrócił nową absurdalną czarną komedią, choć jego Mam cię na oku przez długi czas sprawia wrażenie zaskakująco (jak na niego) klasycznego pod względem formalnym i narracyjnym filmu.
Przesłuchanie podejrzanego o morderstwo toczy się leniwym i rwanym rytmem, bo spisującego zeznania inspektora (świetny Benoît Poelvoorde) bardziej interesuje rozmowa telefoniczna z przyjacielem, a później wizyta syna, niż sprawa. Gdy jednak na posterunku dochodzi do makabrycznego wypadku, mogącego pogrążyć oskarżonego już o jedną zbrodnię, której nie popełnił, mężczyznę, postanawia on zatrzeć ślady, schować trupa i kontynuować rozmowę z inspektorem, jakby nic się nie stało. Typowy dla Dupieux surrealizm objawia się w momencie, gdy elementy obu spraw zaczynają mieszać się we wspomnieniach przepytywanego.
Ostatecznie Mam cię na oku sprawia wrażenie parodii Przesłuchania w noc sylwestrową Claude’a Millera, aż do ostatnich scen, kiedy już kompletnie zostaje zatarta granica między dwiema, a nawet trzema rzeczywistościami. Dla fanów reżysera pozycja obowiązkowa, a i ci, którzy nie znają wcześniejszej twórczości Dupieux, powinni odnaleźć się w tej zabawnej historii. Przynajmniej do finałowej wolty.
Monika Stolat dokonała rzeczy niebywałej. Nie tylko przebiła poprzednią edycję o mile świetlne, układając program, którym mógłby się poszczycić każdy większy festiwal kina gatunkowego na świecie, ale również udało jej się przenieść Splata do Warszawy, nie zaniedbując przy tym Lublina, gdzie przecież impreza się narodziła. Podejrzewam, że przyjazd Lloyda Kaufmana, który wydawał się wybornie bawić pośród polskich fanów Tromy, wydaje się być potwierdzeniem coraz mocniejszej pozycji festiwalu, celującego nie tylko w szerzenie popularności i unikatowości horroru oraz pokrewnych mu gatunków, ale także uczynienie z naszego kraju miejsca, gdzie kino grozy może, a nawet powinno czuć się uprzywilejowane.
Możemy nie być kinematograficzną potęgą w straszeniu (choć przykład Wilkołaka Panka oraz mającej premierę wcześniej w tym roku Wieży. Jasny dzień Jagody Szelc jest budujący i każe spoglądać z nadzieją na dalsze próby horrorowe), ale to nie znaczy, że kultura oglądania strasznych filmów jest nam obca. Lubimy się bać, a publika Splata jedynie potwierdza, że zainteresowanie światowym kinem grozy, zarówno tym nowym, jak i klasycznym, jest niepodważalne.
