nowości kinowe

JESTEM NAJLEPSZA. JA, TONYA. Mistrzyni bez makijażu

Historia słynnej niegdyś łyżwiarki to kawał niesamowitej biografii.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

„Ameryka. Chcą kogoś, kogo mogą kochać, chcą kogoś, kogo mogą nienawidzić” – tymi słowami podsumowuje swoją ojczyznę tytułowa bohaterka Jestem najlepsza. Ja, Tonya (2017) Craiga Gillespiego i z pewnością wie, co mówi. Wszak sama wcielała się w obie te role – najpierw była kochana, a następnie znienawidzona przez opinię publiczną. Zanim jednak to wszystko miało miejsce, Tonya spędziła wiele lat na szkoleniu się w łyżwiarstwie figurowym, a film Gillespiego obserwuje bohaterkę od samego początku jej sportowej fascynacji.

Mówiąc ściślej, całość opowiedzianej w Ja, Tonya historii zawarta została w jednej, wielkiej, szalonej retrospekcji, składającej się z rozmów przeprowadzonych z samą Harding (w tej roli świetna, nominowana przez Akademię Margot Robbie), jak i ludźmi bezpośrednio uczestniczącymi w jej życiu i karierze. Mamy tu więc głównie wypowiedzi Jeffa Gillooly’ego, męża i menedżera Tonyi (Sebastian Stan, znany z roli Zimowego Żołnierza w filmach o Kapitanie Ameryce), oraz LaVony Golden (typowana do Oscara Allison Janney), wyjątkowo parszywej matki głównej bohaterki. Retrospekcji szalonej o tyle, że czwarta ściana nie istnieje w filmie Gillespiego: wypowiedzi poszczególnych osób są ze sobą kontrapunktowane, zaś często retrospektywne scenki przerywane są przez samych bohaterów, zaprzeczających takiemu rozwojowi wypadków. Na poziomie narracyjnym Jestem najlepsza czerpie więc znacznie więcej z Deadpoola niż klasycznych filmów biograficznych – całość uzupełniają jeszcze wypowiedzi byłych trenerów Tonyi czy dziennikarzy pamiętających aferę wokół Harding.

Bo historia słynnej niegdyś łyżwiarki to kawał niesamowitej biografii: z despotyczną matką, niestabilnym emocjonalnie mężem, samozwańczym i wątpliwej jakości ochroniarzem, a przede wszystkim  ogromnym talentem, który napędzał życie Harding od trzeciego roku życia aż do nieszczęśliwego zakończenia pewnej kryminalnej historii, w którą uwikłał ją mąż i jego kumpel, ochroniarz-mitoman. Przede wszystkim jednak Ja, Tonya to opowieść o kobiecie, którą wykorzystywano od najmłodszych lat, której kariera służyła spełnianiu ambicji innych ludzi – ludzi, przez których potem owa kariera się załamała. Harding, gdyby nie pochodzenie i otaczający ją toksyczni ludzie, mogła stać się prawdziwą legendą. Nie taką, która przeszła do historii za sprawą jednego osiągnięcia – wykonania potrójnego aksla jako pierwsza Amerykanka i zaledwie druga kobieta w historii, ale taką, która seryjnie zdobywa medale, przełamuje bariery i bije rekordy. O tym, co powstrzymało Tonyę przed wielkością, opowiada właśnie film Craiga Gillespiego.

Gdyby nie Frances McDormand, to Robbie byłaby najczęściej nagradzaną aktorką tego sezonu.

Aktorsko Ja, Tonya bije na głowę inne tytuły w oscarowej stawce, z Czwartą władzą i Lady Bird na czele (jedynie Trzy billboardy są poza konkurencją). Margot Robbie, która dotąd nieczęsto miała okazję grać rolę niespecjalnie urodziwych szarych myszek, jako prowincjuszka o kiepskim pochodzeniu błyszczy blaskiem zarezerwowanym dla największych gwiazd. Gdyby nie Frances McDormand, to Robbie byłaby najczęściej nagradzaną aktorką tego sezonu. Allison Janney nie ustępuje młodszej koleżance, ale jej rola jest zbyt jednostronna, by zachwycać na podobnym poziomie. Niewykluczone jednak, że to w jej ręce powędruje nagroda Akademii. Brawa dla Gillespiego za wybranie takiego sposobu narracji i odważny montaż Tatiany S. Riegel, która dotrzymuje kroku dynamicznie opowiadanej historii i bardzo zasłużenie została wyróżniona nominacją do Oscara. Choć w Ja, Tonya dominuje szara tonacja, jest to film niezwykle żywiołowy, barwny i dynamiczny – daleki od standardowej, sztampowej ekranowej biografii. Harding nie jest ani wzorowym sportowcem, ani godnym naśladowania człowiekiem, ale być może właśnie dlatego bohaterkę filmu Gillespiego tak fascynująco się ogląda?

Szkoda, że Jestem najlepsza. Ja, Tonya nie doczekało się nominacji do Oscara w głównej kategorii. Na wielu poziomach to dzieło lepsze choćby od Czwartej władzy czy Dunkierki i wypada mieć nadzieję, że Akademia wyróżni je choćby w jednej z trzech kategorii. Na pewno byłoby to pięknym, nawet jeśli znikomym wynagrodzeniem dla Tonyi Harding za jej przedwcześnie zakończoną karierę.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane