Wywiad
Hubert Miłkowski o swoim bohaterze w „Piekle kobiet”: Myślę, że ma też sporo na sumieniu
Hubert Miłkowski aktualnie występuje w Piekle kobiet. Niebawem aktora zobaczymy też w filmie o Wandzie Rutkiewicz oraz biografii Jana Borysewicza.
Huberta Miłkowskiego oglądaliśmy w filmach: Braty, Norwegian Dream, Hiacynt, ale i w serialach, jak Belfer, Krew czy W głębi lasu. Aktualnie występuje w Piekle kobiet. Niebawem aktora zobaczymy też w filmie o Wandzie Rutkiewicz oraz biografii Jana Borysewicza.
Małgorzata Major: Rozmawiamy tuż przed zakończeniem zdjęć do filmu o Wandzie Rutkiewicz, który reżyseruje Adrian Panek. Muszę więc zapytać, czy wcielasz się w postać realnie żyjącą, czy bohatera fikcyjnego?
Hubert Miłkowski: Zdjęcia kończymy 8 marca. Na sam koniec zrobiliśmy sobie filmowe kolonie i pojechaliśmy w Alpy, które w filmie będą grać łańcuch górski Karakorum. Co do mnie, to w filmie gram postać fikcyjną. Na tę kobiecą wyprawę, o której opowiada film, z Rutkiewicz i resztą uczestniczek pojechało w rzeczywistości aż pięciu mężczyzn, więc na potrzebę sprawnego opowiedzenia historii łączymy niektóre postaci biograficzne z fikcyjnymi.
MM: Czyli Twój bohater inspirowany jest życiorysami kilku z tych mężczyzn?
HM: Czytając materiały na temat wyprawy, którą odwzorowujemy w filmie, miałem wrażenie, że mój bohater inspirowany jest m.in. Leszkiem Cichym, ponieważ był on najmłodszym uczestnikiem i między nim a Wandą Rutkiewicz występował pewien rodzaj napięcia, który jest też pokazany w dokumencie Temperatura wrzenia. Ale gram postać fikcyjną, więc opierałem się głównie na scenariuszu, a nie na śledzeniu konkretnej biografii.
MM: Słysząc, że powstaje film o Wandzie Rutkiewicz, założyłam, że opowie o jej zaginięciu w 1992.
HM: To w ogóle nie jest ta historia. Zresztą historia z 1992 jest najbardziej eksploatowana w dokumencie, który niedawno powstał, więc myślę, że nie ma co powielać tych tropów. Nasz film opowiada o wyprawie z 1975 roku do Karakorum w Pakistanie, która była jednym z jej pierwszych wielkich sukcesów. Podczas tej wyprawy padł polski rekord wysokości ustanowiony przez mężczyzn, którzy zdobyli Gaszerbrum II, ten sam szczyt zdobył niewiele później zespół kobiecy, a na koniec było trzecie wejście w męsko-damskim składzie, które było pierwszym wejściem na Gaszerbrum III w ogóle.
MM: Wspinaczka wysokogórska była Ci znana przed startem pracy na planie, czy to zupełnie nie Twoja bajka?
HM: Nigdy alpinizm ani himalaizm jako taki mnie szczególnie nie interesował. Nie byłem też wielkim entuzjastą chodzenia na ściankę, co się w ostatnich latach bardzo spopularyzowało (śmiech). Ale lubię góry i miałem w nich kilka pięknych momentów związanych z obcowaniem z ogromem natury, więc jakiś apetyt na nie był. Jednak nigdy nie myślałem, że będę je eksplorował w taki sposób. Akurat kiedy studiowałem na Filmówce, mój semestr zajęć z Irkiem Czopem pokrywał się z częścią produkcji Broad Peak, więc pamiętałem jego stopień zaangażowania w pracę. Odezwałem się do niego, jako mojego byłego profesora, czy miałby dla mnie jakieś rady, filmy i książki do polecenia. A Irek przywiózł mi duży karton, jak na pomidory, pełen biografii himalaistów, reportaży, książek o górach.

MM: Czy przygotowanie fizyczne było równie wymagające?
HM: Mam to szczęście, że jestem w dość dobrej formie przez to, że sport jest dużą częścią mojego życia, więc większość osób odpowiedzialnych za nasze bezpieczeństwo, mówiła że moja zwyczajowa rutyna wystarczy i powinienem dać radę. W ramach produkcji, mieliśmy dodatkowo wyjazd w polskie góry na szkolenie z goprowcem. Przez trzy dni zabierał nas w góry, uczył różnych węzłów, jak poruszać się na linach, więc mieliśmy jakieś wstępne obycie z tym. Mieliśmy też szkolenie w komorach hipoksyjnych, które zmieniają ilość tlenu w powietrzu, żeby odwzorować rozrzedzone powietrze na różnych wysokościach. Między innymi mogliśmy doświadczyć symulacji warunków zbliżonych do tej wysokości, na której znajdują się nasi bohaterowie i to już był hardkor. Powyżej siedmiu tysięcy metrów zaczyna się coś takiego jak strefa śmierci, czyli z powodu braku tlenu organizm zaczyna stopniowo umierać.
MM: To było Twoje pierwsze spotkanie z Adrianem Pankiem? Jak Wam się pracowało?
HM: Pierwsze i jak najbardziej byłbym ciekaw kolejnego spotkania z nim. Jeśli mogę się przez chwilę tak zareklamować (śmiech), to powiem, że chyba zyskuję przy kolejnych spotkaniach, łatwiej mi się wtedy otworzyć. Dlatego sam sobie życzę kolejnych spotkań z wieloma osobami, z którymi już pracowałem. W tym przypadku, nie było dużo indywidualnej pracy z reżyserem nad przebiegiem mojej postaci, ponieważ funkcjonujemy jako grupa na tej konkretnej wyprawie i ważniejsze było znalezienie jakiejś jej wewnętrznej dynamiki.

MM: Muszę też zapytać o Mniej obcego Netfliksa. Czy w tym filmie grasz postać biograficzną, czy fikcyjną? Czy obawiasz się reakcji widzów? Przykład Ołowianych dzieci pokazał, że często rodziny postaci, które inspirowały twórców, mogą negatywnie reagować na to, jak zostały przedstawione.
HM: Myślę, że jest jakiś rodzaj wolności w zajmowaniu się bohaterem fikcyjnym. Czuję, że nawet w tym momencie mam duży głód tej wolności, bo kilka projektów nad którymi od jakiegoś czasu pracuje, zahacza o rzeczywistość i realne postacie. Widząc, ile jest teraz w developmencie, produkcji czy postprodukcji biografii, śmieję się, że chyba mamy tak wielką ilość wielkich Polaków, że nie przerobimy ich jako branża filmowa. Dlatego chętnie zająłbym się już czymś kompletnie fikcyjnym, żeby się oderwać od tego.
Wracając do Mniej obcego, przede wszystkim jest to historia Jana Borysewicza, gitarzysty i założyciela Lady Pank. Ja gram postać Pawła Mścisławskiego, czyli basisty w początkowym okresie popularności zespołu. Rozstał się z nimi pod koniec lat 80. Teoretycznie jest to postać biograficzna, ale nie opowiadamy o nim zbyt wiele – jest obecny w filmie bardziej jako element zbiorowego bohatera, jakim jest cały zespół, więc to głównie moje wyobrażenie na jego temat. Ale z własnej ciekawości zapoznawałem się z archiwaliami i wywiadami, czytałem też o Oddziale Zamkniętym, czyli poprzednim zespole, w którym grał Mścisławski.
MM: Przechodząc do Piekła kobiet, można powiedzieć, że to serial w pełni fikcyjny choć odnosi się do realnej sytuacji kobiet w okresie międzywojnia. Inspiruje się też felietonami Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Czy Twój bohater, Emil Heckmann, jest jedynym przyzwoitym mężczyzną w serialowym uniwersum?
HM: Nie wiem (śmiech). Myślę, że w pewnym sensie może tak. Jest napisany jako postać, której w tym brudnym świecie chce się kibicować, żeby przez tę historię przejść. A jednocześnie myślałem o nim jako o bohaterze, który nawet mając dobre intencje, przechodzi przez tyle mroku, że wywiera to na niego jednak negatywny wpływ. Mam nadzieję, że w efekcie finalnym (nie widziałem jeszcze serialu więc bazuję tylko na doświadczeniu z planu), nie będzie tylko promyczkiem o szlachetnym sercu. Myślę, że ma też sporo na sumieniu. Jego wielkim grzechem jest zaniechanie w relacji z siostrą. Znał tę osobę całe życie, mieszkał z nią, a nie wiedział o niej podstawowych rzeczy.

