Nowości kinowe

FRANTZ. Stylowy traktat o moralności

Przemówi zarówno do tych, którzy kina doświadczają na poziomie estetycznym, jak i tych, dla których to emocje stanowią największą wartość dzieła.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

To niezwykle rzadka sytuacja, by w jednym miesiącu premierę miały dwa filmy tego samego reżysera, a tak właśnie stało się w przypadku François Ozona. W sierpniu możemy oglądać w kinach dwa jakże różne dzieła wyreżyserowane przez jednego z najbardziej płodnych współczesnych filmowców. Podczas gdy otwierający tegoroczne Nowe Horyzonty Podwójny kochanek jest dziełem krzykliwym, chaotycznym, pełnym wybuchowych emocji i rozwiązań ocierających się o kamp, Frantz, który właśnie trafił do kinowych repertuarów, jest filmem wyciszonym, bardzo stonowanym i – wydaje się – drobiazgowo zaplanowanym.

Frantz to tak naprawdę remake Broken Lullaby Ernsta Lubitscha z 1932 roku.

Jest rok 1919. W niemieckim Quedlinburgu troje dorosłych ludzi zmaga się z ogromną stratą – matka i ojciec opłakują stratę syna wraz z mieszkającą z nimi niedoszłą synową. Państwo Hoffmeister racjonalizują sobie śmierć jedynego dziecka, ale Anna (zaledwie 22-letnia Niemka Paula Beer), ukochana tytułowego zmarłego, trwa w emocjonalnym otumanieniu, podświadomie wciąż czekając na powrót Frantza z frontu. Tę swoistą żałobną harmonię zakłóca przybycie pewnego Francuza, którego rodzina Hoffmeisterów bierze za przyjaciela zmarłego, który przed wojną przebywał w Paryżu. Adrien Rivoire (Pierre Niney) – początkowo oschle potraktowany przez ojca Frantza, który chowa urazę do całego narodu francuskiego – wkracza w ten familijny układ z pewną ostrożnością, ale opowieści o utraconym synu i narzeczonym sprawiają, że Annie i Hoffmeisterom udaje się pozostawić przeszłość za sobą i znowu zacząć żyć.

Wydawać by się mogło, że ta – z pozoru sielankowa – historia to wzorcowy przykład kinowej nudy, a jednak Ozon nie byłby sobą, gdyby jego film nie miał w sobie szczypty tajemnicy. Tym razem było o nią jednak łatwiej, bowiem Frantz to tak naprawdę remake Broken Lullaby Ernsta Lubitscha z 1932 roku. W połowie niemiecko-, w połowie francuskojęzyczny, przedostatni film francuskiego reżysera-pracoholika to kolejna niespodzianka w jego dorobku – znany z erotycznych thrillerów i psychodramy (do których wraca w Podwójnym kochanku), Ozon zaskakuje subtelnym, niezwykle emocjonalnym podejściem do tematu zmagań nie tylko z powojenną traumą, ale i kulturowo-narodowymi konsekwencjami wywołanymi przez konflikt zbrojny. Mimo że Frantz nawet tytułem zdaje się wskazywać na historię jednostkową, dotyczącą tej konkretnej osoby, w istocie jest opowieścią uniwersalną, bo stanowiącą świadectwo moralnego ciężaru, z jakim zmagali się ocalali z wielkiej wojny.

Nie ma jednak w filmie Ozona ani krzty nachalnego umoralniania, dążenia do katartycznej kulminacji, która pozostawiałaby widza w złudnym przekonaniu, że każdą winę da się odkupić, a z każdą traumą wygrać. Frantz opowiada o tym, że to nie globalne liczby ofiar wojennych przerażają najbardziej, lecz mikrodramaty, rozgrywające się w zaciszach nieco opustoszałych domów i mieszkań. Jednak nawet na gruncie smutku, straty i żałoby wykiełkuje – jak przekonuje Ozon – miłość i to jest właśnie wiodący wątek drugiej połowy filmu. Frantz jest więc nie tylko pięknie sfotografowanym (Cezar za zdjęcia), bardzo precyzyjnie wyreżyserowanym (zabawa barwą połączona z warstwą emocjonalną filmu) i zagranym kinem historycznym, ale też pierwszej wody melodramatem, w którym owa historia staje się największym antagonistą, a los okazuje się wyjątkowo złośliwy. W filmie Ozona bardzo wyraźnie i poważnie zaadresowana została kwestia odpowiedzialności wojennej, którą ponoszą nie ci, którzy w bitewnym szale zabijali innych, lecz ci, którzy tych przymusowych morderców wysłali na front. Są winni nie tylko rzeczywistej śmierci poległych w walce, ale także swoistego duchowego umierania ich bliskich, niemogących poradzić sobie ze stratą.

Jakkolwiek ciężko i poważnie nie brzmiałyby poprzednie zdania, Frantz nie jest dziełem, które przytłacza. Owszem, pozwala na refleksję nad ogromem tragedii spowodowanej przez Wielką Wojnę, ale też uświadamia, że w szaleństwie tej masowej zbrodni na cywilizacji istniały jednostki, których wojenne realia nie zwalniały z poczucia moralności. Przedostatni film François Ozona przemówi zarówno do tych, którzy kina doświadczają na poziomie estetycznym, jak i tych, dla których to emocje stanowią największą wartość dzieła.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane