Widmo nad adaptacją – H. P. Lovecraft a kino | FILM.ORG.PL

Widmo nad adaptacją – H. P. Lovecraft a kino








Robert Skowroński
06.03.2014


lovecraft-logo

Autorem artykułu jest Robert Skowroński.

Literatura od zawsze podsuwała kinu historie zaklęte w prozie, które to filmowcy z chęcią przekładali na swoją materię. Ona była i pozostała głównym źródłem inspiracji dla kinematografii. Przez lata można było zaobserwować niezliczoną ilość filmowych adaptacji książek, za które brali się wielcy twórcy, jak i mniej uzdolnieni reżyserzy. Język filmu przeniósł na ekrany powieści i opowiadania wszelkich gatunków, w tym też grozy. Przywołując słowa Stanleya Kubricka o tym, że wszystko co może być napisane może też być sfilmowane, powstaje pytanie dlaczego twórczość H. P. Lovecrafta nie doczekała się jeszcze godnej reprezentacji w sztuce filmowej?

lovecraft-1

Do dorobku samotnika z Providence odwołują się zarówno muzycy, pisarze, twórcy komiksów, gier fabularnych i komputerowych, jak i filmowcy. Jednak na linii Lovecraft – kino próżno szukać dzieł wartych obejrzenia. Główną ideą w twórczości Mistrza Grozy było wytworzenie gęstej atmosfery strachu, rozciągającej się tak szeroko, że czytelnik nie może od niej uciec. Staje się on osaczony horrorem i napotyka coraz to okropniejsze i nie mieszczące się w ludzkiej wyobraźni obrazy, które można jedynie określić jako „bluźniercze”. Najczęściej filmowe adaptacje prozy Lovecrafta stały jednak w opozycji do tej idei, wpisując się w kategorię kina klasy B, często balansując na granicy grozy i komedii. To niszowe, niskobudżetowe obrazy, które charakteryzuje słabe aktorstwo, marna realizacja, uproszczenia oraz liczne odstępstwa od literackiego oryginału. W pewnym stopniu oddają jednak lovecraftowskie uniwersum i mitologię Cthulhu, niektórym wręcz przyszyto łatkę „kultowych”.

Jako pierwszy w 1965 roku próbę zekranizowania twórczości autora „Zewu Cthulhu” podjął Daniel Haller w swoim „Giń Stworze, Giń!”. Choć w filmie można odnaleźć luźne nawiązania do „Koloru z przestworzy”, a akcja toczy się w Arkham, mieście, w którym rozgrywa się większość opowiadań pisarza, to bliżej mu do typowego dla lat 50. kiczowatego „monster movie” niż do atmosfery wszechwładnego przerażenia bijącego z utworów Lovecrafta. Równie zły i nie udany był powstały w 1970 roku „Horror w Dunwich” jak i „Curse of the Crimson Altar” (1968). W latach 80. i 90. wyprodukowano kilkanaście innych horrorów bazujących na opowiadaniach samotnika z Providence, z czego największą popularnością cieszył się „Re-animator” (1985). Odstępstw od oryginału jest tu całe mnóstwo, ot choćby akcja filmu dzieje się współcześnie. Całość jest bardzo krwawa, tym samym wpisuje się w estetykę gore, dodano tu jeszcze sporą dawkę nagości i czarnego humoru. Mimo tego, a może właśnie dlatego, film zyskał miano kultowego.

lovecraft-2

W XXI wieku mniej już było kiczowatych „lovecraftowsko-podobnych” produkcji, jednak swoim poziomem również nie zachwycały. „Dagon” z 2001 roku, choć w paru miejscach udany, jak w scenie zaczerpniętej z „Widma nad Innsmouth”, to przez swoje fatalne aktorstwo odstrasza bardziej niż tytułowe plugawe bóstwo. W „Cthulhu” (2007) na pierwszy plan wysunięto wątek homoseksualny, robiąc z tego dramat, co niszczy potencjał obrazu, tym bardziej, że w pracach Lovecrafta nie znajdziemy nawet aluzji do jakichkolwiek objawów seksualności. Powstało jeszcze „Na wysokości” (2010) oraz czarna komedia „The Last Lovecraft: Relic of Cthulhu” (2009). W obu filmach nawiązania do literackiego dorobku samotniku z Providence są jasno czytelne, a bohaterowie wiedzę o tym co ich spotyka czerpią z lovecraftowskiej popkultury, w tym wypadku z komiksów.

