As I Lay Dying - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

As I Lay Dying (prosto z Cannes)

W kinowej wersji „As I Lay Dying” nie ma miejsca na zabawę z tekstem, próbę gry z Faulknerem. Franco robi po prostu adaptację.




Zabite dechami Południe




Filip Jalowski
23.05.2013


Aby napisać recenzję „As I Lay Dying” musiałem sięgnąć bezpośrednio do Faulknera. Przed seansem James Franco wspominał, że film pozostaje całkowicie wierny powieściowemu pierwowzorowi, dlatego taka strategia wydaje się mieć sens.

Samo obejrzenie filmu niestety nie wystarczyło. Cannes po raz kolejny nie popisało się swoim stosunkiem do nie-francuskiej publiczności. Wychodząc z założenia, że „As I Lay Dying” jest filmem angielskojęzycznym, nikt nie pomyślał o przygotowaniu napisów w tym samym języku. Problem polega na tym, że Franco faktycznie mocno trzyma się Faulknera i jego bohaterowie porozumiewają się między sobą w języku głębokiego, zabitego dechami południa sprzed wielu lat. Zważywszy na to, że jeden z nich właściwie nie ma zębów, a pozostali przy wydawaniu dźwięków niemal nie otwierają ust, ich zrozumienie graniczy z cudem. Razem z Karolem zrozumieliśmy raczej niewielką część dialogów (w filmie nie ma ich aż tak wiele), dlatego zapoznanie się z papierowym oryginałem było niezbędne.

James Franco odnosi się do amerykańskiego pisarza z ogromnym szacunkiem. Wszystkie wydarzenia przedstawione w filmie znajdują odbicie na kartach powieści. W kinowej wersji „As I Lay Dying” nie ma miejsca na zabawę z tekstem, próbę gry z Faulknerem. Franco robi po prostu adaptację.

W tym przypadku przetłumaczenie prozy na język filmu nie jest jednak zbyt proste. Powieść Faulknera posiada aż piętnastu narratorów, którzy przedstawiają historię rodziny Bundrenów z zupełnie innych perspektyw. Gdyby tego było mało, do napisania „As I Lay Dying” Faulkner użył techniki zbliżonej do strumienia świadomości, dlatego powieść stawia wyraźny opór czytelnikowi i zdaje się być raczej „antykinematograficzną”. Franco udowadnia, że to jedynie pozory. Jego Faulkner to najlepszy dowód na to, że młody Amerykanin całkiem dobrze czuje się na reżyserskim krześle.

Franco już od początku daje znać, że u podstaw projektu leży literatura. Jednym z najciekawszych pomysłów wizualnych jest dzielenie obrazu na dwie połowy. Widz odnosi wrażenie jakby spoglądał na otwartą książkę. Taki zabieg pozwala również na spojrzenie na scenę z kilku perspektyw i odnosi się bezpośrednio do Faulknera, któremu zależało na tym, aby „As I Lay Dying” było opowiedziane przez możliwie największą liczbę postaci. To ciekawe jak bardzo może zmienić się charakter danej sytuacji w momencie, gdy zostaje ukazana z nieco innej perspektywy. Franco doskonale wykorzystuje ten element gry obrazem. Zresztą, wizualna strona „As I Lay Dying” naprawdę robi wrażenie. Z kadrów wręcz emanuje zepsuta, pełna podejrzliwości, tajemnic i obaw atmosfera amerykańskiego południa.

Jego bohaterowie mówią Faulknerem, ale kwestii dialogów z czystej przyzwoitości poruszać nie mam zamiaru, wstęp wyjaśnił moją motywację. Franco nie kłamał jednak, gdy mówił, że nie chce zmieniać wydźwięku oryginału. Z jego filmu płyną identyczne konkluzje, co z prozy jednego z najważniejszych pisarzy amerykańskich XX wieku. „As I Lay Dying” jest przypowieścią o ludzkich słabościach, które uwypuklają się na tle rodzinnej tragedii oraz motywu drogi. Zarówno u Faulknera, jak i u Franco na końcu ścieżki nie znajdujemy pokrzepiających konkluzji. I nie jest to żadne zdradzanie fabuły utworu, o takim zakończeniu wiemy bowiem od pierwszych minut filmu. To nie jest po prostu świat happy endów.

Franco rozwija się jako niezależny reżyser, który nie boi się eksperymentować. Na Faulknerze mógłby potknąć się niejeden bardziej uznany i doświadczony twórca. Amerykaninowi udaje się uniknąć porażki. „As I Lay Dying” nie jest arcydziełem, ale posiada w sobie coś, co przykuwa uwagę widza od pierwszej do ostatniej minuty. A najlepszym na to dowodem jest fakt, że mimo śladowego rozumienia dialogów obejrzałem film z dużym zainteresowaniem, a po seansie od razu włączyłem komputer, aby odnaleźć tekst Faulknera.







  • Strumień świadomości sprawia, że bardzo łatwo jest poczuć postać taką, jaka ma być. Niezbyt rozgarnięta Dewey Dell czy zszokowany i próbujący ułożyć sobie fakty po swojemu Vardaman są zarysowani świetnie. Nie odczuwałem też żadnego oporu podczas czytania powieści. Ba, to chyba jedna z moich ulubionych książek w ogóle. Ale ekranizacja, no kurde, niby się cieszyłem, gdy napisali o tym na Facebooku, ale zwiastun, który widziałem… no, jakiś taki za szybki, zbyt dynamiczny mi się wydawał. „Kiedy umieram”, to, prócz dosłownie kilku stron bardziej wartkiej akcji, wolna, ciężka, mordercza żeby nie powiedzieć, tułaczka.

    Ciekaw jestem, jak z tłumaczeniem poradzi sobie polski dystrybutor. Skoro Franco posłużył się oryginałem, pasowałoby chyba sięgnąć po tłumaczenie Życieńskiej. Ale nie wiem, jak tutaj wygląda sprawa z prawami do tekstu itd. – to tylko moje pobożne życzenie :)

    I w końcu – mimo niezbyt wysokiej oceny (ekranizacja _takiej_ książki ledwie 7/10) – bardzo chciałbym zobaczyć ten film. Choćby dlatego, że to – obok „Ulissesa” i innego dzieła Faulknera, „Wściekłości i wrzasku” – najpopularniejsza książka pisana strumieniem. A ekranizacji najważniejszego Joyce’a było kilka i żadna, mimo że jedna była nominowana do Oscara za scenariusz adaptowany, nie stanęła nawet na połowie wysokości zadania :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kinomaniacy i ebertologia idealnego pożycia

Następny tekst

We Are What We Are (prosto z Cannes)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE