Recenzje

Splat!FilmFest 4: WILKOŁAK

Mroczna baśń o zderzeniu natury ludzkiej i zwierzęcej. Polskie kino na bardzo wysokim poziomie.

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Film miał premierę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie zdobył nagrodę za reżyserię (Adrian Panek) i muzykę (Antoni Komasa-Łazarkiewicz). Wkrótce trafi do polskich kin, ale wcześniej można go obejrzeć w ramach Splat!FilmFest (2 grudnia w Lublinie i 8 grudnia w Warszawie). Produkcja była współfinansowana przez Polski Instytut Sztuki Filmowej i to są bardzo dobrze wydane pieniądze. Wilkołak Adriana Panka wbrew tytułowi nie ma nic wspólnego z Wilkołakiem (The Wolf Man, 1941) George’a Waggnera ani innymi potworami wytwórni Universal. To horror typu animal attack w stylu Sfory (The Pack, 1977) Roberta Clouse’a. Opowieść survivalową całkiem sprytnie osadzono w realiach powojennych, a głównymi bohaterami uczyniono dzieci.

Rzecz dzieje się w końcowej fazie wojny – podczas wyzwalania niemieckich obozów koncentracyjnych w 1945 roku. Grupa dzieci po przeżyciu wojennego koszmaru zostaje przewieziona do pałacu położonego w nieco baśniowej, leśnej scenerii. Tutaj czeka ich kolejny koszmar, a to za sprawą zdziczałych psów, które zostały wyszkolone przez Niemców, a po przybyciu wyzwolicieli zostawione na pastwę losu. Szukając pożywienia, czworonogi atakują każdą napotkaną żywą istotę. W konflikcie ludzie kontra zwierzęta nie ma dobrej i złej strony, bo jedną i drugą motywuje głód, to on jest tym najczarniejszym charakterem.

Realizacyjnie jest to film bez zarzutu. Nagroda w Gdyni za reżyserię w pełni zasłużona, aczkolwiek nie należy zapominać o reszcie ekipy. Trzymające w napięciu sceny z udziałem psów powstały przy pomocy węgierskich treserów z Centrum Szkolenia Zwierząt Horkai. Reżyser miał do pomocy także ludzi specjalizujących się w pracy z dziećmi, więc na ich przekonującą grę aktorską złożyło się wiele czynników, nie tylko talent reżysera i autentyzm naturszczyków. Klasyczna formułka w stylu „jak zwykle w polskim filmie szwankuje dźwięk” tutaj nie ma uzasadnienia, ponieważ… produkcja została udźwiękowiona przez holenderską ekipę. Zaskakująca jest nagroda w Gdyni za muzykę, bo mamy tu ścieżkę raczej typową dla kina grozy, mającą na celu nadanie właściwego rytmu wydarzeniom na ekranie i akcentowanie najbardziej dramatycznych, najmroczniejszych sytuacji. Na szczególne wyróżnienie zasługuje praca operatora Dominika Danilczyka, który wykreował klaustrofobiczny nastrój, operując ponurymi odcieniami, ale też ukazując majestat otaczającej przyrody.

Gdyby filmowcy poszli w stronę klasycznego horroru, film nie miałby wiele do zaoferowania. Jump scare’y się powtarzają, ich schemat polega na tym, że – gdy ktoś zbliża się do okna – w oku kamery pojawia się nagle rozwścieczone zwierzę, co ma sprawić, że widz podskoczy w fotelu. Takie zabiegi mogą robić wrażenie na początku, ale z czasem nudzą. Na szczęście zamiast iść w stronę slashera, którego głównym motywem jest uśmiercanie bohaterów, autorzy postanowili pogłębić relacje między postaciami. Szczególnie istotny jest węzeł łączący troje osób: Hankę, Hanysa i Władka. Dzięki znakomicie rozpisanym rolom i przemyślanej reżyserii ten wątek trzyma w napięciu. Dużą rolę odgrywa też montaż – udało się zachować właściwe proporcje między motywem survivalowym i międzyludzkim.

Dzieło bardzo dojrzałe, świetne technicznie, cechujące się inteligentnym scenariuszem i mistrzowską realizacją.

Od premiery Daas (2011), czyli poprzedniego filmu Panka, minęło siedem lat. Długo więc reżyser zastanawiał się nad kolejnym projektem i w efekcie tych rozważań stworzył dzieło bardzo dojrzałe, świetne technicznie, cechujące się inteligentnym scenariuszem i mistrzowską realizacją. Doskonałym wyczuciem wykazały się osoby odpowiedzialne za przeprowadzenie castingu. Wybrani do głównych ról młodzi wykonawcy okazali się zdolni do stworzenia wiarygodnych postaci za pomocą subtelnych środków wyrazu, czasem tylko ukazując większą emocjonalność. Warto zwrócić uwagę na Sonię Mietielicę (Hanka), urodzoną w Rosji studentkę Akademii Teatralnej w Warszawie. Nieprędko wypadnie z pamięci Kamil Polnisiak (Władek), miał on dosyć niewdzięczną rolę, gdyż jego postać skłonna jest do irytujących zachowań. Rolę esesmana zagrał niemiecki aktor i dla wzmocnienia realizmu bohaterowie mówią właściwymi językami (Niemcy po niemiecku, Rosjanie po rosyjsku).

Dzięki realistycznemu podejściu wierzy się w tę historię i dlatego dostarcza ona emocji. Jednak stopniowo dochodzą do głosu elementy baśniowe, dlatego wkrada się odrobina naiwności i zakończenie może wydawać się nieprzemyślane. Reżyser nie ma nic przeciwko, by jego film traktować jako kino gatunkowe, ale oprócz krwawego horroru, klaustrofobicznego thrillera i ekscytującego dramatu survivalowego można tu znaleźć elementy mrocznej baśni. Według podań ludowych wilkołactwo to wynik złego czaru, który można zdjąć za pomocą zaklęcia. Rolę magicznego zaklęcia pełni tutaj niemieckie słowo „Nieder!”. Słowo kojarzące się z terrorem okazuje się wybawieniem. W ciekawy sposób zostało ukazane zderzenie natury ludzkiej i zwierzęcej. Jedna i druga działa na podobnych zasadach, w jednej chwili przepełniona wściekłością, siejąca grozę, a w następnej pokorna i bezsilna. Tę dwoistość doskonale ujawniła druga wojna światowa – nie przypadkiem akcja filmu została osadzona w jej kulminacyjnym momencie, gdy wydaje się, że już najgorsze minęło, ale koło udręki toczy się dalej.

Ostatnio dodane