I tak w pamięci kinomanów Lovecraft i jego mitologia sprowadziłaby się jedynie do przedstawień w formie kina gore i klasy B, gdyby nie grupa The H. P. Lovecraft Historical Society z Andrew Lemanem i Seanem Branneyem na czele. Wzięli oni na warsztat sztandarowe opowiadanie Mistrza, „Zew Cthulhu”. Jak twierdzi Michel Houellebecq w swoim eseju „H. P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu” już sama architektura świata pisarza jest nieprzekładalna na język filmu, ani nawet malarstwa. Tych szalonych struktur ujętych w matematyczną grę brył nie odtworzy żadna sztuka wizualna. Twórcy filmu sprytnie wybrnęli z tego problemu uciekając w formę filmu niemego, przywołującego na myśl niemiecki ekspresjonizm lat 20. i „Gabinet doktora Caligari”. W ich dziele z 2005 roku podobnie jak u Roberta Wiene roi się od krzywych kształtów scenografii, która pod płaszczykiem starego filmu oddaje koszmar architektury Lovecrafta. Obraz Lemana i Branneya stara się jak najdokładniej oddać literacki pierwowzór (zarówno opowiadanie, jak i film są podzielone na trzy rozdziały), uciekając jedynie do niewielkich zmian. Nawet narracja jest prowadzona w pierwszej osobie, co jest typowe dla twórczości autora. Bohater filmu, cofając się do swoich wspomnień, z naszej perspektywy odkrywa nowe karty rekonstruowanej historii. Od początku wiemy, że czeka nas coś strasznego, gdyż narrator jest pacjentem szpitala psychiatrycznego. Lovecraft zawsze starał się oddać jak najdokładniej dźwięki za pomocą rozbudowanych opisów. Muzyka w filmie wykonywana przez orkiestrę symfoniczną precyzyjnie wyraża ideę balansowania na granicy szaleństwa. W scenie odprawiania mrocznego rytuału słychać też dźwięki bębnów, a te zawsze u samotnika z Providence były znakiem rozpoznawczym pradawnych ceremonii.

lovecraft-3

Po pozytywnym odbiorze „Zewu Cthulhu” duet twórców gnany miłością do literackiego świata Lovecrafta zekranizował kolejne opowiadanie, tym razem był to „Szepczący w Ciemności”, którego ukończono w 2011 roku. Adaptacje opowiadań o Wielkich Przedwiecznych są ciężko dostępne i słabo dystrybuowane, dlatego niespodzianką było zaprezentowanie dzieła na 27. Warsaw Film Festival. Znowu postawiono na obraz czarno-biały, lecz tym razem udźwiękowiony. Całość przypomina hollywoodzkie horrory z lat 40., gdzie jest miejsce na grozę, ale i akcję. Narracja, tak jak i przy poprzedniej produkcji, jest pierwszoosobowa, jednak tym razem scenariusz bardziej już odbiegał od akcji opowiadania. To z pewnością jak na razie najlepszy film pełnometrażowy poświęcony twórczości Lovecrafta, jednak nie udało mu się doścignąć „Zewu Cthulhu”, jak i innego krótkiego metrażu…

„AM1200”, choć nie jest adaptacją żadnej z książek amerykańskiego pisarza, to jasno widać w dziele Davida Priora nawiązania do historii o Wielkich Przedwiecznych. W tym niespełna 40-minutowym filmie narracja, przynajmniej początkowo, jest achronologiczna. Tak też bohaterowie Lovecrafta, którzy przez swoje doświadczenia stają się szaleńcami, snują swoje opowieści. Obraz bazuje na długim budowaniu napięcia, wyczuwamy podskórny strach, choć pozornie nic się nie dzieje. Podobne odczucia zapewnia lektura prozy Lovecrafta, który przecież opisywał to co „nieopisywalne” i nie widoczne dla jego bohaterów, a to straszy najbardziej. Również śmierć w „AM1200” i opętanie, które też należy utożsamiać z końcem życia postaci, nie przynosi żadnego ukojenia. To tak jak u samego pisarza, który niszczy swoich bohaterów i traktuje ich jak rozszarpywane marionetki.

lovecraft-4

„W górach szaleństwa”, tzw. „wielki tekst” Lovecrafta. Gdy ogłoszono, że za jego adaptację ma się wziąć Guillermo Del Toro wydawało się, że proza pisarza doczeka się w końcu godnej uwagi reprezentacji. Reżyser w „Labiryncie Fauna” udowodnił, że potrafi wytworzyć atmosferę tajemniczości i strachu, dodatkowo producentem wykonawczym filmu i doradcą od tech­no­lo­gii 3-D miał być James Cameron. Te dwa nazwiska w połączeniu z ogromnym budżetem były drogą do przedstawienia Lovecrafta masom. Niestety Universal Pictures stwierdziło, że projekt jest zbyt ryzykowny i może nie przynieść oczekiwanego sukcesu kasowego.

H. P. Lovecraft zawsze pisał o rzeczach niesamowitych i niebywałych. Sigmund Freud w swoim dziele „Niesamowite”, wykazuje, że to właśnie słowo oznacza „ukrycie”. Może ekranizacje prozy Mistrza Grozy, a przynajmniej przytłaczająca ich część, powinny w nim właśnie zostać i niczym Cthulhu w R’lyeh czekać martwe w uśpieniu? Lovecraft umarł sam, w odosobnieniu. Miejmy nadzieję, że kiedyś powstanie w końcu prawdziwie udana, wyprowadzająca ze stanu poczytalności adaptacja jego prozy, która uchroni tym samym relację Lovecraft – kino od losu samego autora.