MM: Czy podróż do okresu międzywojnia była dla Ciebie bardziej atrakcyjna niż granie bohaterów z lat 80. albo 90.?
HM: Mnie akurat podróż do dwudziestolecia międzywojennego o tyle cieszyła, że był to większy skok w przeszłość niż zwykle, bo mam wrażenie, że najbardziej eksploatowanym okresem ostatnio jest PRL. Wciąż się z nim rozliczamy, ale czasem go też estetyzujemy. Zastanawiam się, gdzie jest granica między nostalgią, a odpowiedzialnością nakazująca pamiętać i zaznaczać, że tamte czasy wiązały się z czymś, za czym nie zawsze warto tęsknić.
Ten kostium dwudziestolecia międzywojennego w Piekle kobiet był dla mnie mniej znany, więc przez to ciekawy. Ale jest to trochę oszukańczy kostium, bo mam wrażenie, że to serial tak naprawdę bardzo współczesny.
MM: Wspomniałeś, że Emil to postać niejednoznaczna. Czy miałbyś ochotę zagrać czarny charakter? Jak to jest w przypadku młodego aktora, czy młody wygląd to przekleństwo czy błogosławieństwo?
HM: Chyba obydwie te rzeczy naraz. Na pewno jest część mnie, która fantazjuje o tym, żeby się już zestarzeć (śmiech). Zastanawiam się, jaki nowy wachlarz postaci do zagrania by to otworzyło. Póki co negocjuję ze swoim wyglądem zapuszczając zarost (śmiech), ale to też tylko na potrzeby tej konkretnej roli.
Jest też wiele momentów, kiedy jestem beneficjentem swoich warunków, mogę grać postaci młodsze od siebie. Tym bardziej, że obsadzanie postaci dwudziestoletnich jest o tyle niewdzięczne, że jednak aktor uczy się z wiekiem. Dwudziestoletni ja pewnie miał jeszcze mniejsze możliwości, niż już trochę bardziej przetrenowany warsztat aktorski, który mam w wieku 26 lat, a wciąż mogę grać dwudziestoletniego bohatera. Z drugiej strony czasem napotykam rolę, którą chciałbym zagrać, ale czuję, że nie pasuję do niej ze swoim emploi. Wiem, że nie oderwę się od swoich warunków, więc chcę świadomie z nich korzystać. A w ogóle to uważam, że najważniejsze to być po prostu zainteresowanym tym, nad czym się aktualnie pracuje.

MM: Serial czy film, ma to dla Ciebie jako aktora znaczenie?
HM: Myślę, że ta granica poprzez seriale limitowane coraz bardziej się zaciera. Serial limitowany jest w jakimś sensie rodzajem formy filmowej. Pamiętam, że kiedyś jeden reżyser castingu zapytał mnie, czy nie boję się serialu i dlaczego nie czekam na film, a mam wrażenie, że to się już zmienia. Seriali powstaje zresztą tak dużo, że po pierwsze trzeba coś robić, bo gdyby tak selekcjonować i zawsze czekać na film, to uciekałoby dużo szans na pracę, a po drugie uciekałyby projekty bardzo interesujące. Coraz więcej twórców filmowych dba o to, aby seriale miały jakość jeśli chodzi o precyzję opowiadania, czy aspekty wizualne, co widać np. w Piekle kobiet. Wydaje mi się, że reżyserzy, którzy sprawnie operują swoim filmowym talentem, przenoszą to na serial bez poczucia żenady, że robią serial.
MM: Czy oglądasz seriale?
HM: Muszę przyznać, trochę zaprzeczając temu co mówiłem chwilę wcześniej, że osobiście nie jestem bardzo serialowy (śmiech). Przynajmniej jako widz. Film jest dużo bardziej skondensowany i daje mi większy rodzaj satysfakcji i spełnienia domykając historię, bo jest pojedynczym utworem. No chyba, że wchodzi we franczyzę, ale to rzadko mnie interesuje. Lubię film za jakąś konkretną myśl zawartą w dziele audiowizualnym. Jako widz jestem więc bardziej filmowy, seriale często po prostu odhaczam, czyli oglądam dwa odcinki, żeby zorientować się o co tam chodzi i jeśli mnie nie wciągnie, to nie kontynuuję. Jeśli mam na coś poświęcić wiele godzin, to chcę obejrzeć, coś co zrobi na mnie wrażenie. Jestem mega fanem Młodego papieża i Nowego papieża. To jest moje ulubione uniwersum serialowe. Ostatnio ponownie obejrzałem też Fleabag, na bieżąco oglądałem Sukcesję i Rozdzielenie.

MM: A Rodzinę Soprano?
HM: Ciekawe, że o to pytasz, bo akurat w tym roku obejrzałem kilka pierwszych odcinków. Od zawsze była to moja zaległość i wiedziałem, że muszę do tego przysiąść. Trochę przeraża mnie, że to aż sześć sezonów, ale będę się stopniowo wgryzał.