Robert Skowroński - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • steppenwolf1982

    wg. mnie Reanimator to znakomite, inteligentne kino, makabreska utrzymana w autoironicznej konwencji Evil Dead. H.P. Lovecrafta nie czytałem, ale od filmu, jako samodzielnego dzieła, proszę się odczepić ;)

  • Andriej

    Dziwię się, że aż tyle czasu musiało upłynąć, zanim na KMF pojawił się taki artykuł, podobnie jak temu, że nie stworzył go nikt z redakcji…
    Pewnie już od kilku lat zbyt są zajęci adaptacjami komiksów…

  • mat

    Polecam „W paszczy szaleństwa” z Samem Neillem. Może to nie adaptacja Lovecrafta, ale jego twórczość na pewno była tutaj inspiracją. :)

    • alb

      i Kinga też :)

    • Macc

      „W paszczy szaleństwa” raczej wzorowano się bardziej na Kingu niż Lovercrafcie. „Klątwa” z 1987 była całkiem wierną adaptacją „Koloru z przestworzy”. Po za tym samego Lovercrafta nie warto nadinterpretować, bo w większości jego opowiadania to zwykłe historie o potworach, czasem ale nie zawsze doprawione „mistycznym klimatem”. Nie zapominajmy że powstał też nawet musical oparty na prozie Lovercrafta. http://www.youtube.com/watch?v=s0MY7jF8htA

      • Andriej

        „W większości”? Kolejny biedak posiłkujący się nieudolnymi streszczeniami, zamiast przeczytania książek samemu… Kto by tracił czas na książki? Przecież jest HBO…

        • Macc

          Książki przeczytałem są dobre, w końcu to klasyka. Ale nie można zapomnieć, że są to tylko pulpowe opowiadania wydawane w gazetach za centy. Legendą dopiero obrosły później. Opowiadania, nie da się ukryć, budowane są na schemacie + = „kosmiczny koszmar” i nic więcej. Lovercraft to tylko tyle i aż tyle.

          • Andriej

            Zapominasz o takich perełkach jak „Kolor z przestworzy”, albo „Przypadek Charlesa Dextera Warda” – oba są flagowym przykładem tego, co zadecydowało o legendzie Lovecrafta i do dziś o określaniu czegoś jako „lovecraftowskie” – atmosferze niewyjaśnionej tajemnicy, nieokreślonego „czegoś”, czego istnienie i wpływ na fabułę/świat opowieści był wyczuwalny w tekście(jeśli odpowiednio się w niego „wczujesz”), czyniąc go tak fascynującym. Moim zdaniem to właśnie TO przesądza o jego geniuszu – opowiadania takie jak „Zew Cthulhu”, gdzie stwór się pojawia, jest opisany, oczywiście klimat ten tracą. King próbował podobnych chwytów, ale IMO ani razu mu to nie wyszło aż tak dobrze, trzymał się więc tradycji judeochrześcijańskich…

          • Macc

            Absolutnie się zgadzam, Lovercraftowi udało się to, o czym niejeden pisarz marzy, a co ty świetnie opisałeś – „lovercraftowskie TO”. Ale chyba się ze mną zgodzisz , że po ekranizacji Re-Animatora nie za wiele należało by się spodziewać. Ekranizacji Lovercrafta było bardzo dużo, robił to Corman, otarł się o nie sam Fulcio ( współtworzył Klątwę z 1987 ), „Przypadek Charlsa Dextera Warda” przeniósł do kina Dan O’Bannon, Stuart Gordon tylko Lovercraftem się zajmował. Ten artykuł niczego za bardzo nie przybliża, no chyba tylko zbyt rozdmuchane ambicje fanów „Samotnika z Providance”.

          • Andriej

            Tego co jest esencją Lovecrafta chyba po prostu nie da się przekonująco przenieść do filmu, wymagało by to naprawdę nieprzeciętnego twórcy. Spójrz na takiego Stephena K. – „Lśnienie” Kubricka nie jest specjalnie wierne książce, ale pozostaje najlepszą ekranizacją powieści Kinga. Dlaczego? Dzięki inwencji, Kubrick nie bał się zmodyfikować formuły, żeby film zyskał to „coś”. Czasem wierność oryginałowi nie wystarczy.
            Zresztą co z tego, nie ma teraz nikogo, kto umiałby nakręcić udany film oparty bezpośrednio na dziełach Lovecrafta – myślałem że mógłby to być Ridley Scott, ale „Prometeusz” mnie ostudził raz a dobrze…






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#154 Ed-209

Następny tekst

+1



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE